Rozdział 1

Wiesz, Nel – mówił Staś Tarkowski do swojej przyjaciółki, małej Angielki – wczoraj przyszli zabtie (po­licjanci) i areszto­wali żonę do­zorcy Sma­ina i jej troje dzieci – tę Fatmę, która już kil­ka razy przycho­dziła do biura do twojego ojca i do mego.

A mała, podobna do ślicznego obrazka Nel podniosła swe zielonawe oczy na Stasia i zapytała na wpół ze zdziwie­niem, a na wpół ze stra­chem:

Wzięli ją do więzienia?

Nie, ale nie pozwolili jej wyjechać do Sudanu i przyjechał urzędnik, który jej będzie pilno­wał, by ani krokiem nie wyru­szyła z Port–Sa­idu.

Dlaczego?

Staś, który kończył rok czternasty i który swą ośmioletnią towarzyszkę kochał bardzo, ale uważał za zupełne dziecko, rzekł z miną wielce za­ro­zu­miałą:

Jak dojdziesz do mego wieku, to będziesz wiedziała wszystko, co się dzieje nie tylko wzdłuż ka­nału, od Port–Sa­idu do Su­ezu, ale i w ca­łym Egip­cie. Czy ty nic nie słyszałaś o Mahdim?

Słyszałam, że jest brzydki i niegrzeczny.

Chłopiec uśmiechnął się z politowaniem.

Czy jest brzydki – nie wiem. Sudańczycy utrzymują, że jest piękny. Ale powie­dzieć, że jest nie­grzeczny, o czło­wieku, który wy­mor­do­wał już tylu ludzi, może tylko dziewczynka ośmiolet­nia, w su­kience, ot! takiej – do kolan!

Tatuś mi tak powiedział; a tatuś wie najlepiej.

Powiedział ci tak dlatego, że inaczej byś nie zrozumiała. Do mnie by się tak nie wyraził. Mahdi jest gorszy niż całe stado kroko­dyli. Ro­zu­miesz? Dobre mi powiedzenie: "niegrzeczny", tak się mówi do niemowląt.

Lecz ujrzawszy zachmurzoną twarz dziewczynki umilkł, a potem rzekł:

Nel! wiesz, że nie chciałem ci zrobić przykrości; przyjdzie czas; że i ty bę­dziesz miała czter­nasty rok. Obiecuję ci to na pewno.

Aha! – odpowiedziała z zatroskanym wejrzeniem – a jeżeli Mahdi wpadnie przedtem do Port–Saidu i mnie zje?

Mahdi nie jest ludożercą, więc ludzi nie zjada, tylko ich morduje. Do Port–Saidu też nie wpadnie, a gdyby nawet wpadł i chciał cię za­bić, pier­wej miałby ze mną do czynienia.

Oświadczenie to oraz świst; z jakim Staś wciągnął nosem powietrze, nie zapo­wiadający nic dobrego dla Mahdiego, uspo­koiły znacz­nie Nel co do własnej osoby.

Wiem – odrzekła. –Ty byś mnie nie dał. Ale dlaczego nie puszczają Fatmy z Post–Saidu?

Bo Fatma jest cioteczną siostrą Mahdiego. Mąż jej, Smain, oświadczył rządowi egipskiemu w Kairze, że pojedzie do Su­danu, gdzie prze­bywa Ma­hdi, i wyrobi wolność dla wszystkich Eu­ropejczyków, któ­rzy wpadli w jego ręce.

To Smain jest dobry?

Czekaj. Twój i mój tatuś, którzy znali doskonale Smaina, nie mieli wcale do niego zaufania i ostrze­gali Nubara pa­szę, by mu nie ufał. Ale rząd zgodził się wysłać Smaina i Smain bawi od pół roku u Ma­hdiego. Jeńcy jednak nie tylko nie wró­cili, ale przyszła z Chartumu wiado­mość, że mah­dyści obcho­dzą się z nimi coraz okrutniej, a że Smain, nabrawszy od rządu pienię­dzy, zdradził. Przy­stał całkiem do Ma­hdiego i został mia­nowany emirem. Ludzie powia­dają, że w tej okropnej bitwie, w której poległ jenerał Hicks, Smain dowodził ar­tylerią Ma­hdiego i on to po­dobno na­uczył ma­hdystów obchodzić się z armatami, czego przedtem, jako dzicy ludzie, wcale nie umieli. Ale Sma­inowi chodzi te­raz o to, by wydo­stać z Egiptu żonę i dzieci, toteż gdy Fatma, która widocz­nie z góry wiedziała, co zrobi Smain, chciała ci­cha­czem wyje­chać z Port–Sa­idu, rząd aresztował ją teraz ra­zem z dziećmi.

A co rządowi przyjdzie z Fatmy i jej dzieci?

Rząd powie Mahdiemu: "Oddaj nam jeńców, a my oddamy ci Fatmę..."

Na razie rozmowa urwała się, albowiem, uwagę Stasia zwróciły ptaki lecące od strony Echtum om Fa­rag ku jezioru Men­zaleh. Le­ciały one dość ni­sko i w prze­zroczym powietrzu widać było wyraźnie kilka pelikanów z zagiętymi na grzbiety szyjami, po­ruszają­cych z wolna ogrom­nymi skrzy­dłami. Staś po­czął zaraz na­śladować ich lot, więc zadarł głowę i biegł przez kilkanaście kroków groblą, ma­chając rozło­żonymi rę­koma.

Patrz! lecą i czerwonaki! – zawołała nagle Nel. Staś zatrzymał się w jednej chwili, gdyż istot­nie za pelikanami, ale nieco wy­żej, widać było za­wie­szone na błękicie jakby dwa wielkie, różo­we i purpu­rowe kwiaty.

Czerwonaki! Czerwonaki!

One wracają pod wieczór do swoich siedzib na wysepkach – rzekł chłopiec. – Ach; gdybym miał strzelbę!

Po cóż byś miał do nich strzelać?

Kobiety takich rzeczy nie rozumieją. Ale pójdźmy dalej, może zobaczymy ich więcej.

To powiedziawszy wziął dziewczynkę za rękę i poszli ku pierwszej za Port–Sa­idem kanałowej przy­stani, za nimi zaś na­dą­żała Mu­rzynka Di­nah, nie­gdyś pia­stunka małej Nel. Szli wałem od­dzielającym wody jeziora Menzaleh od ka­nału, przez który prze­pływał w tej chwili, pro­wa­dzony przez pilota, duży parowiec angielski. Zbliżał się wieczór. Słońce stało jeszcze dość wysoko, ale przeto­czyło się już na stronę je­ziora. Słonawe jego wody po­czynały lśnić złotem i drgać odblaskami pawich piór. Po arab­skim brzegu ciągnęła się, jak okiem się­gnąć, płowa piasz­czysta pu­stynia – głucha, złowroga, mar­twa. Między szkla­nym, jakby obumarłym nie­bem a bezmiarem pomarszczo­nych pia­sków nie było śladu żywej istoty Pod­czas gdy na kanale wrza­ło życie, kręciły się łodzie, rozle­gały się świsty pa­row­ców, a nad Menzaleh migotały w słońcu stada mew i dzi­kich kaczek – tam, na arab­skim brzegu, była jakby kraina śmierci. Tylko w miarę jak słońce zni­żając się stawało się coraz czerwieńsze, pia­ski poczęły przybierać barwę li­liową, taką, jaką jesienią mają wrzosy w pol­skich la­sach.

Dzieci idąc ku przystani ujrzały jeszcze kilka czerwonaków, do których śmiały się ich oczy, po czym Dinah oświad­czyła, że Nel musi wra­cać do domu. W Egipcie po dniach, które nawet w czasie zimy często bywają upalne, nastę­pują noce bardzo zimne, a że zdrowie Nel wy­magało wiel­kiej ostrożno­ści, ojciec jej, pan Rawlison, nie pozwalał, by dziewczynka znajdowała się po zachodzie słońca nad wodą. Za­wró­cili więc ku mia­stu, na którego krańcu stała w pobliżu ka­nału willa pana Rawlisona – i w chwili gdy słońce zanurzyło się w morzu, znaleźli się pod da­chem. Nie­bawem przybył też zapro­szony na obiad inżynier Tarkowski, ojciec Stasia – i całe towarzystwo, wraz z Fran­cuzką, na­uczycielką Nel, panią Olivier, za­siadło do stołu:

Pan Rawlison, jeden z dyrektorów kompanii Kanału Sueskiego, i Władysław Tarkowski, star­szy inży­nier tejże kom­panii, żyli od wielu lat w naj­ści­ślejszej przyjaźni. Obaj byli wdowcami, ale pani Tarkow­ska, rodem Francuzka, zmarła z chwilą przyjścia na świat Stasia, to jest przed laty przeszło trzynastu, matka zaś Nel zgasła na suchoty w Helu­anie, gdy dziew­czynka miała lat trzy. Obaj wdowcy mieszkali w są­siednich domach w Port–Sa­idzie i z powodu swych zajęć widy­wali się codziennie. Wspólne nie­szczęście zbliżyło ich jeszcze bardziej do sie­bie i umoc­niło za­wartą poprzednio przyjaźń. Pan Rawli­son pokochał Stasia jak własnego syna, a zaś pan Tar­kowski byłby skoczył w ogień i wodę za małą Nel. Po ukoń­czeniu dzien­nych prac naj­mil­szym dla nich odpoczynkiem była roz­mowa o dzie­ciach, ich wychowa­niu i przy­szło­ści. Pod­czas podob­nych rozmów najczę­ściej bywało tak, że pan Rawlison wy­chwalał zdolności, energię i dziel­ność Stasia, a pan Tar­kowski unosił się nad słody­czą i anielską twarzyczką Nel. I jedno, i dru­gie było prawdą. Staś był trochę zarozumiały i trochę cheł­pliwy, ale uczył się do­sko­nale, i nauczy­ciele szkoły angielskiej, do której cho­dził w Port–Saldzie, przyznawali mu istotnie niezwykle zdol­ności. Co do odwagi i za­radno­ści, odziedzi­czył ją po ojcu, albowiem pan Tar­kowski po­siadał te przy­mioty w wysokim stopniu i w znacz­nej części im wła­śnie za­wdzięczał obecne swe stanowi­sko. W roku 1863 bił się bez wytchnie­nia w ciągu jedenastu mie­sięcy. Na­stępnie ranny, wzięty do niewoli i skazany na Sybir, uciekł z głębi Ro­sji i przedo­stał się za granicę. Był już przed pój­ściem do powstania skoń­czo­nym in­żynierem, jednakże rok jeszcze po­święcił na studia hydrau­liczne, a na­stępnie otrzymał posadę przy kanale i w ciągu kilku lat – gdy po­znano jego znajomość rze­czy, energię i pracowi­tość – zając wyso­kie sta­no­wisko starszego inżyniera.

Staś urodził się, wychował i doszedł do czternastego roku życia w Port–Sa­idzie, nad kanałem, wsku­tek czego inży­nie­ro­wie, kole­dzy ojca, na­zy­wali go "dzieckiem pustyni". Później, będąc już w szkole, towarzyszył czasem ojcu lub panu Raw­lisonowi, w czasie wakacji i świąt, w wy­ciecz­kach, jakie z obowiązku musieli czynić od Port–Saidu aż do Suezu dla rewizji robót przy wale i przy po­głębianiu ło­żyska ka­nału. Znał wszyst­kich – zarówno inżynierów i urzęd­ników komory, jak i ro­botników, Ara­bów i Murzynów. Krę­cił i wkręcał się wszędzie, wyra­stał, gdzie go nie po­siali, robił długie wycieczki wałem, jeździł łódką po Menzaleh i zapuszczał się nieraz dość daleko. Przeprawiał się na brzeg arab­ski i dor­wawszy się do czy­jego bądź konia, a z bra­ku konia – do wielbłąda, a na­wet i osła, udawał fa­rysa w pustyni; słowem, jak się wy­rażał pan Tar­kowski, "bo­brował" wszędzie i każdą wolną od nauki chwilę spędzał nad wodą.

Ojciec nie sprzeciwiał się temu, wiedząc, że wiosłowanie, konna jazda i ciągłe życie na świe­żym po­wietrzu wzmac­nia zdrowie chłopca i roz­wija w nim zarad­ność. Jakoż Staś wyższy był i silniejszy, niż bywają chłopcy w jego wieku, a dość mu było spoj­rzeć w oczy; by od­gad­nąć, że w ra­zie ja­kiego wy­padku prę­dzej zgrzeszy zbytkiem zuchwałości niż bojaźnią. W czterna­stym roku życia był jednym z naj­lep­szych pływa­ków w Port–Saidzie, co niemało znaczyło, al­bo­wiem Arabowie i Murzyni pływają jak ryby. Strzela­jąc z karabinków małego ka­libru – i tylko kulami, do dzikich kaczek i do egipskich gęsi, wyrobił sobie nie­chybną rękę i oko. Marze­niem jego było polo­wać kiedyś na wielkie zwierzęta w Afryce środkowej; chci­wie też słu­chał opo­wiadań Sudańczyków zajętych przy kanale, którzy spoty­kali się w swej ojczyźnie z wielki­mi dra­pieżni­kami i grubo­skór­nymi.

Miało to i tę korzyść, że uczył się zarazem ich języków. Kanał Sueski nie dość było przeko­pać, trzeba go jeszcze i utrzy­mać, gdyż ina­czej pia­ski z pustyń, le­żących po obu jego brze­gach, zasypałyby go w ciągu roku. Wielkie dzieło Les­sepsa wymaga ciągłej pracy i czujności. To­też do dziś dnia nad po­głębieniem jego łożyska pracują pod dozo­rem biegłych in­ży­nierów po­tężne maszyny i tysiące ro­botników. Przy prze­ko­paniu ka­nału praco­wało ich dwadzie­ścia pięć tysięcy. Dziś, wobec dokona­nego dzieła i ulepszo­nych nowych maszyn, po­trzeba ich znacz­nie mniej, jed­nakże liczba ich jest do­tych­czas dosyć znaczna. Przeważają wśród nich lu­dzie miejscowi, nie brak jednak i Nubij­czy­ków, i Su­dań­czyków, i So­mali­sów, i rozmaitych Mu­rzynów mieszkających nad Białym i Niebieskim Nilem, to jest w okolicach, które przed po­wstaniem Mahdiego zajął był rząd egipski. Staś żył ze wszystkimi za pan brat, a mając, jak zwykle Polacy, nadzwyczajną zdol­ność do ję­zy­ków, poznał, sam nie wiedząc jak i kiedy, wiele z ich narzeczy. Urodzony w Egipcie, mówił po arabsku jak Arab. Od Zan­ziba­rytów, któ­rych wielu służyło za palaczów przy ma­szy­nach, wyuczył się rozpowszech­nionego wielce w całej Afryce środkowej języka ki–swahili, umiał na­wet rozmówić się z Murzynami z po­ko­leń Dinka i Szylluk, zamieszkujących po­niżej Faszody nad Nilem. Mówił prócz tego biegle po angiel­sku, po francusku i po polsku, al­bowiem ojciec jego, go­rący patriota, dbał o to wielce, by chło­piec znał mowę oj­czystą. Staś, oczy­wiście, uważał mowę tę za naj­piękniejszą w świecie i uczył jej, nie bez powodzenia, małą Nel. Nie mógł tylko dokazać tego, aby jego imię wyma­wiała Staś, nie "Stes". Nie­raz też przychodziło mię­dzy nimi z tego powodu do niepo­rozumień; które trwały jed­nak dopóty tylko, do­póki w oczach dziew­czyny nie za­czynały świecić łezki. Wów­czas "Stes" prze­praszał ją – i bywał zły na samego sie­bie.

Miał jednak brzydki zwyczaj mówić z lekceważeniem o jej ośmiu latach i przeciwstawiać im swój po­ważny wiek i do­świad­czenie. Utrzy­my­wał, że chłopiec, który kończy lat czternaście, je­śli nie jest jesz­cze zupełnie dorosłym, to przy­najmniej nie jest już dziec­kiem, a nato­miast zdolny już jest do wszel­kiego rodzaju czynów bohaterskich, zwłaszcza jeśli ma w sobie krew polską i francu­ską. Pragnął też naj­goręcej, żeby kiedy­kol­wiek zdarzyła się spo­sobność do ta­kich czy­nów, szcze­gólniej w obronie Nel. Oboje wy­najdywali rozma­ite nie­bez­pieczeń­stwa i Staś mu­siał odpo­wia­dać na jej py­ta­nia, co by zrobił, gdyby na przykład wlazł do jej domu przez okno krokodyl mający dzie­sięć me­trów albo skor­pion tak duży jak pies. Obojgu ani na chwilę nie przychodziło do głowy, że wkrótce groźna rzeczywi­stość przewyższy wszelkie ich fan­tastyczne przy­pusz­czenia.

 

 

Rozdział 2

Tymczasem w domu czekała ich podczas obiadu dobra nowina. Panowie Tarkowski i Rawli­son byli zaproszeni przed kilku tygo­dniami, jako biegli inżynierowie, do obejrzenia i oceny robót prowadzo­nych przy całej sieci kanałów w prowin­cji El–Fajum, w oko­li­cach miasta Me­di­net, bli­sko jeziora Ka­roun oraz wzdłuż rzeki Jussef i Nilu. Mieli tam zabawić koło mie­siąca i uzyskali na to urlopy od wła­snej kompa­nii. Ponieważ zbli­żały się święta Bożego Narodze­nia, więc obaj nie chcąc rozstawać się z dziećmi posta­nowili, że Staś i Nel pojadą także do Medi­net. Po usły­sze­niu tej nowiny dzieci omal nie wy­skoczyły ze skóry z radości. Dotychczas zna­ły miasta le­żące wzdłuż kanału, a mia­no­wicie Izmailę i Suez, poza ka­nałem zaś – Aleksan­drię i Kair, pod którym oglądały wiel­kie piramidy i Sfinksa. Ale były to krótkie wy­cieczki, gdy wy­prawa do Medi­net–el–Fajum wy­magała całego dnia jazdy koleją wzdłuż Nilu na połu­dnie, a potem od El–Wasta na za­chód, ku Pu­styni Libijskiej. Staś znał Medinet z opowia­dań młod­szych inży­nierów i podróżników, któ­rzy jeździli tam na polowanie na wszel­kiego rodzaju ptac­two wodne oraz na wilki z pu­styni i hieny. Wie­dział, że jest to osobna wielka oaza leżąca po le­wym brzegu Nilu, ale nie­zależna od jego wylewów i ma­jąca swój własny sys­tem wodny, utwo­rzony przez je­zioro Ka­roun, przez Bahr–Jussef i przez całą więź drobnych ka­nałów. Ci, którzy oazę tę wi­dzieli, mówili, że jak­kol­wiek kraina ta należy do Egiptu, jednakże, od­dzielona od niego pu­stynią, two­rzy od­rębną całość. Tylko rzeka Jus­sef wiąże, rzekłbyś, niebie­skim cien­kim sznurkiem tę okolicę z doliną Nilu. Wielka obfi­tość wód, żyzność gleby i wspaniała ro­ślin­ność two­rzą z niej jakby raj ziemski, a rozle­głe ruiny miasta Kro­kodilopolis ściągają tam setki ciekawych podróż­ników. Stasiowi jednak uśmiechały się głównie brzegi jeziora Karoun z ro­jami ptactwa i wyprawy na wilki do pustyn­nych wzgórz Guebel–el–Sed­ment.

Ale wakacje jego zaczynały się dopiero za kilka dni, ponieważ zaś rewizja robót przy kanałach była sprawą pilną i starsi pa­nowie nie mo­gli tra­cić czasu, ułożyli się przeto, że wyjadą nie­zwłocznie, a dzieci wraz z panią Olivier w ty­dzień później. I Nel, i Staś mieli ochotę jechać za­raz, ale Staś nie śmiał o to prosić. Poczęli natomiast wypytywać o rozmaite sprawy ty­czące po­dróży i z nowymi wybuchami radości przy­jęli wia­do­mość, że nie będą mieszkali w nie­wy­godnych, utrzymywa­nych przez Greków hotelach, ale w namiotach dostar­czonych przez Towa­rzy­stwo Po­dróżni­cze Cooka. Tak zwykle urzą­dzają się po­dróżni, którzy z Kairu wyjeżdżają na dłuższy nawet po­byt do Medi­net. Cook do­starcza namio­tów, służby, ku­charzy, zapa­sów żyw­ności, koni, osłów, wielbłądów i przewodników, tak że po­dróż­nik nie po­trzebuje o ni­czym my­śleć. Jest to wprawdzie dość kosztowny spo­sób podróżowania, ale panowie Tar­kowski i Rawli­son nie mieli po­trzeby się z tym li­czyć, wszelkie bo­wiem wy­datki pono­sił rząd egipski, który ich zapro­sił, jako biegłych, do oceny i re­wizji prac przy ka­na­łach. Nel, która nad wszystko w świecie lubiła jeź­dzić na wiel­błądzie, otrzymała obietnicę od ojca, że dostanie osobnego, gar­batego wierz­chowca, na którym wraz z panią Olivier albo z Di­nah, a czasem i ze Sta­siem, bę­dzie brała udział we wspól­nych wycieczkach w bliż­sze okolice pu­styni i do Ka­roun. Stasiowi przyrzekł pan Tar­kow­ski, że pozwoli mu kiedy nocą pójść na wilki – i że je­żeli przyniesie do­bre świadectwo szkolne, to do­stanie prawdziwy angielski sztucer i wszelkie potrzebne dla my­śliwego przy­bory. Po­nieważ Staś pewny był cenzury, więc od razu zaczął uważać się za po­sia­dacza sztucera i obie­cywał so­bie doko­nać z nim rozmaitych zdumiewających i wieko­pomnych czynów.

Na takich projektach i rozmowach zeszedł uszczęśliwionym dzieciom obiad. Stosunkowo naj­mniej zapału okazy­wała do za­mie­rzonej po­dróży pani Olivier, której nie chciało się ruszać z wygodnej willi w Port–Saidzie i którą prze­straszała myśl za­mieszkania przez kilka tygo­dni w na­mio­cie, a zwłaszcza zamiar wycieczek na wielbłądach. Zda­rzyło się jej już kilka­krot­nie pró­bować podobnej jazdy, jak to zwykle robią przez cieka­wość Euro­pejczycy za­mieszkali w Egip­cie, i zawsze te próby wy­padały nie­pomyślnie. Raz wielbłąd podniósł się za wcześnie, gdy jesz­cze nie zasiadła się do­brze na siodle, i skutkiem tego stoczyła się przez jego grzbiet na ziemię. Innym razem nie nale­żący do lekko­no­śnych dromader utrząsł ją tak, że przez dwa dni nie mogła przyjść do siebie, słowem, o ile Nel po dwu lub trzech prze­jażdżkach, na które po­zwolił pan Rawli­son, zapew­niała, że nie ma nic rozkoszniejszego na świecie, o tyle pani Oli­vier zo­stały przykre wspomnienia. Mó­wiła, że to jest do­bre dla Ara­bów albo dla takiej kru­szyn­ki jak Nel, która nie więcej się utrzęsie niż mu­cha, która by sia­dła na garbie wielbłąda, ale nie dla osób poważ­nych i nie­zbyt lekkich, a zarazem mają­cych pewną skłonność do nie­znośnej choroby morskiej.

Lecz co do Medinet–el–Fajum miała i inne obawy. Oto w Port–Saidzie, zarówno jak w Alek­sandrii, Ka­irze i całym Egipcie, nie mó­wiono o ni­czym więcej, tylko o powstaniu Mahdiego i o okrucieństwach derwiszów. Pani Olivier nie wiedząc do­kładnie, gdzie leży Medinet, za­nie­po­koiła się, czy to nie będzie zbyt blisko od mahdystów, i wreszcie po­częta wypytywać o to pana Rawlisona.

Lecz on uśmiechnął się tylko i rzekł:

Mahdi oblega w tej chwili Chartum, w którym broni się jenerał Gordon. Czy pani wie, jak da­leko z Medinet do Char­tumu?

Nie mam o tym żadnego pojęcia.

Tak mniej więcej jak stąd do Sycylii – objaśnił pan Tarkowski.

Mniej więcej – potwierdził Staś. – Chartum leży tam, gdzie Nil Biały i Niebieski schodzą się i tworzą jedną rzekę. Dzieli nas od niego ogromna przestrzeń Egiptu i cała Nubia.

Następnie chciał dodać, że choćby Medinet leżało bliżej od krajów zajętych przez powstanie, to prze­cie on tam bę­dzie ze swoim sztu­ce­rem, ale przypomniawszy sobie, że za podobne przechwałki do­stał już nieraz burę od ojca – umilkł.

Starsi panowie poczęli jednak rozmawiać o Mahdim i o powstaniu, była to bowiem najważ­niejsza do­tycząca Egiptu sprawa. Wia­do­mości spod Chartumu były złe. Dzikie hordy oblegały już miasto od półtora miesiąca; rządy egipski i an­gielski działały powol­nie. Od­siecz zale­d­wie wyru­szyła i obawiano się powszechnie, że mimo sławy, męstwa i zdolności Gordona ważne to miasto wpadnie w ręce bar­barzyń­ców. Tego zdania był i pan Tarkowski, który podej­rzewał, że Anglia życzy sobie w duszy, by Mahdi ode­brał Sudan Egiptowi po to, by później odebrać go Ma­hdiemu i uczynić z tej ogromnej kra­iny posiadłość angiel­ską. Nie podzielił się jednak pan Tarkowski tymi podej­rzeniami z panem Rawli­so­nem nie chcąc urażać jego uczuć patriotycz­nych.

Pod koniec obiadu Staś jął wypytywać, dlaczego rząd egipski zabrał wszystkie kraje leżące na połu­dnie od Nubii, a mia­nowi­cie Kordo­fan, Dar­fur i Sudan aż do Albert–Nianza – i pozbawił tamtejszych mieszkańców wolności. Pan Rawlison postanowił mu to wy­tłumaczyć: z tej przy­czyny, że wszystko, co czynił rząd egipski, to czynił z polecenia Anglii, która rozciągnęła nad Egiptem pro­tekto­rat i w rze­czywi­stości rządziła nim, jak sama chciała.

Rząd egipski nie zabrał tam nikomu wolności rzekł – ale ją setkom tysięcy, a może i milio­nom ludzi przywrócił. W Kor­dofa­nie, w Dar­fu­rze i w Su­danie nie było w ostatnich czasach żad­nych państw nie­zależnych. Zaledwie tu i ów­dzie jakiś mały władca rościł sobie prawo do nie­któ­rych ziem i zagarniał je wbrew woli ich mieszkańców, przemocą. Przeważnie jednak były one zamieszkałe przez nie­zawisłe po­kole­nia Arabo–Murzy­nów, to jest przez ludzi mających w sobie krew obu tych ras. Po­kolenia te żyły w usta­wicznej wojnie. Napadały na siebie wza­jem i za­bierały so­bie ko­nie, wiel­błądy, by­dło ro­gate i przede wszystkim niewolników. Po­pełniano przy tym wiele okrucieństw. Ale naj­gorsi byli kupcy polujący na kość słoniową i niewol­ników. Utworzyli oni jakby osobną klasę ludzi, do której należeli wszyscy nie­mal na­czelnicy po­koleń i za­możniejsi kupcy. Ci czynili zbrojne wyprawy daleko w głąb Afryki, grabiąc wszędy kły sło­niowe i chwytając ty­siące lu­dzi: męż­czyzn, kobiet i dzieci. Nisz­czyli przy tym wsie i osady, pu­stoszyli pola, przelewali rzeki krwi i zabijali bez litości wszyst­kich opor­nych. Po­łu­dniowe stro­ny Sudanu, Dar­furu i Kordo­fanu oraz kraje nad gór­nym Nilem aż po jeziora – wy­ludniły się w niektórych oko­li­cach prawie zu­pełnie. Lecz bandy arabskie za­pusz­czały się coraz dalej, tak że cała środ­kowa Afryka stała się ziemią łez i krwi. Otóż An­glia, która, jak ci wiadomo, ściga po ca­łym świecie handla­rzy niewol­ników, zgodziła się na to, by rząd egipski zajął Kordofan, Dar­fur i Su­dan, był to bowiem jedyny sposób zmusze­nia tych gra­bież­ców do porzu­cenia tego obrzydli­wego handlu i je­dyny sposób utrzymania ich w ry­zie. Nie­szczęśliwi Mu­rzyni ode­tchnęli; na­pady i gra­bieże ustały, a ludzie poczęli żyć pod jakim takim prawem. Ale oczywi­ście taki stan rze­czy nie podo­bał się handla­rzom, więc gdy znalazł się mię­dzy nimi Mo­ham­med–Achmed, zwany dziś Mahdim, który począł głosić wojnę świętą pod pozorem, że w Egip­cie upada praw­dziwa wiara Maho­meta, wszy­scy rzucili się jak jeden człowiek do broni.. I oto roz­pa­liła się ta okropna wojna, która, przynajmniej do­tychczas, bardzo źle idzie Egip­cjanom. Mahdi pobił we wszystkich bi­twach wojska rzą­dowe, zajął Kor­dofan, Darfur, Sudan; hordy jego oblegają obec­nie Chartom i za­puszczają się na północ aż do granic Nubii.

A czy mogą dojść aż do Egiptu? – zapytał Staś.

Nie – odpowiedział pan Rawlison. – Mahdi zapowiada wprawdzie, że zawojuje cały świat, ale jest to dziki człowiek, który o ni­czym nie ma po­ję­cia. Egiptu nie zajmie nigdy, gdyż nie po­zwoliłaby na to Anglia.

Jeśli jednak wojska egipskie zostaną zupełnie zniesione?

Wówczas wystąpią wojska angielskie, których nie zwyciężył nigdy nikt.

A dlaczego Anglia pozwoliła Mahdiemu zająć tyle krajów?

Skąd wiesz,. że pozwoliła – odpowiedział pan Rawlison. – Anglia nie śpieszy się nigdy, al­bowiem jest wieczna.

Dalszą rozmowę przerwał służący Murzyn, który oznajmił, że przyszła Fatma Smainowa i bła­ga o po­słuchanie.

Kobiety na Wschodzie zajmują się sprawami prawie wyłącznie domowymi i rzadko nawet wy­chodzą z haremów. Tylko uboż­sze udają się na targi lub pracują w polach, jak to czynią żony fellachów, to jest wieśniaków egipskich. Ale i te prze­słaniają wówczas twarze. Jakkol­wiek w Su­da­nie, z któ­rego po­chodziła Fatma, zwyczaj ten nie bywa przestrzegany i jak­kolwiek przy­chodziła ona już poprzednio do biura pana Raw­li­sona, jednakże przyjście jej, zwłaszcza o tak późnej po­rze i do prywatnego domu, wywołało pewne zdziwienie.

Dowiemy się czegoś nowego o Smainie – rzekł pan Tarkowski.

Tak – odpowiedział pan Rawlison dając zarazem znać służącemu, aby wprowadził Fatmę.

Jakoż po chwili weszła wysoka, młoda Sudanka, z twarzą zupełnie nie osłoniętą, o bardzo ciemnej cerze i przepięk­nych, lubo dzi­kich i tro­chę zło­wrogich oczach. Wszedłszy padła zaraz na twarz, a gdy pan Rawlison kazał jej wstać, podniosła się; ale pozostała na klęcz­kach.

Sidi – rzekła – niech Allach błogosławi ciebie, twoje potomstwo, twój dom i twoje trzody!

Czego żądasz? – zapytał inżynier.

Miłosierdzia, ratunku i pomocy w nieszczęściu, o panie! Oto jestem uwięziona w Port–Sa­idzie i za­trata wisi nade mną i nad mymi dziećmi.

Mówisz, żeś uwięziona, a przecież mogłaś tu przyjść, a do tego w nocy.

Odprowadzili mnie tu zabtiowie, którzy we dnie i w nocy pilnują mego domu, i wiem, że mają rozkaz poucinać nam wkrótce głowy.

Mów jak niewiasta roztropna – odpowiedział wzruszając ramionami pan Rawlison. – Jesteś nie w Sudanie, ale w Egip­cie, gdzie nie za­bi­jają ni­kogo bez sądu, więc możesz być pewna, że włos nie spadnie z głowy ani tobie, ani twoim dzie­ciom.

Lecz ona poczęła go błagać, by wstawił się za nią jeszcze raz do rządu, wyjednał jej pozwole­nie na wyjazd do Sma­ina: "An­glicy tak wielcy jak ty, panie (mówiła), wszystko mogą. Rząd w Kairze myśli, że Smain zdradził, a to jest nieprawda! Byli u mnie wczoraj kupcy arabscy, któ­rzy przyje­chali z Souakimu, a przedtem kupowali gumę i kość słoniową w Suda­nie, i donieśli mi, że Smain leży chory w El–Faszer i wzywa mnie wraz z dziećmi do siebie, by je pobłogo­sławić..."

Wszystko to jest twój wymysł, Fatmo – przerwał pan Rawlison.

Lecz ona zaczęła zaklinać się na Allacha, że mówi prawdę, a następnie mówiła, iż jeśli Smain wy­zdrowieje – to wy­kupi niezawod­nie wszyst­kich jeń­ców chrześcijańskich, jeśli zaś umrze, to ona, jako krewna wodza derwiszów, ła­two znajdzie do niego przystęp i uzy­ska, co ze­chce. Niech jej tylko po­zwolą jechać, albowiem serce w jej piersiach skowyczy z tęsk­noty za mę­żem. Co ona, nie­szczęsna niewia­sta, zawi­niła rzą­dowi i chedy­wowi? Czy to jej wina i czy może za to odpowia­dać, że ma nie­szczęście być krewną derwisza Mo­hammeda–Achmeda?

Fatma nie śmiała wobec "Anglików" nazwać swego krewnego Mahdim, ponieważ znaczy to: odkupi­ciel świata – wie­działa zaś, że rząd egip­ski uważa go za buntownika i oszusta. Ale bijąc wciąż czołem i wzywając niebo na świa­dectwo swej nie­winności i nie­doli, po­częła pła­kać i za­ra­zem wyć żałośnie, jak czynią na Wschodzie niewiasty po stracie mężów lub sy­nów. Następ­nie rzuciła się znowu twarzą na zie­mię, a ra­czej na dywan, którym przykryta była posadzka i czekała w mil­czeniu.

Nel, której chciało się trochę spać pod koniec obiadu, rozbudziła się zupełnie, a mając po­czciwe ser­duszko chwy­ciła rękę ojca i ca­łując ją raz po razu, poczęła prosić za Fatmą:

Niech jej tatuś pomoże! – niech jej pomoże! Fatma zaś, rozumiejąc widocznie po angielsku, ozwała się wśród łkań, nie odrywa­jąc twa­rzy od dy­wanu:

Niech cię Allach błogosławi, kwiatku rajski, rozkoszy Omaja, gwiazdko bez zmazy!

Jakkolwiek Staś był w duszy bardzo zawzięty na mahdystów, jednakże wzruszył się także proś­bą i bólem Fatmy. Przy tym Nel wsta­wiała się za nią, a on ostatecznie zawsze chciał tego, cze­go chciała Nel – więc po chwili ozwał się niby do siebie, ale tak, by słyszeli go wszy­scy:

Ja, gdybym był rządem, pozwoliłbym Fatmie odjechać.

Ale ponieważ nie jesteś rządem – odpowiedział mu pan Tarkowski – lepiej zrobisz nie wda­jąc się w to, co do cie­bie nie należy.

Pan Rawlison miał również litościwą duszę i odczuwał położenie Fatmy, ale uderzyły go w jej słowach rozmaite rze­czy, które wy­dały mu się pro­stym kłamstwem. Mając prawie codzienne stosunki z ko­morą w Izmaili wiedział dobrze, że żadne nowe ładunki gumy ani kości sło­nio­wej nie prze­chodziły w ostatnich czasach przez kanał. Handel tymi towarami ustał prawie zu­pełnie. Kupcy arabscy nie mogli też wra­cać z leżą­cego w Sudanie miasta El–Faszer, gdyż mahdyści w ogóle z początku nie dopusz­czali do sie­bie kupców, a tych, których mogli zła­pać, ra­bo­wali i za­trzymy­wali w niewoli. Było to też rzeczą niemal pewną, że opowiadanie o choro­bie Smaina jest kłamstwem.

Lecz ponieważ oczki Nel patrzyły wciąż błagalnie na tatusia, więc ten nie chcąc zasmucić dziew­czynki rzekł po chwili do Fatmy:

Fatmo, pisałem już do rządu na twoją prośbę, ale bez skutku. A teraz słuchaj. Jutro z tym oto me­hendysem (inży­nie­rem), któ­rego tu wi­dzisz, wy­jeżdżamy do Medinet–el–Fajum; po dro­dze zatrzy­mamy się przez jeden dzień w Ka­irze, al­bo­wiem chedyw chce rozmówić się z nami o ka­na­łach pro­wadzonych od Bahr–Jussef i dać nam co do nich polecenia. W czasie rozmowy postaram się przed­stawić mu twoją sprawę i uzy­skać dla ciebie jego łaskę. Ale nic więcej uczynić nie mogę i nie przy­rzekam.

Fatma podniosła się i wyciągnąwszy obie ręce na znak dziękczynienia, zawołała:

A więc jestem ocalona!

Nie, Fatmo – odpowiedział pan Rawlison – nie mów o ocaleniu, albowiem powiedziałem ci już, że śmierć nie grozi ani tobie, ani twoim dzie­ciom. Czy jednak chedyw pozwoli na twój od­jazd, nie ręczę, albowiem Smain nie jest chory, ale jest zdrajcą, który za­braw­szy rzą­dowe pie­nią­dze nie myśli wcale o wykupieniu jeńców od Mohammeda–Achmeda.

Smain jest niewinny, panie, i leży w El–Faszer powtórzyła Fatma – a gdyby on sprzeniewie­rzył się nawet rządowi, to ja przysię­gam przed tobą, moim dobroczyńcą, że jeśli pozwolą mi wyjechać, póty będę błagać Mohammeda–Achmeda, póki nie wyproszę waszych jeń­ców.

A więc dobrze. Obiecuję ci raz jeszcze, że wstawię się za tobą do chedywa.

Fatma poczęła bić pokłony.

Dzięki ci, sidi! Jesteś nie tylko potężny, ale i sprawiedliwy. A teraz błagam cię jeszcze, abyś pozwolił służyć nam sobie jak nie­wolni­kom.

W Egipcie nikt nie może być niewolnikiem – odpowiedział z uśmiechem pan Rawlison. – Służby mam dosyć, a z twoich usług nie mogę ko­rzystać jeszcze i dlatego, że jak ci powie­działem, wyjeż­dżamy wszyscy do Medinet i może być, że po­zostaniemy tam aż do ramazanu.

Wiem, panie, albowiem powiedział mi to dozorca Chadigi, ja zaś, dowiedziawszy się o tym, przy­szłam nie tylko błagać cię o po­moc, ale by ci po­wiedzieć także, że dwaj ludzie z mego po­kolenia Dangalów, Idrys i Gebhr, są wiel­błądnikami w Medinet i że ude­rzą przed tobą czołem, gdy tylko przy­będziesz, ofiarując na twe rozkazy siebie i swe wielbłądy.

Dobrze, dobrze – odpowiedział dyrektor – ale to sprawa kompanii Cooka, nie moja.

Fatma ucałowawszy ręce obu inżynierów i dzieci wyszła błogosławiąc szczególniej Nel. Dwaj pano­wie milczeli przez chwilę, po czym pan Raw­li­son rzekł:

Biedna kobieta... ale kłamie tak, jak tylko na Wschodzie kłamać umieją – i nawet w jej oświadcze­niach wdzięczno­ści brzmi jakaś fał­szywa nuta.

Niezawodnie – odpowiedział pan Tarkowski ale co prawda, to czy Smain zdradził, czy nie zdradził, rząd nie ma prawa za­trzymy­wać jej w Egip­cie, gdyż ona nie może odpowiadać za męża.

Rząd nie pozwala teraz nikomu z Sudańczyków wyjeżdżać bez osobnego pozwolenia do So­uakimu i do Nubii, więc za­kaz nie do­tyka tylko Fatmy. W Egipcie znajduje się ich wielu, przy­chodzą tu bo­wiem dla zarobku, a między nimi jest pewna liczba należących do po­ko­le­nia Dan­ga­lów, to jest tego, z którego pochodzi Mahdi. Oto na przykład należą do niego, prócz Fatmy, Chadigi i ci dwaj wielbłąd­nicy z Me­dinet. Ma­h­dyści nazywają Egip­cjan Turkami i pro­wadzą z nimi wojnę, ale i między tutejszymi Arabami znalazłoby się sporo zwolenni­ków Mah­diego, któ­rzy by chętnie do niego uciekli. Zaliczyć trzeba do nich wszystkich fanatyków; wszystkich dawnych stronników Ara­biego paszy i wielu spo­śród klas najuboższych. Biorą oni za złe rządowi, że poddał się całkiem wpływom angielskim, i twier­dzą, że reli­gia na tym cierpi. Bóg wie, ilu uciekło już przez pustynię, omijając zwykłą drogę morską na Souakim, więc rząd dowie­dziawszy się, że Fatma chce także zmykać, przykazał ją pilnować. Za nią tylko i za jej dzieci, jako za krewnych sa­mego Mahdiego, może będzie można odzyskać jeń­ców.

Czy istotnie niższe klasy w Egipcie sprzyjają Mahdiemu?

Mahdi ma zwolenników nawet w wojsku, które może dlatego bije się tak źle.

Ale jakim sposobem Sudańczycy mogą uciekać przez pustynię? Przecie to tysiące mil?

A jednak tą drogą sprowadzono niewolników do Egiptu.

Sądzę, że dzieci Fatmy nie wytrzymałyby takiej podróży.

Chce też ją sobie skrócić i jechać morzem do Souakimu.

W każdym razie biedna kobieta...

Na tym skończyła się rozmowa.

A w dwanaście godzin później "biedna kobieta" zamknąwszy się starannie w domu z synem dozorcy Chadigiego szep­tała mu ze zmarsz­czo­nymi brwiami i ponurym spojrzeniem swych pięknych oczu:

Chamisie, synu Chadigiego, oto są pieniądze. Pojedziesz dziś jeszcze do Medinet i oddasz Idrysowi to pismo, które na moją prośbę na­pi­sał do niego świątobliwy derwisz Bellali... Dzie­ci tych mehen­dysów są dobre, ale jeśli nie uzyskam po­zwolenia na wyjazd, to nie ma in­nego spo­sobu. Wiem, że mnie nie zdradzisz... Pamiętaj, że ty i twój oj­ciec pochodzicie także z po­kolenia Dan­galów, w którym urodził się wielki Mahdi.

 

 

Rozdział 3

Obaj inżynierowie wyjechali nazajutrz a noc do Kairu, gdzie mieli odwiedzić rezydenta angiel­skiego i być na posłu­chaniu u wice­króla. Staś ob­liczał, że może im to zająć dwa dni, i poka­zało się, że obli­czenia jego były trafne, gdyż trzeciego dnia wieczorem otrzymał od ojca, już z Me­di­net, nastę­pującą depeszę: "Namioty przygotowane. Macie wyruszyć z chwilą roz­poczęcia twoich wa­kacji. Fatmie daj znać przez Cha­di­giego, że nie mogliśmy dla niej nic zro­bić.." Po­dobną depeszę otrzymała również pani Olivier, która też zaraz rozpo­częła przy pomocy Mu­rzynki Di­nah przy­gotowania po­dróżne.

Sam ich widok rozradował serca dzieci. Lecz nagle zaszedł wypadek, który poplątał wszelkie przewi­dywania i mógł na­wet całkiem po­wstrzy­mać wyjazd. Oto w dniu, w którym zaczęły się zimowe waka­cje Stasia, a w wigilię wyjazdu, panią Olivier ukąsił podczas jej drzemki popołu­dniowej w ogrodzie skorpion. Jadowite te stworzenia nie bywają zwykle w Egipcie zbyt niebez­pieczne, tym ra­zem jed­nak ukłucie mo­gło się stać wyjąt­kowo zgubnym. Skorpion peł­znął po górnym oparciu płó­ciennego krze­sła i ukłuł panią Olivier w szyję, w chwili gdy przyci­snęła go głową; że zaś po­przednio cierpiała ona na różę w twarzy, więc zachodziła obawa, że choroba się; powtórzy. Wezwano na­tych­miast lekarza, który przybył jednak do­piero po dwu godzinach, gdyż był zajęty gdzie in­dziej. Szyja, a na­wet i twarz były już opuch­nięte, po czym zja­wiła się gorączka ze zwykłymi obja­wami zatrucia. Lekarz oświadczył, że nie może być mowy w tych warun­kach o wy­jeź­dzie, i kazał chorej położyć się do łóżka – wo­bec tego dzieciom groziło spędze­nie świąt Bożego Na­rodzenia w domu: Trzeba oddać spra­wie­dli­wość Nel, że w pierw­szych zwłaszcza chwi­lach więcej myślała o cier­pieniach: swej na­uczycielki niż o utra­co­nych przyjemno­ściach w Me­dinet. Popłakiwała tylko po ką­tach na myśl, że nie zoba­czy ojca aż po kilku ty­go­dniach. Staś nie przyjął wy­padku z taką samą rezy­gnacją i wyprawił naprzód depe­szę, a po­tem list z zapy­taniem, co mają robić.

Odpowiedź przyszła po dwu dniach. Pan Rawlison porozumiał się naprzód z doktorem i do­wiedziawszy się od niego, że doraźne nie­bez­pie­czeń­stwo jest usunięte i że tylko z obawy od­nowienia się róży nie pozwala na wyjazd pani Olivier z Port–Saldu, zapewnił przede wszystkim do­zór i opiekę dla niej, a następnie dopiero przesłał dzieciom pozwolenie na po­dróż wraz z Dinah. Ale ponieważ Di­nah; mimo całego; przy­wią­za­nia do Nel, nie umiałaby sobie dać rady na kolejach i w hotelach, przeto przewod­nikiem i skarbni­kiem w czasie drogi miał być Staś. Ła­two zro­zu­mieć, jak był dumny z tej roli i z jak ry­cerskim animuszem zaręczał małej Nel, że jej włos z głowy nie spadnie, jakby rzeczywi­ście droga do Kairu i do Me­dinet przedstawiała ja­kiekolwiek trudności lub niebezpie­czeństwa.

Wszystkie przygotowania były już poprzednio ukończone, więc dzieci wyruszyły tego samego dnia kanałem do Izmaili, a z Izmaili ko­leją do Ka­iru, gdzie miały przenocować, nazajutrz zaś jechać do Me­dinet. Opuszczając Izmailę widziały jezioro Timsah, które Staś znał po­przed­nio, al­bo­wiem pan Tar­kowski, zapalony w wolnych od zajęć chwi­lach myśliwy, brał go tam czasem z sobą na ptactwo wodne. Na­stępnie droga szła wzdłuż Wadi–To­umilat, tuż przy kanale słod­kiej wody idą­cym od Nilu do Izmaili i Suezu. Przekopano ten kanał jeszcze przed Sueskim, in­aczej bo­wiem robotnicy pracujący nad wielkim dziełem Lessepsa pozbawieni by byli cał­kiem wody zdatnej do picia. Ale wy­kopanie go miało jesz­cze i inny po­myślny sku­tek: oto kra­ina, która była poprzednio ja­łową pustynią, zakwitła na nowo, gdy prze­szedł przez nią po­tężny i ożywczy stru­mień słodkiej wody. Dzieci mogły dostrzec po le­wej stronie z okien wagonów szeroki pas zielono­ści, zło­żony z łąk, na któ­rych pasły się konie, wiel­błądy i owce i z pól upraw­nych, mieniących się kukurydzą, pro­sem, alfalfą i in­nymi ga­tunkami roślin pastew­nych. Nad brzegiem kanału wi­dać było wszelkiego ro­dzaju stud­nie, w kształcie wielkich kół opatrzo­nych wiadrami lub w kształcie zwy­kłych żu­rawi, czerpiące wodę, którą fel­lachowie rozprowa­dzali pracowicie po zagonach lub rozwozili beczkami na wózkach cią­gnionych przez ba­woły. Nad runią zbóż bujały gołę­bie, a czasem zrywały się całe stada przepió­rek. Po brzegach kana­łu przecha­dzały się poważnie bociany i żura­wie. W dali, nad gli­nia­nymi cha­tami fellachów, wznosiły się jak pió­ropusze ko­rony palm dakty­lowych.

Natomiast na północ od linii kolejowej ciągnęła się szczera pustynia, ale niepodobna do tej, która le­żała po drugiej stro­nie Kanału Su­eskiego. Tamta wyglądała jak równe dno morskie, z którego uciekły wody, a został tylko po­marszczony piasek, tu zaś piaski były bar­dziej żółte, pousy­py­wane jakby w wielkie kopce pokryte na zboczach kę­pami szarej roślin­ności. Między owymi kopcami, które gdzie­niegdzie zmieniały się w wy­sokie wzgórza, leżały ob­szerne doliny, wśród któ­rych od czasu do czasu widać było cią­gnące karawany.

Z okien wagonu dzieci mogły dojrzeć obładowane wielbłądy idące długim sznurem, jeden za drugim, przez piasz­czyste rozłogi. Przed każ­dym wielbłądem szedł Arab w czarnym płaszczu i białym zawoju na głowie. Małej Nel przy­pomniały się obrazki z Biblii, które oglą­dała w domu, przed­stawiające Izraeli­tów wkraczających do Egiptu za cza­sów Józefa. Były one zupełnie takie same. Na nieszczęście, nie mo­gła przypatry­wać się dobrze karawanom, gdyż przy oknach z tej strony wa­gonu siedzieli dwaj ofi­cerowie an­gielscy i zasłaniali jej widok.

Lecz zaledwie powiedziała to Stasiowi, on zwrócił się z wielce poważną miną do oficerów i rzekł przy­kładając palec do kapelusza:

Dżentelmeni, czy nie zechcecie zrobić miejsca tej małej miss, która pragnie przypatrywać się wiel­błądom?

Obaj oficerowie przyjęli z taką samą powagą propozycję i jeden z nich nie tylko ustąpił miej­sca cie­kawej miss, ale pod­niósł ją i po­stawił na sie­dze­niu przy oknie.

A Staś rozpoczął wykład:

To jest dawna kraina Goshen, którą faraon oddał Józefowi dla jego braci Izraelitów. Nie­gdyś, i jesz­cze w staro­żytności, szedł tu ka­nał wody słod­kiej, tak że ten nowy jest tylko prze­róbką dawnego. Ale później poszedł w ruinę i kraj stał się pu­stynią. Teraz zie­mia po­czyna być znów ży­zna.

Skąd to dżentelmenowi wiadomo? – zapytał jeden z oficerów.

W moim wieku takie rzeczy się wie – odrzekł Staś – a prócz tego niedawno profesor Sterling wykła­dał nam o Wadi–To­umilat.

Jakkolwiek Staś mówił bardzo biegle po angielsku, jednakże odmienny nieco jego akcent zwrócił uwagę drugiego ofi­cera, który zapy­tał:

Czy mały dżentelmen nie jest Anglikiem?

Małą jest miss Nel, nad którą ojciec jej powierzył mi w drodze opiekę, a ja nie jestem Angli­kiem, lecz Polakiem i synem inżyniera przy ka­nale.

Oficer uśmiechnął się słysząc odpowiedź czupurnego chłopaka i rzekł:

Bardzo cenię Polaków. Należę do pułku jazdy, który za czasów Napoleona kilkakrotnie wal­czył z polskimi uła­nami, i tra­dycja ta sta­nowi do­tych­czas jego chwałę i zaszczyt1.

Miło mi pana poznać – odpowiedział Staś.

I rozmowa poszła dalej łatwo, albowiem oficerowie bawili się widocznie: Pokazało się, że obaj jadą także z Port–Saidu do Kairu dla wi­dze­nia się z ambasadorem angielskim i po ostatnie in­strukcje co do długiej podróży, która ich niebawem cze­kała. Młodszy z nich był dok­to­rem woj­sko­wym, ten zaś, który rozmawiał ze Stasiem, kapitan Glen, miał z rozporzą­dzenia swego rządu jechać z Kairu przez Suez do Mombassa i ob­jąć w zarząd cały kraj przyległy do tego portu i cią­gnący się aż do nieznanej krainy Samburu. Staś, który z zamiłowa­niem czytywał po­dróże po Afryce, wiedział, że Mom­bassa leży o kilka stopni za równikiem i że kraje przyle­głe, jakkolwiek za­liczone już do sfery inte­resów an­giel­skich, są jeszcze na­prawdę mało znane, zupełnie dzikie, pełne słoni, żyraf, nosorożców, bawołów i wszelkiego ro­dzaju an­tylop, z któ­rymi wy­prawy i woj­skowe, i misjonarskie, i ku­pieckie zawsze się spoty­kają: Za­zdrościł też ka­pita­nowi Glenowi z całej duszy i za­powiedział, że musi go w Mom­bassa odwiedzić i zapolo­wać z nim na lwy lub bawoły.

Dobrze, ale proszę o odwiedziny z tą małą miss odpowiedział śmiejąc się kapitan Glen i ukazując na Nel, która w tej chwili ode­szła od okna i sia­dła przy nim.

Miss Rawlison ma ojca – odpowiedział Staś – a ja jestem tylko w drodze jej opiekunem.

Na to zwrócił się żywo drugi oficer i zapytał:

Rawlison? – czy nie jeden z dyrektorów kanału i ten który ma brata w Bombaju?

W Bombaju mieszka mój stryjek – odpowiedziała Nel podnosząc w górę paluszek.

A więc twój stryjek, darling, jest żonaty z moją siostrą. Ja nazywam się Clary Jesteśmy po­winowaci i prawdziwie rad je­stem, żem cię spo­tkał i po­znał, mały, kochany ptaszku.

I doktor rzeczywiście był rad. Mówił, że zaraz po przybyciu do Port–Saidu rozpytywał się o pana Raw­lisona, ale w biu­rach dyrekcji powie­dziano mu, że wyjechał na święta. Wyraził też żal, że statek, któ­rym mają jechać z Glenem do Mom­bassa, wychodzi z Suezu już za kilka dni, skutkiem czego nie bę­dzie mógł wpaść do Medinet.

Polecił tylko Nel pozdrowić ojca i obiecał napisać do niej z Mombassa. Obaj oficerowie zajęli się teraz przeważnie roz­mową z Nel, tak że Staś pozo­stał trochę na boku. Za to na wszystkich stacjach poja­wiały się całymi tuzinami manda­rynki, świeże daktyle, a nawet i wy­borne sor­be­ty. Prócz Sta­sia i Nel – korzystała z nich także Dinah, która przy wszyst­kich swych przymio­tach odznaczała się niepo­wsze­dnim ła­komstwem.

W ten sposób prędko zeszła dzieciom droga do Kairu. Przy pożegnaniu oficerowie ucałowali rączki i główkę Nel i uści­snęli pra­wicę Sta­sia, przy czym kapitan Glen, któremu rezolutny chłopiec bardzo się podobał, rzekł na wpół żartem, na wpół naprawdę:

Słuchaj, mój chłopcze! Kto wie, gdzie, kiedy i w jakich okolicznościach możemy się jeszcze spotkać w życiu. Pa­miętaj jednak, że zaw­sze mo­żesz liczyć na moją życzliwość i pomoc.

I wzajemnie! – odpowiedział z pełnym godności ukłonem Staś.

 

 

Rozdział 4

Zarówno pan Tarkowski, jak pan Rawlison, który kochał nad życie swoją małą Nel, ucieszyli się bar­dzo z przybycia dzieci. Młoda parka po­wi­tała też z radością ojców, ale zaraz poczęła się rozglądać po namiotach, które były już zu­pełnie we­wnątrz urządzone i go­towe na przyję­cie mi­łych gości. Okazało się, że są wspaniałe, podwójne, podbite jedne niebie­ską, drugie czer­woną flanelą, wy­łożone na dole woj­łokiem i ob­szerne jak duże pokoje. Kompania, której cho­dziło o opi­nię wy­sokich urzędników To­warzystwa Ka­nałowego, dołożyła wszel­kich starań, by im było do­brze i wygodnie. Pan Raw­lison obawiał się początkowo, czy dłuższy pobyt pod na­miotem nie zaszkodzi zdro­wiu Nel, i je­śli się na to zgo­dził, to tylko dla­tego; że w razie niepo­gody zawsze można było przenieść się do hotelu. Te­raz jed­nak, ro­zej­rzawszy się dokład­nie we wszyst­kim na miejscu, doszedł do przekona­nia, że dni i noce spędzane na świeżym powie­trzu stokroć będą dla jego je­dynaczki ko­rzystniej­sze niż przeby­wa­nie w za­tęchłych pokojach miej­scowych ho­telików. Sprzyjała temu i prze­śliczna pogoda. Medinet, czyli El–Me­dine, oto­czone naokół piasz­czy­stymi wzgórzami Pustyni Libij­skiej, ma klimat o wiele lepszy od Kairu i nie na próżno zwie się "krainą róż". Z powodu ochronnego położe­nia i obfito­ści wilgoci w po­wie­trzu noce nie bywają tam wcale tak zimne jak w innych czę­ściach Egiptu, na­wet położo­nych dalek­o dalej na po­łu­dnie. Zima bywa wprost rozkoszna, a od listo­pada rozpoczyna się właśnie naj­więk­szy rozwój roślin­ności. Palmy dakty­lowe, oliwki, któ­rych w ogóle jest mało w Egipcie, drzewa fi­gowe, poma­rańczowe, mandarynki, ol­brzymie rycynusy, granaty i rozmaite inne ro­śliny połu­dniowe pokry­wają jed­nym lasem tę roz­koszną oazę. Ogrody zalane są jakby ol­brzy­mią falą akacyj, bzów i róż, tak że w nocy każdy po­wiew przynosi upaja­jący ich za­pach. Oddy­cha się tu pełną piersią i "nie chce się umie­rać", jak mówią miejscowi miesz­kańcy.

Podobny klimat ma tylko leżący po drugiej stronie Nilu, lecz znacznie na północ, Heluan, chociaż brak mu tej bujnej ro­ślinności.

Ale Heluan łączył się dla pana Rawlisona z żałosnym wspomnieniem, tam bowiem umarła matka Nel. Z tego po­wodu wo­lał Medi­net – i pa­trząc obecnie na rozjaśnioną twarz dziewczynki obiecywał sobie w duchu zakupić tu w niedługim czasie grunt z ogro­dem, wysta­wić na nim wy­godny angielski dom i spędzać w tych błogosławionych stronach wszyst­kie urlopy, jakie będzie mógł uzyskać, a po ukoń­cze­niu służby przy kanale może nawet zamieszkać tu na stałe.

Były to jednak plany na daleką przyszłość i nie całkiem jeszcze stanowcze. Tymczasem dzieci kręciły się od chwili przy­jazdu wszę­dzie jak mu­chy, pragnąc jeszcze przed obiadem obejrzeć wszystkie na­mioty oraz osły i wielbłądy najęte na miejscu przez Cooka. Po­kazało się jed­nak, że zwierzęta były na odległym pastwisku i że zobaczyć je bę­dzie można do­piero jutro. Nato­miast przy namiocie pana Rawli­sona Nelly i Staś spo­strzegli z przy­jemnością Cha­misa, syna Chadi­giego, swego dobrego zna­jomego z Port–Saidu. Nie należał on do służby Cooka i pan Rawlison był nawet zdzi­wiony spotkaw­szy go w El–Medine, ale ponieważ używał go poprzed­nio do noszenia narzę­dzi, przy­jął go i te­raz jako chłopca do posyłek i wszel­kiego rodzaju po­sług.

Obiad wieczorny okazał się wyborny, gdyż stary Kopt, pełniący już od lat wielu obowiązki ku­charza w kompanii Cooka, chciał po­pi­sać się swoją sztuką. Dzieci opowiadały o znajomości, jaką zawarły w czasie drogi z dwoma ofi­cerami, co szczególniej zajęło pana Rawli­sona, któ­re­go brat Ry­szard, żonaty z siostrą doktora Clarego, przebywał rzeczywiście od wielu lat w In­diach. Ponieważ było to małżeń­stwo bez­dzietne, więc ów stryja­szek kochał bardzo swoją małą synowicę, którą znał przeważnie tylko z fotografii – i wypyty­wał o nią sta­rannie we wszystkich swo­ich li­stach. Obu ojców zabawiło również zaproszenie, jakie otrzymał Staś od kapi­tana Gle­na do Mombassa. Chłopak brał je zupełnie po­ważnie i obiecy­wał sobie stanowczo, że kiedyś musi odwiedzić swego no­wego przyjaciela za równikiem. Do­piero pan Tar­kow­ski musiał mu tłumaczyć, że urzędnicy angiel­scy nigdy nie zostają długo na urzę­dzie w tej samej miejsco­wości, a to z powodu za­bójczego kli­matu Afryki, i że nim on Staś – doro­śnie, kapitan będzie już na dziesiątej z rzędu posadzie albo nie będzie go wcale na świecie.

Po obiedzie całe towarzystwo wyszło przed namioty, gdzie służba poustawiała składane krze­sła płó­cienne, a dla star­szych panów przy­go­to­wała sy­fony z wodą sodową i brandy. Była już noc, ale nad­zwyczaj ciepła, a ponieważ przypadała pełnia księżyca, więc ja­sno było jak we dnie. Białe mury bu­dynków miejskich naprzeciw namiotów świeciły zielono, gwiazdy skrzyły się na niebie, a w powie­trzu rozcho­dził się za­pach róż, akacyj i helio­tropów. Mia­sto już spało. W ciszy nocnej słychać było tylko niekiedy donośne głosy żu­rawi, czapli i fla­mingów, przela­tujących znad Nilu w stronę jeziora Karoun. Nagle jednak rozległo się głębokie, basowe szczekanie psa, które zdziwiło Sta­sia i Nel, zdawało się bowiem wy­chodzić z namiotu, którego nie zwiedzili, przeznaczonego na skład siodeł, na­rzędzi i roz­maitych po­dróżnych przy­bo­rów.

Co to za ogromny musi być pies. Chodźmy go zobaczyć – rzekł Staś.

Pan Tarkowski począł się śmiać, a pan Rawlison strząsnął popiół z cygara i rzekł, również śmiejąc się:

Well! na nic nie zdało się zamknięcie.

Po czym zwrócił się do dzieci:

Jutro – pamiętajcie – jest Wigilia i ten pies miał być niespodzianką przeznaczoną przez pana Tar­kowskiego dla Nel, ale ponieważ nie­spo­dzianka poczęła szczekać, zmuszony jestem zapowiedzieć ją już dziś.

Usłyszawszy to Nel wdrapała się w jednej chwili na kolana pana Tarkowskiego i objęła go za szyję, następnie prze­sko­czyła na oj­cow­skie:

Tatusiu, jaka ja jestem szczęśliwa! jaka szczęśliwa!

Uściskom i pocałunkom nie było końca; wreszcie Nel, znalazłszy się na własnych nogach, po­częła zaglądać w oczy panu Tar­kow­skiemu:

Mister Tarkowski...

Co, Nel?

Bo jeśli ja już wiem, że on tam jest, to czy ja mogę go dziś zobaczyć?

Wiedziałem – zawołał z udanym oburzeniem pan Rawlison – że ta mała mucha nie poprze­stanie na samej nowinie.

A pan Tarkowski zwrócił się do syna Chadigiego i rzekł:

Chamisie, przyprowadź psa.

Młody Sudańczyk zniknął za namiotem kuchennym i po chwili ukazał się znów, prowadząc ol­brzymie zwierzę za ob­rożę.

A Nel aż się cofnęła.

Oj! – zawołała chwytając ojca za rękę. Staś natomiast wpadł w zapał:

Ależ to lew, nie pies!

Nazywa się Saba (lew) – odpowiedział pan Tarkowski. – Należy on do rasy mastyfów, to zaś są naj­większe psy na świe­cie. Ten ma do­piero dwa lata, ale istotnie jest ogromny. Nie bój się, Nel, gdyż ła­godny jest jak baranek. Tylko śmiało! Puść go; Chamisie.

Chamis puścił obrożę, za którą przytrzymywał brytana, a ów poczuwszy, że jest wolny, począł ma­chać ogonem, ła­sić się do pana Tar­kow­skiego, z którym poznał się już dobrze poprzednio, i po­szczekiwać z radości.

Dzieci patrzyły z podziwem przy blasku księżyca na jego potężny okrągły łeb ze zwieszonymi war­gami, na grube łapy, na potężną po­stać przy­po­minającą naprawdę postać lwa płowo–żółtą maścią całego ciała. Nic podobnego nie widziały do­tąd w życiu.

Z takim psem można by bezpiecznie przejść Afrykę – zawołał Staś.

Spytaj się go, czyby potrafił zaaportować nosorożca – rzekł pan Tarkowski.

Saba nie mógłby wprawdzie odpowiedzieć na to pytanie, ale natomiast machał ogonem coraz wese­lej i garnął się do lu­dzi tak ser­decz­nie, że Nel od razu przestała się go bać i poczęła go głaskać po głowie.

Saba, miły, kochany Saba.

Pan Rawlison pochylił się nad nim, podniósł jego łeb ku twarzyczce dziewczynki i rzekł:

Saba, przypatrz się tej panience. Oto twoja pani! Masz jej słuchać i strzec – rozumiesz?

Wow! – ozwał się na to basem Saba, jakby rzeczywiście zrozumiał, o co chodzi.

I zrozumiał nawet lepiej, niż można się było spodziewać, gdyż korzystając z tego, że głowa jego znaj­dowała się pra­wie na wysoko­ści twa­rzy dziew­czynki, polizał na znak hołdu swym sze­rokim ozorem jej nosek i policzki.

Wywołało to powszechny wybuch śmiechu. Nel musiała pójść do namiotu, by się umyć. Wró­ciwszy po kwadransie czasu ujrzała Sabę z ła­pami za­łożonymi na ramiona Stasia, który ugi­nał się pod tym ciężarem. Pies przewyższał go o głowę.

Nadchodził czas spoczynku, ale mała uprosiła sobie jeszcze pół godziny zabawy, by zapo­znać się lepiej z nowym przy­ja­cielem. Jakoż po­zna­nie poszło tak łatwo, że pan Tarkowski po­sadził ją wkrótce po damsku na jego grzbiecie i pod­trzy­mując ją z obawy, by nie spa­dła, ka­zał Sta­siowi pro­wadzić psa za obrożę. Ujechała tak kilkanaście kroków, po czym pró­bował i Staś dosiąść osobli­wego wierz­chowca, ale ów siadł wówczas na tyl­nych łapach, tak że Staś znalazł się nie­spo­dzianie na piasku koło ogona.

Dzieci miały już udać się na spoczynek, gdy z dala, na oświeconym przez księżyc rynku, uka­zały się dwie białe po­stacie zdążające ku na­mio­tom.

Łagodny dotychczas Saba począł warczeć głucho i groźnie, tak że Chamis na rozkaz pana Rawli­sona musiał go znów chwycić za ob­rożę, a tym­czasem dwaj ludzie, przybrani w białe burnusy, sta­nęli przed namiotami.

A kto tam? – zapytał pan Tarkowski.

Przewodniczący wielbłądów – ozwał się jeden z przybyłych.

Ach! to Idrys i Gebhr? Czego chcecie?

Przyszliśmy spytać, czy nie będziemy potrzebni na jutro?

Nie. Jutro i pojutrze są wielkie święta, w czasie których nie godzi się nam robić wycieczek. Przyjdź­cie pojutrze rano.

Dziękujemy, efendi.

A wielbłądy macie dobre? – zapytał pan Rawlison.

Bismillach! – odpowiedział Idrys – prawdziwe hegin (wierzchowce) o tłustych garbach i ła­godne jak ha' ga (owce). Ina­czej Cook nie byłby nas na­jął.

Nie trzęsą nadto?

Można, panie, położyć garść fasoli na grzbiecie każdego z nich i żadne ziarnko nie spadnie w naj­szybszym biegu.

Jak przesadzać, to już po arabsku – rzekł śmiejąc się pan Tarkowski.

Albo po sudańsku – dodał pan Rawlison. Tymczasem Idrys i Gebhr stali wciąż jak dwie bia­łe ko­lumny, przypa­trując się pilnie Sta­siowi i Nel. Księ­życ oświecał ich bardzo ciemne twarze, które przy jego blasku wyglądały jakby wykute z brązu. Białka ich oczu poły­skiwały zielo­nawo spod turba­nów.

Dobranoc wam! – rzekł pan Rawlison.

Niech Allach czuwa nad wami, efendi, w nocy i we dnie:

To rzekłszy skłonili się odeszli. Przeprowadzało ich głuche, podobne do dalekiego grzmotu warcze­nie Saby, któ­remu dwaj Sudań­czycy nie po­do­bali się widocznie.

 

 

Rozdział 5

Przez następne dni nie było żadnych wycieczek. Natomiast wieczorem w Wigilię, gdy na nie­bie poka­zała się pierw­sza gwiazda, w na­mio­cie pana Rawlisona zajaśniało setkami świeczek drzewko prze­znaczone dla Nel. Choinkę za­stępowała wprawdzie tuja wy­cięta w jednym z ogro­dów El–Me­dine, niemniej jednak Nel znalazła między jej gałąz­kami mnóstwo ła­koci i wspania­łą lalkę, którą ojciec spro­wadził dla niej z Kairu, a Staś swój upra­gniony sztucer an­gielski. Od ojca dostał przy tym ła­dunki, rozmaite przybory myśliwskie i siodło do konnej jazdy. Nel nie po­siadała się ze szczę­ścia, a Staś, lubo sądził, że kto posiada prawdziwy sztucer, po­winien posiadać i odpowiednią po­wagę, nie mógł jednak wy­trzymać – i wy­brawszy chwilę, w której koło namiotu było pusto – ob­szedł go wokoło na rę­kach. Sztukę tę, uprawianą mocno w szko­le w Port–Saidzie, posia­dał w zadzi­wiającym stopniu i nieraz bawił nią Nel, która zresztą za­zdrościła mu jej szczerze.

Wigilia i pierwsze święto spłynęły dzieciom częścią na nabożeństwie, częścią na rozpatrywa­niu da­rów, jakie otrzy­mały, i na tresu­rze Saby. Nowy przyjaciel okazywał się pojętny nad wszelkie oczeki­wanie. Zaraz pierwszego dnia nauczył się podawać łapę, apor­tować chustki do nosa, których jednak nie oddawał bez oporu – i zrozumiał, że ob­mywanie ozorem twarzy Nel nie jest rzeczą godną psa–dżen­telmena. Nel trzy­mając palec na no­sku udzielała mu rozma­itych nauk, on zaś potakując ruchami ogona dawał w ten sposób do pozna­nia, że słucha z na­le­żytą uwagą i bierze je do serca. Podczas przechadzek po piaszczystym placu miejskim sła­wa Saby w Medi­net rosła z każdą go­dziną, a na­wet, jak każda sława, za­czynała mieć przykrą stronę, ściągała bowiem całe za­stępy dzieciaków arab­skich. Z po­czątku trzymały się one z da­leka, na­stępnie jed­nak ośmielone łagod­nością "potwora" zbliżały się coraz bardziej, a w koń­cu obsiadały namioty, tak że nikt nie mógł poru­szać się swobod­nie. Nadto, ponieważ każdy dzie­ciak arabski ssie od rana do nocy trzcinę cukrową, przeto za dziećmi ciągną zawsze legio­ny much, które, uprzy­krzone same przez się, bywają niebezpieczne, roznoszą bo­wiem za­razki egipskiego za­palenia oczu. Służba usi­ło­wała z tego po­wodu dzieci rozpędzać, ale Nel wystę­powała w ich obronie, a co więcej, rozda­wała najmłodszym he­lou, to jest słodycze, co zjedny­wało jej wielką ich miłość, ale oczywiście powięk­szało ich za­stępy.

Po trzech dniach zaczęły się wspólne wycieczki, częścią wąskotorowymi kolejkami, których dużo nabudowali w Medi­net–el–Fajum An­glicy, częścią na osłach, a czasem i na wielbłądach. Pokazało się, że w pochwałach oddawa­nych tym zwie­rzętom przez Idrysa było wprawdzie wie­le przesady, bo nie tylko fasoli, ale i ludziom niełatwo było utrzymać się na sio­dłach, lecz była też prawda. Wielbłądy nale­żały oczywi­ście do ro­dzaju hegin, to jest wierzcho­wych, a że karmiono je do­brze durrą (kukury­dzą miej­scową lub syryjską), więc garby miały tłuste i oka­zywały się tak ochocze do biegu, że trzeba je było powstrzymywać. Sudańczycy Idrys i Gebhr zjednali sobie, mimo dzi­kiego połysku ich oczu, uf­ność i serca towarzy­stwa, a to przez wielką usłużność i nadzwy­czajną troskliwość o Nel. Gebhr miał zawsze okrutny i trochę zwie­rzęcy wy­raz twarzy, ale Idrys zmiarkowawszy prędko, że ta mała osóbka jest okiem w głowie całego towarzystwa, oświadczał przy każdej sposobno­ści, że chodzi mu o nią więcej niż o "własną duszę". Pan Rawlison domyślał się wprawdzie, że przez Nel chce Idrys tra­fić do jego kieszeni, ale mniemając za­ra­zem, że nie ma na świecie człowieka, który by nie mu­siał po­kochać jego jedy­naczki, był mu jednakże wdzięczny i nie ża­łował "bakczyszów".

W ciągu pięciu dni towarzystwo zwiedziło leżące blisko miasta ruiny starożytnego Krokodilo­polis, gdzie Egipcjanie czcili niegdyś bożka zwa­nego Sebak, który miał postać ludzką, a gło­wę krokodyla. Następna wycieczka była do pi­ramidy Ha­nara i do szczątków Labiryntu, naj­dłuż­sza zaś i cała na wielbłądach – do jeziora Karoun. Północny brzeg jego jest szczerą pu­stynią, na której prócz ruin dawnych miast egip­skich nie ma żadnego śladu życia. Natomiast na południe cią­gnie się kraj żyzny, wspaniały, a same brzegi, poro­śnięte wrzosem i trzciną, roją się od pe­lika­nów, czerwo­naków, czapli, dzikich gęsi i kaczek. Tam dopiero Staś znalazł sposobność popisania się celnością swych strzałów. Za­równo ze zwy­kłej strzelby, jak i popi­sowe ze sztucera były tak nadzwy­czajne, że po każ­dym da­wało się słyszeć zdu­mione cmo­ka­nie Idrysa i wioślarzy arabskich, a spadającym w wodę ptakom to­wa­rzyszyły stałe okrzyki: Bi­smillach i Maszallach!

Arabowie zapewnili, że na przeciwległym brzegu "pustynnym" jest dużo wilków i hien i że podrzuciw­szy wśród osypisk padlinę owcy można pra­wie na pewno przyjść do strzału. Wsku­tek tych zapew­nień pan Tarkowski i Staś spędzili dwie noce na pustyni, przy ru­inach Dine. Ale pierw­szą owcę ukra­dli zaraz po odejściu strzelców Beduini, druga zaś zwabiła tylko kula­wego szakala, któ­rego poło­żył Staś. Dal­sze polowa­nia mu­siały być odłożone, gdyż dla obu in­żynierów nad­szedł czas wyjazdu na rewizję robót wod­nych prowa­dzonych przy Bahr–Jus­sef, koło El–La­hum, na połu­dniowy wschód od Medinet.

Pan Rawlison czekał tylko na przybycie pani Olivier. Na nieszczęście, zamiast niej przyszedł list od lekarza dono­szący, że dawna róża w twa­rzy od­nowiła się po ukąszeniu i że chora przez czas dłuższy nie będzie mogła wyjechać z Port–Sa­idu. Położenie stało się istot­nie kło­po­tliwe. Za­bie­rać z sobą dzieci, starą Dinah, namioty i całą służbę było niepodobna, choćby z tej przy­czyny, że in­żynierowie mieli być dziś tu, jutro tam, a mogli otrzy­mać polecenie dotar­cia aż do wielkiego Kanału Ibrahima. Wobec tego, po krótkiej naradzie, postanowił pan Rawli­son zosta­wić Nel pod opieką sta­rej Dinah i Sta­sia oraz ajenta konsularnego włoskiego i miejscowego mudira (gubernatora), z któ­rym się po­przednio poznał. Obie­cał też Nel, której żal było rozsta­wać się z ojcem, że ze wszystkich bliższych miejscowości obaj z pa­nem Tar­kow­skim będą wpa­dali do Me­dinet albo, jeśli znajdzie się co godnego widze­nia, wzywali dzieci do sie­bie.

Bierzemy z sobą Chamisa – mówił – którego w danym razie po was przyślemy. Dinah niech zawsze towarzyszy Nel, ale ponie­waż Nel robi z nią wszystko, co jej się podoba, więc ty, Sta­siu, czuwaj nad obiema.

Może pan być pewny – odpowiedział Staś – że będę pilnował Nel tak jak rodzonej siostry. Ona ma Sabę, a ja sztu­cer, więc niech kto spró­buje ją pokrzywdzić...

Nie o to chodzi – rzeki pan Rawlison. – Saba i sztucer nie będą wam z pewnością potrzebne. Ty bądź tak dobry i chroń ją tylko od zmę­cze­nia, a zarazem uważaj, by się nie przeziębiła. Prosiłem kon­sula, aby w razie gdyby się czuła niezdrowa, wezwał zaraz z Kairu doktora. Cha­misa bę­dziemy tu przysysali po wiadomości jak najczęściej. Mudir będzie was także odwie­dzał. Spodziewam się przy tym, że nasza nieobec­ność nie potrwa nigdy długo.

Pan Tarkowski nie szczędził także Stasiowi przestróg. Mówił mu, że Nel nie potrzebuje jego obrony, gdyż w Medi­net, jak również w całej pro­wincji El–Fajum nie ma ani dzikich ludzi, ani dzikich zwierząt. Myśleć o czymś podobnym byłoby rze­czą śmieszną i nie­godną chłopca, któ­ry kończy nie­długo rok czternasty. Więc ma być tylko troskliwy i uważny, nie przedsiębrać na własną rękę, a tym bardziej ra­zem z Nel, żadnych wypraw, zwłasz­cza zaś na wielbłą­dach, na których jazda bądź co bądź zawsze męczy.

Lecz Nel słysząc to zrobiła tak smutną minkę, że pan Tarkowski musiał ją uspokajać.

Owszem – rzekł głaszcząc jej czuprynkę – będziecie jeździli na wielbłądach, ale przy nas albo ku nam, jeśli przy­ślemy po was Cha­misa.

A samym nam nie wolno robić żadnych wycieczek, choćby tycich, tyciutkich? – pytała dziew­czynka.

I poczęła pokazywać na paluszku, o jak małe wycieczki jej chodzi. Tatusiowie w końcu przy­stali z wa­runkiem, że będą się odby­wały na osłach, nie na wielbłądach – i nie do ruin, gdzie łatwo wpaść w jaką dziurę, ale po drogach na pobliskie pola i ku ogrodom położo­nym za mia­stem. Dragoman wraz z inną służbą Cooka miał dzieciom zawsze to­warzyszyć.

Po czym obaj starsi panowie wyjechali, ale wyjechali blisko, do Hamaret–el–Makta, tak że po dziesię­ciu godzinach wró­cili na noc do Me­di­net. Po­wtarzało się to przez kilka dni z rzędu, póki nie zwiedzili robót najbliższych. Potem, gdy prace ich objęły dalsze, ale nie­zbyt jesz­cze odległe okolice, przyjeż­dżał w nocy Chamis i wczesnym rankiem zabierał Stasia i Nel do tych miasteczek, w któ­rych oj­cowie chcieli im coś cieka­wego pokazać. Dzieci spędzały większą część dnia z ta­tusiami, a pod zachód słońca wracały do Medinet, do namiotów. By­wały jed­nak dni, w któ­rych Chamis nie przyjeżdżał, i wówczas Nel, pomimo towarzystwa Stasia i Saby, w którym od­krywała coraz nowe przy­mioty, wy­glą­dała z utę­sknie­niem posłańca. W ten sposób upłynął czas aż do święta Trzech Króli, na które obaj inżynierowie powró­cili do Medi­net.

W dwa dni później wyjechali jednak znowu, zapowiedziawszy, że wyjeżdżają tym razem na dłu­żej i że prawdopo­dobnie do­trą aż do Beni–Suef, a stamtąd do El–Fachem gdzie zaczyna się kanał tegoż na­zwiska, idący daleko na południe wzdłuż Nilu.

Wielkie też było zdziwienie dzieci, gdy trzeciego dnia koło jedenastej rano Chamis pojawił się w Me­dinet. Spotkał go pierwszy Staś, który po­szedł na pastwisko przypatrywać się wielbłą­dom. Chamis rozmawiał z Idrysem i powie­dział tylko tyle Stasiowi, że przyjechał po niego i po Nel i że na­tychmiast przyjdzie do namiotów oznajmić, dokąd z polecenia star­szych panów mają wyru­szyć. Chłopiec pole­ciał zaraz z do­brą nowiną do Nel, którą zastał bawiącą się z Sabą przed na­miotem.

Wiesz! jest Chamis! – zawołał już z daleka.

A Nel poczęła zaraz podskakiwać trzymając obie nóżki razem, jak czynią dziewczynki skaczące przez sznur.

Pojedziemy! pojedziemy!

Tak, pojedziemy, i daleko.

A dokąd? – spytała rozgarniając rączkami czuprynę, która jej spadła na oczy.

Nie wiem. Chamis powiedział, że za chwilę tu przyjdzie i powie.

To skąd wiesz, że daleko?

Bo słyszałem, jak Idrys mówił, że on i Gebhr ruszą z wielbłądami natychmiast. To znaczy, że poje­dziemy koleją i zasta­niemy wiel­błądy tam, gdzie będą tatusiowie, a stamtąd będziemy robili jakieś wycieczki.

Czupryna z powodu ciągłych podskoków pokryła znów nie tylko oczy, ale całą twarz Nel, a nóżki jej odbijały się tak od ziemi, jakby były z kau­czuku.

W kwadrans później przyszedł Chamis i pokłonił się obojgu:

Khanage (paniczu) – rzekł do Stasia – jedziemy za trzy godziny pierwszym pociągiem.

Dokąd?

Do El–Gharak–el–Sultani, a stamtąd razem ze starszymi panami na wielbłądach do Wadi–Rajan: Serce zabiło Sta­siowi z radości, ale jed­no­cze­śnie zdziwiły go słowa Chamisa. Wiedział, że Wadi–Ra­jan jest to wielkie kolisko piasz­czystych wzgórz wznoszące się na Pu­styni Li­bij­skiej na południe i na południowy zachód od Medinet, a tymczasem pan Tarkow­ski i pan Rawlison zapowiedzieli wyjeż­dża­jąc, że udają się w stronę wprost przeciwną, w kierunku Nilu.

Cóż się stało? – zapytał Staś. – To ojciec mój i pan Rawlison nie są w Beni–Suef, tylko w El–Gha­rak?

Tak im wypadło – odrzekł Chamis.

Ale przecież kazali pisywać do siebie do El–Fachen.

W tym liście pisze starszy efendi, dlaczego są w El–Gharak.

I przez chwilę szukał przy sobie listu, po czym wykrzyknął:

Och, Nabi (proroku)! zostawiłem list w torbie przy wielbłądnikach. Polecę zaraz, póki Idrys i Gebhr nie odjadą.

I pobiegł do wielbłądników, a tymczasem dzieci poczęły wraz z Dinah przygotowywać się do drogi. Ponieważ zano­siło się na dłuż­szą wy­cieczkę, więc Dinah zapakowała parę sukienek, tro­chę bielizny i cieplejsze ubranie dla Nel. Staś także po­myślał o sobie, a zwłasz­cza nie za­po­mniał o sztuce­rze i ła­dunkach, mając nadzieję spotkać się wśród osypisk Wadi–Ra­jan z wilka­mi i hienami.

Chamis wrócił dopiero po godzinie, tak spocony, zziajany, że przez chwilę nie mógł tchu zła­pać.

Nie znalazłem już wielbłądników – mówił – i goniłem za nimi, ale na próżno. Nic to jednak nie szko­dzi, gdyż i list, i sa­mych star­szych efen­dich znajdziemy w El–Gharak. Czy i Dinah ma jechać z nami?

Albo co?

Może lepiej, żeby została. Starsi panowie nie mówili o niej wcale.

Ale zapowiedzieli wyjeżdżając, że Dinah zawsze ma towarzyszyć panience, więc pojedzie i te­raz. Chamis skionił się przyłożyw­szy dłoń do serca i rzekł:

Spieszmy się, panie, bo inaczej katr (pociąg) odejdzie.

Rzeczy były gotowe, więc znaleźli się na czas na stacji. Odległość z Medinet do Gharak nie wynosi więcej jak trzy­dzieści kilome­trów, ale ko­lejka po­boczna, która łączy te miejscowości, idzie wolno i za­trzymuje się niezmiernie czę­sto. Gdyby Staś był sam, byłby nie­wątpliwie wolał je­chać na wiel­błądzie niż koleją, gdyż wyliczył, iż Idrys i Gebhr, wyruszywszy na dwie godziny przed po­ciągiem, będą wcześniej od nich w El–Gharak. Ale dla Nel byłaby to droga zbyt dłu­ga, więc mały opiekun, który wziął bardzo do serca przestrogi obu ojców, nie chciał narażać dziewczynki na zmęczenie. Zresztą czas zszedł obojgu szybko, tak że ani obejrzeli się, kiedy stanęli w Gharak.

Mała stacyjka, z której Anglicy robią zwykle wycieczki do Wadi–Rajan, była zupełnie pusta. Za­stali tylko kilka za­kwefio­nych kobiet z ko­szami man­darynek, dwóch nieznanych wielbłądni­ków–Beduinów oraz Idrysa i Gebhra z siedmiu wiel­błą­dami, z których jeden był silnie obju­czony. Natomiast pana Tarkowskiego ani pana Rawlisona nie było ani śladu.

Ale Idrys w ten sposób wytłumaczył ich nieobecność:

Starsi panowie pojechali na pustynię, aby ustawić namioty, które przywieźli z Etsah, i kazali nam je­chać za sobą.

A jakże znajdziemy ich wśród wzgórz? – zapytał Staś.

Przysłali przewodników, którzy nas poprowadzą.

To powiedziawszy wskazał na Beduinów. Starszy z nich skłonił się, przetarł palcem jedno oko, jakie posiadał, i rzekł:

Nasze wielbłądy nie tak tłuste, ale nie mniej ścigłe od waszych. Za godzinę tam będziemy.

Staś był rad, że spędzą noc na pustyni, ale Nel odczuła pewien zawód, albowiem poprzednio była pewna, że zasta­nie ta­tusia w Gha­rak.

Tymczasem naczelnik stacji, zaspany Egipcjanin w czerwonym fezie i w ciemnych okularach, zbliżył się i nie mając nic innego do ro­boty, po­czął przypatrywać się europejskim dzieciom.

To dzieci tych inglezi, którzy pojechali rano ze strzelbami na pustynię – rzekł Idrys sado­wiąc Nel na siodle.

Staś oddawszy sztucer Ghamisowi siadł przy niej, albowiem siodło było obszerne i mające kształt palankinu, tylko bez dachu. Di­nah usa­do­wiła się za Chamisem, inni zajęli osobne wiel­błądy i ruszyli.

Gdyby naczelnik stacji popatrzył był dłużej za nimi, byłby może zdziwiony, że owi Anglicy, o których wspomniał Idrys, pojechali wprost do ruin na południe, oni zaś skierowali się od razu ku Talei, w stronę przeciwną. Ale naczel­nik wrócił jeszcze przedtem do domu, ponie­waż ża­den po­ciąg nie przy­chodził tego dnia do Gharak.

Godzina była piąta po południu. Pogoda wspaniała. Słońce przeszło już na tę stronę Nilu i zniżyło się nad pustynią tonąc w zło­tych i pur­pu­ro­wych zorzach płonących po zachodniej stronie nieba. Powie­trze tak było przesycone ró­żowym bla­skiem, że oczy mrużyły się od jego zbytku. Pola przy­brały od­cień liliowy, a natomiast odległe wzgórza, odrzynające się twardo na tle zórz, miały barwę czystego ame­ty­stu. Świat tracił ce­chy rzeczywi­stości i zdawał się być jedną grą zaziem­skich świateł.

Póki jechali przez kraj zielony i uprawny, przewodnik–Beduin prowadził karawanę krokiem umiarko­wanym, z chwilą jed­nak gdy pod no­gami wiel­błądów zaskrzypiał twardy piasek, zmie­niło się wszystko od razu.

Yalla! yalla! – zawyły nagle dzikie głosy.

A jednocześnie dał się słyszeć świst batów i wielbłądy, przeszedłszy z kłusa w cwał, poczęły pędzić jak wicher, wy­rzu­ca­jąc no­gami pia­sek i żwir pu­styni.

Yalla! yalla!

Kłus wielbłąda bardziej trzęsie, cwał, którym te zwierzęta rzadko biegną, bardziej kołysze, więc dzieci bawiła z po­czątku ta szalona jazda. Ale wia­domo choćby z huśtawki, że zbyt szyb­kie kołysanie się powoduje zawrót głowy. Jakoż po pew­nym czasie, gdy pęd nie ustawał, ma­łej Nel poczęło się kręcić w główce i ćmić w oczach.

Stasiu, czemu my tak lecimy? – zawołała zwracając się do towarzysza.

Myślę, że pozwolili zanadto rozpędzić się wielbłądom, a teraz nie mogą ich wstrzymać – od­rzekł Staś.

Ale zauważywszy, że twarz dziewczynki trochę pobladła, począł wołać na Beduinów pędzących na przedzie, by zwolnili. Wołanie jego miało jednak tylko ten skutek, że rozległy się znów okrzyki: "Yalla!" – i że zwierzęta przyspie­szyły jeszcze biegu.

Chłopiec sądził w pierwszej chwili, że Beduini go nie dosłyszeli, gdy jednak na powtórne we­zwanie nie było żadnej od­po­wiedzi i gdy ja­dący za nimi Gebhr nie przestawał smagać tego wielbłąda, na któ­rym oboje z Nel siedzieli, po­myślał, że to nie wielbłądy po­niosły, ale że lu­dzie tak spie­szą z ja­kiejś nie znanej mu przyczyny.

Przyszło mu do głowy, że może pojechali złą drogą i że chcąc wynagrodzić czas stracony pę­dzą te­raz z obawy, by starsi panowie nie wyła­jali ich za zbyt późne przybycie. Lecz po chwili zrozumiał, że to nie może być, gdyż pan Rawlison bar­dziej by się rozgnie­wał za zbyt­nie umę­cze­nie Nel. Co to więc znaczy? i dlaczego nie słuchają jego roz­kazów? W sercu chłopaka po­czął wzbierać gniew i obawa o Nel.

Stój – krzyknął z całej siły, zwracając się do Gebhra.

Ouskout (milcz)! – zawył w odpowiedzi Sudańczyk.

I pędzili dalej.

Noc zapada w Egipcie koło godziny szóstej, więc zorze wkrótce zgasły, a po pewnym czasie na niebo wytoczył się wielki, czer­wony od bla­sku zórz księżyc i rozświecił pustynię łagodnym światłem.

W ciszy słychać było tylko zziajany oddech wielbłądów i głuche, szybkie uderzenia ich nóg o piasek, a czasem świst ba­tów. Nel była już tak znu­żona, że Staś musiał podtrzymywać ją na siodle. Co chwila zapytywała, czy prędko dojadą, i wi­docznie krzepiła ją tylko na­dzieja ry­chłe­go zoba­cze­nia ojca. Ale na próżno rozglądali się oboje dokoła. Upłynęła godzina, potem dru­ga: ani namiotów, ani ognisk nigdzie nie było widać.

Wówczas włosy powstały na głowie Stasia, albowiem zrozumiał, że ich porwano.

 

 

Rozdział 6

A panowie Rawlison i Tarkowski oczekiwali rzeczywiście dzieci, ale nie wśród wzgórz piasz­czystych Wadi–Rajan, dokąd nie mieli ani po­trzeby, ani ochoty jechać, lecz w zupełnie innej stronie, w mieście El–Fachem nad kanałem tegoż nazwi­ska, przy którym oglądali do­ko­nane przed koń­cem roku roboty. Odległość między El–Fachen a Medinet wynosi w pro­stej linii około czterdziestu pięciu kilome­trów. Po­nieważ jed­nak nie ma bezpo­średniego połączenia i trzeba jechać na El–Wa­sta, co podwaja niemal drogę, przeto pan Rawli­son, rozglą­da­jąc się w prze­wodniku kole­jo­wym, czy­nił następujące wyli­cze­nia:

Chamis wyjechał onegdaj wieczór – mówił do pana Tarkowskiego – i w El–Wasta złapał po­ciąg idący z Kairu, w Medi­net jest za­tem dziś rano. Dzieci zapakują się w godzinę. Wyjechaw­szy wszelako w południe, musiałyby czekać na nocny po­ciąg idący wzdłuż Nilu, a ponie­waż nie po­zwoli­łem Nel je­chać nocą, więc wyruszą dziś rano i będą tu zaraz po zacho­dzie słońca.

Tak – rzekł pan Tarkowski – Chamis musi trochę odpocząć, a Stasiowi pali się wprawdzie w głowie, jednakże gdy cho­dzi o Nel, można zaw­sze na niego liczyć. Zresztą posłałem mu także kartę, by nie wyjeżdżali na noc.

Dzielny chłopiec i ufam mu zupełnie – odpowiedział pan Rawlison.

Co prawda, to i ja. Staś przy swych rozmaitych wadach ma prawy charakter i nigdy nie kła­mie, al­bowiem jest od­ważny, a kłamią tylko tchó­rze. Energii też mu nie brak i jeśli z czasem zdobędzie się na spokojną rozwagę, to myślę, że da sobie radę na świecie.

Z pewnością. Co zaś do rozwagi, to czy ty byłeś rozważny w jego wieku?

Muszę przyznać, że nie – odpowiedział śmiejąc się pan Tarkowski – ale może nie byłem tak pewny siebie jak on.

To przejdzie. Tymczasem bądź szczęśliwy, że masz takiego chłopca.

A ty, że masz takie słodkie i kochane stworzenie jak Nel.

Niech ją Bóg błogosławi – odpowiedział ze wzruszeniem pan Rawlison.

Dwaj przyjaciele uścisnęli sobie dłonie, po czym zasiedli do przeglądania planów i kosztory­sów ro­bót. Na tym zaję­ciu spłynął im czas aż do wie­czora.

O godzinie szóstej, gdy już zapadała noc, znaleźli się na stacji i chodząc po peronie rozma­wiali w dalszym ciągu o dzie­ciach.

Pyszna pogoda, ale chłodno – ozwał się pan Rawlison. – Czy aby Nel wzięła ze sobą ciepłe ubra­nie?

Staś będzie o tym pamiętał i Dinah także.

Żałuję jednakże; że zamiast sprowadzać ich tu, nie pojechaliśmy sami do Medinet.

Przypomnij sobie, że tak właśnie radziłem.

Wiem – i gdyby nie to, że mamy stąd jechać dalej na południe, byłbym się na to zgodził. Wyliczyłem wszelako, że droga zajęłaby nam dużo czasu i że bylibyśmy krócej z dziećmi. Przyznam ci się zresztą, że to Chamis poddał mi myśl, żeby je tu sprowadzić. Oświadczył mi, że ogrom­nie do nich tę­skni i że byłby szczęśliwy, gdybym go po oboje posłał. Nie dziwię się, że się do nich przy­wią­zał...

Dalszą rozmowę przerwały sygnały oznajmiające zbliżanie się pociągu. Po chwili w ciemności uka­zały się ogniste oczy lokomo­tywy, a jed­no­cześnie dał się słyszeć zdyszany jej oddech i gwizdanie.

Szereg oświeconych wagonów przesunął się wzdłuż peronu, zadrgał i stanął.

Nie widziałem ich w żadnym oknie – rzeki pan Rawlison.

Siedzą może głębiej i zapewne zaraz wyjdą.

Podróżni zaczęli wysiadać, ale przeważnie Arabowie, gdyż El–Fachen prócz pięknych gajów palmo­wych i akacjo­wych nie ma nic cie­ka­wego do wi­dzenia. Dzieci nie przyjechały.

Chamis albo nie złapał pociągu w El–Wasta ozwał się z odcieniem złego humoru pan Tar­kowski albo też po noc­nej po­dróży za­spał i przy­jadą do­piero jutro.

Może być – odpowiedział z niepokojem pan Rawlison – ale i to być może, że któreś zacho­rowało.

Staś by w takim razie zatelegrafował.

Kto wie, czy depeszy nie zastaniemy w hotelu.

Pójdźmy.

Ale w hotelu nie czekała ich żadna wiadomość. Pan Rawlison był coraz niespokojniejszy.

Wiesz, co się jeszcze mogło zdarzyć? – rzekł pan Tarkowski. – Oto, jeśli Chamis zaspał, to nie przy­znał się do tego dzieciom, przy­szedł do nich dopiero dziś i powiedział im, że mają ju­tro jechać. Przed nami będzie się wykręcał tym, że nie zrozumiał naszych rozka­zów. Na wszel­ki wy­padek za­telegrafuję do Stasia.

A ja do mudira Fajumu.

Po chwili dwie depesze zostały wysłane. Nie było jeszcze wprawdzie powodów do niepokoju, jed­nakże w oczeki­waniu na odpo­wiedź in­ży­nie­rowie źle spędzili noc i wczesny poranek zastał ich na nogach.

Odpowiedź od mudira przyszła dopiero koło dziesiątej i brzmiała jak następuje:

"Sprawdzono na stacji. Dzieci wyjechały wczoraj do Gharak–el–Sultani".

Łatwo zrozumieć, jakie zdumienie i gniew ogarnęły ojców na tę niespodzianą wiadomość. Przez czas jakiś spoglą­dali na siebie, jakby nie ro­zu­mie­jąc słów depeszy, po czym pan Tar­kowski, który był człowiekiem porywczym, ude­rzył dłonią w stół i rzekł:

To pomysł Stasia, ale ja go oduczę takich pomysłów.

Nie spodziewałem się tego po nim – odpowiedział ojciec Nel.

Lecz po chwili zapytał: – No, a cóż Chamis?

Albo ich nie zastał i nie wie, co począć, albo pojechał za nimi.

Tak i ja myślę.

I w godzinę później wyruszyli do Medinet. W namiotach dowiedzieli się, że nie ma i wielbłąd­ników, a na stacji po­twier­dzono, że Cha­mis wy­je­chał z dziećmi do El–Gharak. Sprawa przed­stawiała się coraz ciemniej i rozjaśnić ją można było tylko w El–Gharak.

Jakoż dopiero na tej stacji zaczęła się odsłaniać straszliwa prawda.

Zawiadowca, ten sam zaspany w ciemnych okularach i czerwonym fezie Egipcjanin, opowie­dział im, że widział chłopca około lat czter­na­stu i ośmioletnią dziewczynkę z niemłodą Mu­rzynką, którzy poje­chali na pustynię. Nie pamięta, czy wiel­błądów było razem osiem, czy dzie­więć, ale za­uważył, że je­den był objuczony jak do dalekiej drogi, a dwaj Beduini mieli także duże juki przy siodłach; przypo­mina też sobie, że gdy przy­pa­trywał się karawanie, jeden z wielbłądników, Su­dań­czyk, rzekł mu, że to są dzieci Anglików, któ­rzy przedtem poje­chali do Wadi–Ra­jan.

Czy ci Anglicy wrócili? – zapytał pan Tarkowski.

Tak jest. Wrócili jeszcze wczoraj z dwoma zabitymi wilkami – odpowiedział zawiadowca – i zdziwiło mnie to nawet, że nie wracają ra­zem z dziećmi. Ale nie pytałem ich o powód, gdyż to do mnie nie na­leży.

To powiedziawszy, odszedł do swoich obowiązków.

Podczas tego opowiadania twarz pana Rawlisona stała się biała jak papier. Patrząc błędnym wzro­kiem na przyja­ciela zdjął kape­lusz, pod­niósł dłoń do spotniałego czoła i zachwiał się, jakby miał upaść.

Rawlison, bądź mężczyzną! – zawołał pan Tarkowski. – Dzieci nasze porwane. Trzeba je rato­wać.

Nel! Nel! – powtarzał nieszczęsny Anglik. – Nel i Staś! To nie Stasia wina. Zwabiono tu obo­je pod­stępnie i po­rwano. Kto wie – dla­czego. Może dla okupu. Chamis jest niezawodnie w spi­sku. Idrys i Gebhr także.

Tu przypomniał sobie, co mówiła Fatma, że obaj Sudańczycy należą do pokolenia Dangalów, w któ­rym urodził się Mahdi, i że z te­goż po­ko­le­nia pochodzi Chadigi, ojciec Chamisa. Na to wspomnienie serce zamarło mu na chwilę w piersiach, zro­zumiał bowiem, że dzieci mo­gły być po­rwane nie dla okupu, ale dla zamiany na rodzinę Smaina.

Ale co z nimi zrobią współplemieńcy złowrogiego proroka? Skryć się na pustyni lub gdzieś nad brzegiem Nilu nie mogą, bo na pu­styni po­mar­liby wszyscy z głodu i pragnienia, a nad Nilem złapano by ich z pewnością. Chyba więc zbiegną z dziećmi aż do Ma­hdiego.

I ta myśl napełniła pana Tarkowskiego przerażeniem, ale energiczny eks–żołnierz prędko przyszedł do siebie i po­czął przebiegać my­ślą wszystko, co się stało, a jednocześnie szukał środków ratunku.

"Fatma – rozumował – nie miała powodu mścić się ani nad nami, ani nad naszymi dziećmi, jeżeli więc zostały po­rwane, to widocz­nie dla­tego, aby wydać je w ręce Smaina. W żadnym ra­zie śmierć im nie grozi. I to jest szczęście w nieszczę­ściu, ale natomiast czeka je straszna droga, która może być dla nich zgubną".

I natychmiast podzielił się tymi myślami z przyjacielem, po czym tak mówił:

Idrys i Gebhr, jako dzicy i głupi ludzie, wyobrażają sobie, że zastępy Mahdiego są już nie­daleko, a tymczasem Chartum, do któ­rego Ma­hdi do­tarł, leży stąd o dwa tysiące kilometrów. Tę drogę muszą przebyć wzdłuż Nilu i nie oddalać się od niego, gdyż ina­czej wiel­błądy i lu­dzie po­pa­daliby z pragnie­nia. Jedź natychmiast do Kairu i żądaj od chedywa, by wy­słano de­pesze do wszystkich posterun­ków woj­sko­wych i by urzą­dzono pościg na prawo i lewo wzdłuż rzeki. Szeikom przy­brzeżnym przyrzecz za schwytanie zbiegów wielką nagrodę. Po wsiach niech zatrzy­mują wszystkich, któ­rzy się zbliżą po wodę. W ten sposób Idrys i Gebhr muszą wpaść w ręce władzy, a my odzy­skamy dzieci.

Pan Rawlison odzyskał już zimną krew.

Jadę – rzekł. – Te łotry zapomniały, że armia angielska Wolseleya śpiesząca na pomoc Gor­donowi jest już w dro­dze i że odetnie ich od Ma­hdiego. Nie umkną. Nie mogą umknąć. Wysy­łam w tej chwili depeszę do naszego mini­stra, a potem jadę. Co ty zamie­rzasz?

Telegrafuję o urlop i nie czekając odpowiedzi ruszam w ich ślady Nilem do Nubii, by dopil­nować pościgu.

Więc się musimy spotkać, gdyż i ja uczynię z Kairu to samo.

Dobrze! a teraz do roboty.

Z pomocą Bożą! – odpowiedział pan Rawlison.

 

 

Rozdział 7

A tymczasem wielbłądy pędziły jak huragan po błyszczących od księżyca piaskach. Zapadła głęboka noc. Księżyc, po­czątku wielki jak koło i czer­wony, zbladł i wytoczył się wysoko. Od­dalone wzgórza pustyni pokryły się muślino­wym, srebrnym oparem, który nie przesła­niając ich wi­doku zmienił  je jakby w świetlane zjawiska. Od czasu do czasu spoza skał tu i ówdzie rozsianych dochodziło żało­sne skom­le­nie szakali.

Upłynęła znowu godzina. Staś otoczył ramieniem Nel i podtrzymywał ją, usiłując przez to zła­godzić męczące rzuty szalo­nej jazdy. Dziew­czynka co­raz częściej zaczęła wypytywać go, dla­czego tak pę­dzą i dlaczego nie widać ani namiotów, ani tatusiów. Staś po­sta­nowił wresz­cie powie­dzieć jej prawdę, która i tak prędzej czy później musiała się wydać.

Nel – rzekł – ściągnij rękawiczkę i upuść ją nieznacznie na ziemię.

Dlaczego Stasiu?

A on przycisnął ją do siebie i odpowiedział z jakąś niezwykłą mu tkliwością:

Zrób, co ci mówię.

Nel trzymała się jedną ręką Stasia i bała się go puścić, ale poradziła sobie w ten sposób, że poczęła ściągać ząb­kami rę­kawiczkę – z każ­dego palca osobno – a wreszcie, zsunąwszy ją zu­pełnie, upu­ściła na ziemię.

Po niejakim czasie rzuć drugą – ozwał się znowu Staś. – Ja rzuciłem już swoje, ale twoje ła­twiej bę­dzie dostrzec, bo ja­sne.

I widząc, że dziewczynka patrzy nań pytającym wzrokiem, tak mówił dalej:

Nie przestrasz się, Nel... Ale widzisz... być może, że my wcale nie spotkamy ani twego, ani mojego ojca... i że nas ci szkaradni lu­dzie po­rwali. Ale się nie bój... Bo jeśli tak jest, to pój­dzie za nami pogoń. Dogonią i odbiorą nas z pewnością. Dlatego kazałem ci rzucić rę­ka­wicz­ki, żeby po­goń zna­lazła ślady. Tymczasem nie możemy zrobić nic innego, ale później coś ob­myślę... Z pewnością coś obmyślę, tylko nie bój się i ufaj mi...

Lecz Nel dowiedziawszy się, że nie zobaczy tatusia i że uciekają gdzieś daleko na pustynię, zaczęła drżeć ze stra­chu i płakać, tu­ląc się jed­no­cześnie do Stasia i wypytując wśród łkań, dlaczego ich po­rwali i dokąd ich wiozą. On pocieszał ją, jak umiał i prawie takimi sło­wami, ja­kimi jego ojciec po­cieszał pana Rawlisona. Mówił, że ojcowie i sami będą ich ścigali, i zawia­domią wszystkie załogi wzdłuż Nilu. Na ko­niec za­pew­niał ją, że cokolwiek bądź by się stało, on jej nie opuści nigdy i będzie jej zawsze bronił.

Ale w niej żal i tęsknota za ojcem większe były nawet od strachu, więc długi czas nie przesta­wała pła­kać – i tak le­cieli, oboje żało­śni, wśród ja­snej nocy po bladych piaskach pustyni.

Stasiowi jednak ściskało się serce nie tylko żalem i obawą, lecz i wstydem. Temu, co się sta­ło, nie był wprawdzie winien, nato­miast przy­po­mniał sobie swoją dawną chełpliwość, którą tak często ganił w nim ojciec. Poprzednio był przekonany, że nie ma ta­kiego poło­że­nia, w któ­rym by nie dał sobie rady; poczytywał się za jakiegoś niezwyciężo­nego junaka i gotów był wy­zywać cały świat. Obecnie zaś zrozu­miał, że jest ma­łym chłopcem, z którym każdy może zro­bić, co zechce – i że oto pędzi wbrew woli na wielbłądzie dlatego tylko, że tego wielbłąda po­gania z tyłu półdziki Sudańczyk. Czuł się tym okropnie upokorzony, a nie widział żadnego sposobu oporu. Musiał przyznać sam przed sobą, że się po pro­stu boi i tych ludzi, i tej pu­styni, i tego, co ich oboje z Nel może spotkać. Obiecywał jednak szczerze nie tylko jej, ale i sobie, że będzie nad nią czuwał i bronił jej, choćby kosztem własnego ży­cia.

Nel, zmęczona płaczem i szaloną jazdą, trwającą już od sześciu godzin, poczęła wreszcie drzemać, a chwilami i za­sypiać zupełnie. Staś wie­dząc, że kto spadnie z cwałującego wielbłą­da, może się zabić na miejscu, przywiązał ją do siebie sznu­rem, który znalazł na siodle. Lecz po nie­jakim czasie wydało mu się, że pęd wielbłądów staje się mniej szybki, chociaż le­ciały teraz przez gładkie i miękkie piaski. W oddali widać było maja­czące wzgó­rza, zaś na równinie rozpoczęły się zwy­kłe na pustyni nocne ułudy. Księżyc świecił na niebie coraz bledziej, a tym­cza­sem przed nimi pojawiały się pełznące ni­sko, dziwne, różowe obłoki, zupełnie przezrocze, utkane tylko ze światła. Two­rzyły się one nie wia­domo dlaczego i po­suwały się na­przód, jakby popychane lekkim wiatrem. Staś widział, jak bur­nusy Bedu­inów i wiel­błądów różo­wiały nagle, wje­chawszy w te oświecone przestrze­nie, a następnie całą kara­wanę ogarniał deli­katny, różo­wy blask. Czasem obłoki przy­bie­rały barwę błę­kit­nawą i tak było aż do wzgórz.

Przy wzgórzach bieg wielbłądów zwolniał jeszcze bardziej. Naokół widać było teraz skały ster­czące z piaszczystych kop­ców lub po­roz­rzu­cane wśród osypisk w dzikim nieładzie. Grunt sta­wał się kamie­nisty. Przebyli kilka wgłębień zasia­nych kamieniami i po­dob­nych do wy­schłych ło­żysk rzek. Chwi­lami drogę tamowały im wąwozy, które musieli objeżdżać. Zwie­rzęta poczęły stąpać ostrożnie, prze­bierając jakby w tańcu no­gami wśród suchych i twardych kęp utworzo­nych przez róże jerychońskie, którymi osy­piska i skały pokryte były obfi­cie. Raz w raz któryś wiel­błąd po­tknął się i widoczne było, że należy im dać wypoczynek.

Jakoż Beduini zatrzymali się w zapadłym wąwozie i zsunąwszy się z siodeł, zabrali się do roz­wiązywania juków. Idrys i Gebhr po­szli za ich przy­kła­dem. Poczęto opatrywać wielbłądy, roz­luźniać po­pręgi, zdejmować zapasy żyw­ności i wyszu­kiwać płaskich ka­mieni na zało­żenie ogni­ska. Drzewa ani suchego nawozu, którym posługują się Arabowie, nie było, ale Chamis, syn Chadigiego, nazrywał róż jery­chońskich i ułożył z nich spory stos, który zapalił. Przez czas jakiś, gdy Su­dańczycy zajęci byli wielbłądami, Staś, Nel i jej pia­stunka, stara Dinah, zna­leźli się ra­zem, w odosobnieniu. Lecz Dinah była bardziej jeszcze przerażona od dzieci i nie mogła słowa przemówić. Owinęła tylko Nel w ciepły pled i siadłszy koło niej na ziemi, poczęła z jękiem całować jej rączki.

Staś natychmiast zapytał Chamisa, co znaczy to wszystko, co się stało, ale ów, śmiejąc się ukazał mu tylko swe białe zęby i po­szedł zbie­rać w dal­szym ciągu róże jerychońskie. Zapyta­ny następnie Idrys odpowiedział jednym słowem: "zo­baczysz" – i pogro­ził mu pal­cem. Gdy wreszcie zabłysło ognisko z róż, które więcej tliły się, niż płonęły, otoczyli je wszy­scy kołem, prócz Gebhra, który został jesz­cze przy wiel­błą­dach, i po­częli jeść placki z kukurydzy oraz su­szone baranie i kozie mięso. Dzieci, wy­głodzone przez długą drogę, jadły również, choć Nel kleiły się jed­no­cześnie oczy ze snu. Ale tym­cza­sem w mdłym świetle ogniska pojawił się ciemnoskóry Gebhr i poły­skując oczyma pod­niósł w górę dwie małe, jasne rękawiczki i zapy­tał:

Czyje to?

Moje – odpowiedziała sennym i zmęczonym głosem Nel.

Twoje, mała żmijo? – syknął przez zaciśnięte zęby Sudańczyk. – To znaczysz drogę dlatego, by twój ojciec wie­dział, któ­rędy nas ści­gać?

I tak mówiąc uderzył ją korbaczem, strasznym batem arabskim, który przecina nawet skórę wiel­błąda. Nel, lubo owinięta w gruby pled, krzyk­nęła z bólu i ze strachu, lecz Gebhr nie zdo­łał uderzyć jej po raz drugi, gdyż Staś sko­czył w tej chwili jak żbik, uderzył go głową w piersi, a na­stępnie chwycił za gardło.

Stało się to tak niespodzianie, że Sudańczyk upadł na wznak, a Staś na niego i obaj poczęli przewra­cać się po ziemi. Chłopak na swój wiek był wy­jątkowo silny, jednakże Gebhr prędko dał sobie z nim radę. Naprzód oderwał od swego gar­dła jego dłonie, po czym obró­cił go twa­rzą do ziemi i przyci­snąwszy mu pięścią kark począł smagać kor­baczem jego plecy.

Krzyk i łzy Nel, która chwytając ręce dzikusa błagała go jednocześnie, by Stasiowi "darował", nie by­łyby się na nic przy­dały, gdyby nie to, że Idrys przyszedł niespodzianie chłopcu z po­mocą. Był on starszy od Gebhra, daleko sil­niejszy i od początku ucieczki z Gha­rak–el–Sul­tani wszy­scy sto­sowali się do jego rozkazów. Teraz wyrwał korbacz z rąk brata i od­rzuciwszy go daleko zawołał:

Precz, głupcze!

Zaćwiczę tego skorpiona! – odpowiedział zgrzytając zębami Gebhr.

Lecz na to Idrys chwycił go za opończę na piersiach i popatrzywszy mu w oczy począł mówić groź­nym, choć ci­chym gło­sem:

Szlachetna2 Fatma zakazała tym dzieciom czynić krzywdy, albowiem wstawiały się za nią...

Zaćwiczę! – powtórzył Gebhr.

A ja ci powiadam, że nie podniesiesz na żadne z nich korbacza. Jeśli to uczynisz, za każde uderze­nie oddam ci dzie­sięć.

I począł nim trząść jak gałęzią palmy, po czym tak dalej mówił:

Te dzieci są własnością Smaina i gdyby które z nich nie dojechało żywe, sam Mahdi (niech Bóg przedłuży dni jego nie­skończe­nie) ka­załby cię powiesić. Rozumiesz, głupcze!

Imię Mahdiego sprawiało tak wielkie na wszystkich jego wyznawcach wrażenie, że Gebhr opu­ścił na­tychmiast głowę i jął powta­rzać jakby z prze­strachem:

Allach akbar! – Allach akbar!3

Staś podniósł się zziajany i zbity, ale czuł, że gdyby ojciec mógł go w tej chwili widzieć i sły­szeć, byłby dumny z niego, al­bowiem nie tylko sko­czył był bez namysłu na ratunek Nel, ale teraz, choć razy korbacza paliły go jak ogniem, nie my­ślał o własnym bólu, a nato­miast po­czął pocie­szać dziew­czynkę i wypytywać, czy uderzenia nie zrobiły jej krzywdy.

A następnie rzekł:

Com dostał, tom dostał, ale on się więcej na ciebie nie porwie. Ach, gdybym miał jaką broń!

Mała kobietka objęła go obu rękami za szyję i mocząc mu łzami policzki jęła zapewniać, że nie bardzo ją bolało i że płacze nie z bólu, tylko z żalu nad nim. Na to Staś przesunął usta do jej ucha i rzekł szepcząc:

Nel, nie za to, że mnie zbił, ale za to, że ciebie uderzył, przysięgam, że mu nie daruję.

Na tym skończyło się zajście. Po pewnym czasie Gebhr i Idrys, pogodzeni już z sobą, poroz­ciągali na ziemi opończe i po­kładli się na nich, a Cha­mis poszedł wkrótce za ich przykładem. Beduini zasypali wielbłądom durry, po czym wsiadł­szy na dwa luźne, poje­chali w stronę Nilu. Nel oparła główkę o ko­lana starej Dinah i usnęła. Ognisko przyga­sło i wkrótce sły­chać było tylko chrzęst durry w zębach wielbłą­dów. Na niebo wy­toczyły się małe obłoczki, które zakry­wały chwilami księżyc, ale noc była widna. Za ska­łami odzywało się ciągłe żałosne skomlenie sza­kali.

Po dwóch godzinach Beduini wrócili z wielbłądami dźwigającymi napełnione wodą skórzane wory. Podsyciwszy ogień zasiedli na pia­sku i za­brali się do jedzenia. Przybycie ich zbudziło Stasia, który się poprzednio był zdrzemnął, oraz dwóch Sudańczyków i Cha­misa, syna Cha­di­giego. Wtedy przy ognisku rozpoczęła się następująca rozmowa:

Możemy jechać? – zapytał Idrys.

Nie, albowiem musimy odpocząć – my i nasze wielbłądy.

Czy nie widział was nikt?

Nikt. Dotarliśmy do rzeki między dwiema wioskami. Z daleka tylko szczekały psy.

Trzeba będzie zawsze jeździć po wodę o północy i czerpać ją w pustych miejscach. Byle mi­nąć pierwszą challal (kata­raktę), to dalej wsie już rzad­sze i prorokowi przychylniejsze. Pościg pójdzie za nami z pewnością.

Na to Chamis przewrócił się plecami do góry i podparłszy dłońmi twarz, rzekł:

Mehendysi będą naprzód czekali dzieci w El–Fachen przez całą noc i do następnego pocią­gu, po­tem pojadą do Fajum, a stam­tąd do Gha­rak. Tam dopiero zrozumieją, co się stało, i wówczas muszą wrócić do Medinet, aby wy­słać słowa le­cące po miedzia­nym drucie do miast nad Nilem – i jeźdź­ców na wielbłądach, którzy będą nas ścigali. Wszystko to zabie­rze naj­mniej trzy dni. Przedtem nie potrze­bu­jemy męczyć na­szych wiel­błądów i mo­żemy spokoj­nie "pić dym" z cybu­chów.

To rzekłszy, wydobył z ogniska płonący pręcik róży jerychońskiej i zapalił nim fajkę, a Idrys począł zwyczajem arabskim cmokać z za­do­wo­le­nia.

Dobrze to urządziłeś, synu Chadigiego – rzekł – ale nam trzeba korzystać z czasu i zajechać przez te trzy dni i noce naj­dalej na połu­dnie. Ode­tchnę spokojniej dopiero wówczas, gdy przejedziemy pu­stynię między Nilem a Kharge (wielka oaza na zachód od Nilu). Dałby Bóg, aby wiel­błądy wytrzymały.

Wytrzymają – ozwał się jeden z Beduinów.

Ludzie mówią też – wtrącił Chamis – że wojska Mahdiego (niech Bóg przedłuży jego żywot) docho­dzą już do As­suanu.

Tu Staś, który nie tracił ani słowa z tej rozmowy i zapamiętał również, co przedtem mówił Idrys do Gebhra, podniósł się i rzekł:

Wojska Mahdiego są pod Chartumem. – La! La! (nie, nie) – zaprzeczył Chamis.

Nie zważajcie na jego słowa – odpowiedział Staś – bo on ma nie tylko skórę, ale i mózg ciemny. Do Chartumu, choćby­ście co trzy dni ku­po­wali świeże wielbłądy i pędzili tak jak dziś, zajedziecie za mie­siąc. A i tego może nie wiecie, że drogę przegrodzi wam armia, nie egip­ska, ale an­gielska...

Słowa te uczyniły pewne wrażenie, a Staś spostrzegłszy to mówił dalej:

Zanim znajdziecie się między Nilem a wielką oazą, wszystkie drogi na pustyni będą już pil­nowane przez szereg straży wojsko­wych. Ha! słowa po miedzianym drucie prędzej biegną od wielbłądów! Jakże zdołacie się przemknąć?

Pustynia jest szeroka – odpowiedział jeden z Beduinów.

Ale musicie trzymać się Nilu.

Możemy się nawet przeprawić i gdy nas będą szukać z tej strony, my będziemy z tamtej.

Słowa biegnące po miedzianym drucie dojdą do miast i wsi po obu brzegach rzeki.

Mahdi ześle nam anioła, który położy palce na oczach Anglików i Turków (Egipcjan), a nas osłoni skrzydłami.

Idrysie – rzekł Staś – nie zwracam się do Chamisa, którego głowa jest jak pusta tykwa, ani do Ge­bhra, który jest pod­łym szaka­lem, ale do cie­bie. Wiem już, że chcecie nas zawieźć do Mahdiego i od­dać w ręce Smaina. Lecz jeśli to czynicie dla pieniędzy, to wiedz, że ojciec tej ma­łej bint (dziew­czynki) jest bogatszy niż wszyscy Sudańczycy razem wzięci.

I co z tego? – przerwał Idrys:

Co z tego? Wróćcie dobrowolnie, a wielki mehendys nie pożałuje wam pieniędzy i mój oj­ciec także.

Albo oddadzą nas rządowi, który każe nas powiesić.

Nie, Idrysie. Będziecie wisieli niezawodnie, lecz tylko w takim razie, jeśli was złapią w ucieczce. A tak się stanie z pew­nością. Ale je­śli sami wróci­cie, żadna kara was nie spotka i prócz tego zostaniecie bogatymi ludźmi do końca życia. Ty wiesz, że biali z Eu­ropy do­trzy­mu­ją zaw­sze słowa. Otóż daję wam słowo za obu mehendysów, że będzie tak, jak mówię.

I Staś pewien był istotnie, że ojciec jego i pan Rawlison będą stokroć woleli dotrzymać uczy­nionej przez niego obietnicy niż nara­żać ich oboje, a zwłaszcza Nel, na okropną podróż i jesz­cze okropniej­sze życie wśród dzikich i rozszalałych hord Mahdiego.

Toteż z bijącym sercem oczekiwał na odpowiedź Idrysa, który pogrążył się w milczeniu i do­piero po długiej chwili rzekł:

Mówisz, że ojciec małej bint i twój dadzą nam dużo pieniędzy?

Tak jest.

A czy wszystkie ich pieniądze potrafią otworzyć nam drzwi do raju, które otworzy jedno bło­gosławieństwo Ma­hdiego?

Bismillach! – krzyknęli na to obaj Beduini wraz z Chamisem i Gebhrem.

Staś stracił od razu wszelką nadzieję, wiedział bowiem, że jakkolwiek ludzie na Wschodzie chciwi są i przekupni, to jed­nak gdy praw­dziwy ma­home­tanin spojrzy na jakąś rzecz od stro­ny wiary, wówczas nie ma już na świecie takich skar­bów, którymi dałby się skusić.

Idrys zaś, zachęcony okrzykiem, mówił dalej i widocznie już nie dlatego, by odpowiedzieć Stasiowi, lecz w tej myśli, by zyskać tym więk­sze uznanie i pochwały towarzyszów:

My mamy szczęście należeć tylko do tego pokolenia, które wydało świętego proroka, ale szla­chetna Fatma i jej dzieci są jego krew­nymi – i wielki Mahdi je kocha. Gdy więc oddamy mu ciebie i małą bint, on zamieni was za Fatmę i jej synów, a nas pobłogo­sławi. Wiedz o tym, że na­wet ta woda, w której on się co rano, wedle przepisów Koranu, obmywa, uzdra­wia choro­by i gładzi grze­chy, a cóż dopiero jego bło­go­sła­wień­stwo!

Bismillach! – powtórzyli Sudańczycy i Beduini. Lecz Staś chwytając się ostatniej deski ra­tunku rzekł:

To zabierzcie mnie, a Beduini niech wrócą z małą bint. Za mnie wydadzą Fatmę i jej synów.

Jeszcze pewniej wydadzą ją za was oboje.

Na to chłopak zwrócił się do Chamisa.

Ojciec twój odpowie za twoje postępki.

Mój ojciec jest już w pustyni, w drodze do proroka – odparł Chamis.

Więc go złapią i powieszą.

Tu Idrys uznał jednak za stosowne dodać otuchy swym towarzyszom.

Te sępy – rzekł – które objedzą ciało z naszych kości, może nie wylęgły się jeszcze. Wiemy, co nam grozi, aleśmy nie dzieci, i pu­stynię znamy od dawna. Ci ludzie (tu wskazał na Bedu­inów) byli wiele razy w Berberze i wiedzą o ta­kich dro­gach, którymi bie­gają tylko gazele. Tam nikt nas nie znajdzie i nikt nie będzie ścigał. Musimy zaiste skręcać po wodę do Bahr–el–Jus­sef, a później do Nilu, ale bę­dziemy to czynili w nocy. Czy myślicie przy tym, że nad rzeką nie ma ukrytych przyjaciół Mahdiego? A ja ci powiem, że im dalej na południe, tym ich więcej, że i całe pokole­nia, i ich szei­kowie czekają tylko pory sposobnej, by chwycić za miecze w obro­nie praw­dziwej wiary. Ci sami do­star­czą wody, ja­dła, wielbłądów – i zmylą pogoń. Zaprawdę wiemy, że do Mahdiego daleko, ale wiemy i to także, że każdy dzień przy­bliży nas do owczej skóry, na której święty prorok klęka do mo­dlitw.

Bismillach! – zakrzyknęli po raz trzeci towarzysze.

I widać było, że powaga Idrysa wzrosła pomiędzy nimi znacznie. Staś zrozumiał, że wszystko stra­cone, więc chcąc przy­najmniej uchro­nić Nel od złości Sudańczyków rzekł:

Po sześciu godzinach mała panienka dojechała ledwie żywa. Jakże możecie myśleć, że ona wy­trzyma taką drogę? Je­śli zaś umrze, to i ja umrę, a wówczas z czym przyjedziecie do Mah­diego?

Teraz Idrys nie znalazł odpowiedzi, co widząc Staś tak mówił dalej:

...I jak was przyjmie Mahdi i Smain, gdy się dowiedzą, że za waszą głupotę Fatma i jej dzie­ci przy­płacić muszą ży­ciem?

Lecz Sudańczyk opamiętał się już i odpowiedział:

Widziaiem, jak chwyciłeś za gardziel Gebhra. Na Allacha, tyś jest lwie szczenię i nie umrzesz, a ona...

Tu popatrzył na główkę śpiącej Nel, opartą na kolanach starej Dinah, i dokończył jakimś dziw­nie ła­godnym głosem:

Jej uwijemy na garbie wielbłąda gniazdko jak ptaszkowi, aby wcale nie czuła zmęczenia i mogła spać w drodze równie spokoj­nie, jak śpi te­raz.

To powiedziawszy podszedł ku wielbłądowi i wraz z Beduinami począł na grzbiecie najlepsze­go z dromaderów mo­ścić siedzenie dla dziew­czynki. Gadali przy tym dużo i sprzeczali się tro­chę, ale wreszcie za pomocą powrozów, koców oraz bambusowych drąż­ków urzą­dzili coś w ro­dzaju głębo­kiego, nieruchomego kosza, w którym Nel mogła siedzieć lub le­żeć, lecz z któ­rego nie mogła spaść. Nad tym sie­dzeniem, tak ob­szernym, że i Dinah mogła się w nim po­mieścić, rozpięli płó­cienny da­szek.

Oto widzisz – rzeki Idrys do Stasia – jaja przepiórki nie potłukłyby się w tych wojłokach. Stara nie­wiasta pojedzie z pa­nienką, aby jej słu­żyć i we dnie, i w nocy... Ty siądziesz ze mną, ale możesz je­chać przy niej i czuwać nad nią.

Staś był rad, że uzyskał choć tyle. Zastanowiwszy się nad położeniem, doszedł do przekona­nia, że najprawdopo­dobniej złapią ich, za­nim do­jadą do pierwszej katarakty, i ta myśl dodała mu otuchy. Tymczasem chciało mu się przede wszyst­kim spać, obiecywał więc so­bie, że przy­wiąże się ja­kim powrozem do siodła i ponieważ nie będzie musiał podtrzymywać Nel, za­śnie na kilka godzin.

Noc czyniła się już bledsza i szakale przestały skomleć wśród wąwozów. Karawana miała zaraz wy­ruszyć, ale Su­dań­czycy spo­strze­gł­szy brzask udali się za odległą o kilka kroków skałę i tam, zgodnie z przepisami Koranu, po­częli ranne obmywania, używa­jąc jed­nakże pia­sku za­miast wody, której pra­gnęli zaoszczędzić. Następnie za­brzmiały ich głosy od­mawiające so­ubhg, czyli pierwszą po­ranną modli­twę. Wśród głę­bokiej ciszy sły­chać było wy­raźnie ich sło­wa: "W imię li­tościwego i miłosiernego Boga. Chwała niech bę­dzie Panu, władcy świata, lito­ści­wemu i miło­siernemu w dniu sądu. Cie­bie wielbimy i wyznawamy, Ciebie bła­gamy o po­moc. Prowadź nas po dro­dze tych, którym nie szczę­dzisz do­bro­dziejstw i łaski, nie zaś po ścieżkach grzeszników, któ­rzy ściągnęli na się gniew Twój i którzy błą­dzą. Amen".

A Staś słuchając tych głosów podniósł oczy w górę – i w tej dalekiej krainie, wśród płowych, głu­chych piasków, począł mówić: "Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko..."

 

 

Rozdział 8

Noc bladła. Ludzie mieli już siadać na wielbłądy, gdy nagle spostrzegli pustynnego wilka, który wtu­liwszy ogon pod sie­bie prze­biegł wą­wóz o sto kroków od karawany i wydostawszy się na przeciwle­głe płaskowzgórze biegł dalej z wszelkimi oznakami stra­chu, jakby ucie­kał przed ja­kimś nie­przyja­cielem. W egipskich pustyniach nie masz takich dzikich zwierząt, przed który­mi wilki czułyby trwogę, i dlatego wi­dok ten za­nie­pokoił wielce sudańskich Arabów. Cóż by to być mogło? Czyżby nadcho­dziła już po­goń? Jeden z Beduinów wdrapał się szybko na skałę, ale zaled­wie spojrzał, zsunął się z niej jeszcze prędzej.

Na proroka! – zawołał zmieszany i przelękły – chyba lew bieży ku nam i jest już tuż!

A wtem spoza skał ozwało się basowe: "wow", po którym Staś i Nel zakrzyknęli razem:

Saba! Saba!

Ponieważ po arabsku znaczy to: lew, więc Beduini przestraszyli się jeszcze bardziej, lecz Cha­mis ro­ześmiał się i rzekł:

Ja znam tego lwa.

To powiedziawszy, gwizdnął przeciągle – i w tejże chwili olbrzymi brytan wpadł między wiel­błądy. Uj­rzawszy dzieci sko­czył ku nim, prze­wró­cił z ra­dości Nel, która wyciągnęła do niego ręce, wspiął się na Stasia, następnie skowy­cząc i po­szczekując obiegł oboje kil­kakrot­nie, znów prze­wrócił Nel, znów wspiął się na Stasia i wreszcie, ległszy u ich nóg, począł ziać.

Boki miał zapadłe, z wywieszonego języka spadały mu płaty piany, machał jednak ogonem i podnosił oczy pełne miłości na Nel, jakby jej chciał powiedzieć: "Ojciec twój kazał mi cię pil­nować, więc oto je­stem!"

Dzieci siadły przy nim z jednej i drugiej strony i poczęły go pieścić. Dwaj Beduini, którzy nie widzieli nigdy podobnej istoty, spo­glądali na niego ze zdumieniem, powtarzając: "Allach! o kelb kebir!" (Na Boga, to wielki pies!) – on zaś leżał przez jakiś czas spo­kojnie, na­stępnie pod­niósł jed­nak łeb, wcią­gnął powietrze w swój czarny, podobny do ogromnej tru­fli nos, za­wietrzył i skoczył ku wygasłemu ognisku, przy któ­rym leżały resztki poży­wienia.

W tej samej chwili kozie i baranie kości poczęły trzaskać i kruszyć się jak słomki w jego po­tężnych zębach. Po ośmiu lu­dziach, li­cząc ze starą Dinah i z Nel, było tego dosyć nawet dla takiego kelb kebir.

Lecz Sudańczycy zakłopotali się jego przybyciem i dwaj wielbłądnicy odwoławszy na bok Chamisa poczęli z nim rozma­wiać z nie­po­ko­jem, a nawet ze wzburzeniem.

Iblis przyniósł tu tego psa! – zawołał Gebhr i jakim sposobem trafił tu za dziećmi, skoro do Gharak przyjechały koleją?

Zapewne śladem wielbłądów – odpowiedział Chamis.

Źle się stało. Każdy kto zobaczy go przy nas, zapamięta naszą karawanę i wskaże, którędy prze­chodziła. Trzeba się go pozbyć ko­niecz­nie.

Ale jak? – spytał Chamis.

Jest strzelba, weź ją i strzel mu w łeb.

Jest strzelba, ale ja nie umiem z niej strzelać. Chyba że wy umiecie?...

Chamis od biedy byłby może potrafił, Staś bowiem kilkakrotnie otwierał przy nim swoją broń i zamy­kał, lecz żal mu było psa, któ­rego był po­lu­bił opiekując się nim jeszcze przed przyjaz­dem dzieci do Medinet. Wiedział natomiast do­skonale, że obaj Sudańczycy nie mają żad­nego poję­cia, jak obcho­dzić się z bronią najnowszego systemu, i że nie dadzą sobie z nią rady.

Jeśli wy nie umiecie – rzekł z chytrym uśmiechem – to psa mógłby zabić tylko ten mały no­uzrani (chrześcijanin), ale ta strzelba może wy­strze­lić kilka razy z rzędu, więc nie radzę dawać mu jej do ręki.

Niech Bóg broni – odpowiedział Idrys. – Powystrzelałby nas jak przepiórki.

Mamy noże – zauważył Gebhr.

Spróbuj, ale pamiętaj, że masz i gardło, które pies rozerwie, nim go zakłujesz.

Co więc robić?

A Chamis ruszył ramionami.

Dlaczego wy chcecie tego psa zabić? Choćbyście go potem przysypali piaskiem, hieny go wy­grzebią, pogoń znajdzie jego kości i bę­dzie wie­działa, że nie przeprawiliśmy się przez Nil, lecz ucie­kaliśmy z tej strony. Niech leci za nami. Ilekroć Beduini pojadą po wodę, a my się skry­jemy w ja­kim wąwozie, możecie być pewni, że pies zostanie przy dzieciach. Al­lach! Le­piej, że teraz przyleciał, bo inaczej byłby prowa­dził po­goń na­szym śla­dem aż do Berberu. Kar­mić go nie potrze­bujecie, gdyż jeśli mu resztek po nas nie starczy, to o hienę albo szakala nie bę­dzie mu trudno. Zo­stawcie go w spo­koju, mówię wam i nie traćmy czasu na gadanie.

Może masz duszność – rzekł Idrys.

Jeśli mam słuszność, to mu dam i wody, aby sam nie latał do Nilu i nie pokazywał się w wioskach.

W ten sposób został rozstrzygnięty los Saby, który wypocząwszy nieco i pożywiwszy się nale­życie, wychłeptał w mgnie­niu oka miskę wody i puścił się z nowymi siłami za karawaną.

Wjechali teraz na wysoką płaszczyznę, na której wiatr pomarszczył piasek i z której widać było na obie strony ogromną prze­strzeń pu­styni. Niebo przybrało barwę muszli perłowej. Lekkie chmurki, zgromadzone na wschodzie, mieniły się jak, opale, po czym nagle zabar­wiły się zło­tem. Strzelił jeden promień, potem drugi – i słońce, jak zwykle w krajach połu­dnio­wych, w których nie ma prawie zmierzchu i świtu, nie wze­szło, ale wybuch­nęło zza obłoków jak siup ognia i zalało jasnym światłem widnokrąg. Powe­selało niebo, poweselała zie­mia i nie­zmierne ob­szary piasz­czyste od­kryły się oczom ludzkim.

Musimy pędzić – rzekł Idrys – bo stąd widać nas z daleka.

Jakoż wypoczęte i napojone wielbłądy pędziły z szybkością gazeli. Saba pozostał za nimi, ale nie było obawy, by się za­błąkał i nie zjawił na pierw­szym popasie. Dromader, na którym je­chał Idrys ze Stasiem, biegł tuż obok wierz­chowca Nel, tak że dzieci mogły roz­mawiać swo­bod­nie. Siedzenie, które wymościli Sudańczycy, okazało się wy­borne i dziewczynka wygląda­ła w nim rzeczywiście jak pta­szek w gniazdku. Nie mogła spaść, nawet śpiąc, i jazda męczyła ją daleko mniej niż w nocy. Jasne światło dzienne dodało obojgu dzieciom otu­chy. W serce Sta­sia wstą­piła nadzieja, że skoro Saba ich do­ścignął, to i pogoń potrafi uczynić to samo. Tą nadzieją po­dzielił się natych­miast z Nel, która uśmiechnęła się do niego po raz pierwszy od chwili porwania.

A kiedy nas dogonią? – spytała po francusku, by Idrys nie mógł ich zrozumieć.

Nie wiem. Może dziś jeszcze, może jutro, może za dwa lub trzy dni.

Ale nie będziemy jechali z powrotem na wielbłądach?

Nie. Dojedziemy tylko do Nilu, a Nilem do El–Wrasta.

To dobrze, oj, dobrze!

Biedna Nel, która tak lubiła poprzednio tę jazdę, miała jej teraz widocznie dosyć.

Nilem... do El–Wrasta i do tatusia! – poczęła powtarzać sennym głosem.

I ponieważ na poprzednim postoju nie wyspała się należycie, więc usnęła znowu głębokim snem, ta­kim, jakim po wielkim zmęcze­niu śpi się nad ranem. Tymczasem Beduini pędzili wielbłądy bez wy­tchnienia i Staś zauważył, że kierują się w głąb pustyni.

Więc chcąc zachwiać w Idrysie pewność, że zdołają ujść przed pogonią, a zarazem pokazać mu, że sam liczy na nią nie­zawodnie, rzekł:

Odjeżdżacie od Nilu i od Bahr–Jussef; ale nic wam to nie pomoże, bo przecie nie będą was szukali nad brzegiem, gdzie wsie leżą jedna przy dru­giej, ale w głębi.

A Idrys zapytał:

Skąd wiesz, że odjeżdżamy od Nilu, skoro brzegów nie możesz stąd dostrzec?

Bo słońce, które jest po wschodniej stronie nieba, grzeje nas w plecy; to znaczy, że skręcili­śmy na zachód.

Mądry z ciebie chłopiec – rzekł z uznaniem Idrys.

Po chwili zaś dodał:

Ale ani pogoń nas nie doścignie, ani ty nie uciekniesz.

Nie – odrzekł – ja nie ucieknę... chyba z nią.

I ukazał na śpiącą Nel.

Do południa pędzili prawie bez wytchnienia, ale gdy słońce wzbiło się wysoko na niebo i po­częło przypiekać, wiel­błądy, które z natury mało się pocą, oblały się jednak potem i bieg ich stał się znacz­nie wolniejszy. Karawanę oto­czyły znowu skały i osypiska. Wąwozy, które w cza­sie desz­czów zmie­niają się w łożyska strumieni, czy tzw. khory, zdarzały się coraz częściej. Beduini zatrzy­mali się na ko­niec w jed­nym z nich, cał­kiem ukrytym wśród skał. Lecz zaledwie zsiedli z wielbłą­dów, podnieśli krzyk i rzucili się naprzód, schylając się co chwila i ci­skając przed sie­bie ka­mieniami. Sta­siowi, który jesz­cze nie zsunął się z siodła, przedstawił się dziw­ny widok. Oto spośród su­chych krza­ków pora­stają­cych dno khoru wysu­nął się duży wąż i wi­jąc się z szybkością błyskawicy między okruchami skał, umykał do jakiejś znanej sobie kry­jówki. Be­duini ści­gali go zaciekle, a na po­moc im poskoczył Gebhr z nożem w ręku. Ale z po­wodu nierówności gruntu za­równo trudno tra­fić było w węża ka­mie­niem, jak przygwoździć go no­żem wkrótce też wrócili wszyscy trzej z widocz­nym w twa­rzach prze­stra­chem.

I zabrzmiały zwykłe u Arabów okrzyki:

Allach!

Bismillach!

Maszallach!

Następnie obaj Sudańczycy poczęli spoglądać jakimś dziwnym, zarazem badawczym i pytają­cym wzrokiem na Sta­sia, który nie ro­zumiał wcale, o co chodzi.

Tymczasem Nel zsiadła także z wielbłąda i jakkolwiek mniej była zmęczona niż w nocy, Staś rozcią­gnął dla niej wojłok w cieniu na rów­nym miej­scu i kazał się jej położyć, by mogła, jak mówił, rozpro­stować nóżki. Arabowie za­brali się do połu­dniowego posiłku, który jed­nak skła­dał się tylko z su­cha­rów i daktyli oraz z syku wody. Wielbłądów nie pojono, albo­wiem piły w nocy. Twarze Idrysa, Gebhra i Be­duinów były wciąż fraso­bliwe i postój odbywał się w milcze­niu. Na koniec Idrys odwołał Stasia na bok i począł wypy­tywać go z twarzą zarazem tajemni­czą i nie­spo­kojną:

Widziaieś węża?

Widziałem.

Nie tyś go zaklął, by się nam ukazał?

Nie.

Spotka nas jakieś nieszczęście, gdyż ci głupcy nie zdołali węża zabić!

Spotka was szubienica.

Milcz. Czy twój ojciec nie jest czarownikiem?

Jest – odpowiedział bez wahania Staś zrozumiawszy w jednej chwili, że ci dzicy i przesądni ludzie uważają ukaza­nie się płaza za złą wróżbę i za zapowiedź, że ucieczka im się nie uda.

To więc twój ojciec nam go zesłał – odpowiedział Idrys – ale powinien zrozumieć, że za jego czary możemy się pomścić na tobie.

Nic mi nie zrobicie, gdyż przypłaciliby za moją krzywdę synowie Fatmy.

I to już zrozumiałeś? Ale pamiętaj, że gdyby nie ja, byłbyś spłynął krwią pod korbaczem Gebhra – ty i mała bint także.

Wstawię się też tylko za tobą, a Gebhr pójdzie na powróz.

Na to Idrys popatrzył na niego przez chwilę jakby ze zdziwieniem i rzeki:

Życie nasze nie jest jeszcze w twoich rękach, a ty przemawiasz już do nas jak nasz pan...

Po chwili zaś dodał:

Dziwny z ciebie uled (chłopiec) i takiego jeszcze nie widziałem. Byłem dotychczas dobry dla was, lecz ty się miar­kuj i nie gróź.

Bóg karze zdradę – odpowiedział Staś.

Było jednak rzeczą widoczną, że pewność, z jaką mówił chłopak, w połączeniu ze złą wróżbą pod po­stacią węża, który zdołał umknąć, za­nie­po­koiła w wysokim stopniu Idrysa. Siadłszy już na wielbłąda powtórzył kilkakrotnie: "Tak! ja byłem dla was dobry! ", jakby na wszelki wypa­dek chciał wra­zić to Stasiowi w pamięć, a następnie zaczął przesuwać ziarnka ró­żańca wyro­bione ze sko­rupy orzecha dum i modlić się.

Koło godziny drugiej po południu upał, mimo iż pora była zimowa, uczynił się niezwykły. Na niebie nie było żadnej chmurki, ale krańce wid­no­kręgu poszarzaly. Nad karawaną unosiło się kilka sępów, których rozpostarte szeroko skrzy­dła rzucały ruchome, czarne cienie na płowe pia­ski. W roz­palonym powietrzu czuć było jakby swąd. Wielbłądy nie prze­stając pędzić poczę­ły dziwnie chrząkać. Jeden z Bedu­inów zbliżył się do Idrysa.

Zanosi się na coś niedobrego – rzekł.

Co myślisz? – zapytał Sudańczyk.

Złe duchy zbudziły wiatr śpiący na zachodzie pustyni, a ów wstał z piasków i bieży ku nam.

Idrys podniósł się nieco na siodle, popatrzył w dal i odpowiedział:

Tak jest. Idzie z zachodu i południa, ale on nie bywa tak wściekły jak khmasin.4

Trzy lata temu zasypał jednak koło Abu–Hamel całą karawanę, a odwiał ją dopiero zeszłej zimy. Ualla! Może mieć do­syć siły, by po­za­ty­kać nozdrza wielbłądów i wysuszyć wodę w wor­kach.

Trzeba pędzić, by zawadził nas jednym tylko skrzydłem.

Lecimy mu w oczy i nie potrafimy go ominąć.

Im prędzej przyjdzie, tym prędzej przewieje.

To rzekłszy Idrys uderzył wielbłąda korbaczem, a za jego przykładem poszli inni. Przez jakiś czas słychać było tylko tępe razy gru­bych ba­tów, po­dobne do klaskania w dłonie, i okrzyki: "yalla!"... Na południowym zachodzie białawy przedtem widnokrąg po­ciemniał. Upał trwał cią­gle i słońce paliło głowy jeźdźców. Sępy wzbiły się widocznie bardzo wysoko, al­bo­wiem cie­nie od ich skrzydeł malały coraz bar­dziej, a w końcu zni­kły zupełnie.

Uczyniło się duszno.

Arabowie krzyczeli na wielbłądy, póki nie wyschły im gardła, po czym umilkli i nastała cisza śmier­telna, przerywana stę­kaniem zwie­rząt. Małe dwa liski piaskowe5 o ogromnych uszach przemknęły się koło karawany, uciekając w stronę prze­ciwną.

Ten sam Beduin, który poprzednio rozmawiał z Idrysem, ozwał się znowu jakimś dziwnym, jakby nie swoim głosem:

To nie będzie zwykły wiatr. Ściągają nas złe czary. Wszystkiemu winien wąż.

Wiem – odpowiedział Idrys.

Patrz, powietrze drży. Tego nie bywa w zimie. Jakoż rozpalone powietrze poczęło drgać, a wskutek złudzenia oczu jeźdźcom wydało się, że drgają i piaski. Beduin zdjął z głowy przepo­coną myckę i rzekł:

Serce pustyni bije trwogą.

A wtem drugi Beduin, jadący na czele jako przewodnik wielbłądów, odwrócił się i jął wołać:

Idzie już! idzie!

I rzeczywiście wiatr nadchodził. W oddali pojawiła się jakby ciemna chmura, która czyniła się w oczach wyższą i zbliżała się do ka­ra­wany. Po­ru­szyły się też naokół najbliższe fale powietrza i nagle podmuchy poczęły skręcać pia­sek. Tu i ów­dzie tworzyły się lejki, jakby ktoś wier­cił ki­jem powierzch­nię pustyni. Miejscami wstawały chybkie wiry, podobne do ko­lumienek cien­kich u spodu, a rozwia­nych jak pióro­pusze w gó­rze. Ale wszystko to trwało przez jedno mgnienie oka. Chmura, którą pierw­szy ujrzał przewodnik wielbłą­dów, nadleciała z nie­pojętą szyb­ko­ścią. W lu­dzi i zwierzęta ude­rzyło jakby skrzydło olbrzymiego ptaka. W jednej chwili oczy i usta jeźdźców napełniły się ku­rzawą. Tu­many pyłu zakryły niebo, zakryły słońce i na świecie uczynił się mrok. Ludzie po­częli tracić się z oczu, a najbliższe nawet wiel­błądy maja­czyły jak we mgle. Nie szum – bo na pustyni nie ma drzew – ale huk wi­chru głuszył nawoływa­nia przewodnika i ryk zwie­rząt. W powietrzu czuć było taką woń, jaką wydaje czad węgli. Wiel­błądy sta­nęły i odwróciwszy się od wia­tru, powycią­gały długie szyje w dół, tak że nozdrza ich doty­kały prawie piasku.

Sudańczycy nie chcieli jednak pozwolić na postój, gdyż karawany, które się wstrzymują w czasie hu­raganu, bywają czę­sto zasy­py­wane. Najle­piej wtedy jest pędzić razem z wichrem, ale Idrys i Gebhr nie mogli i tego uczynić, albo­wiem w ten sposób wracaliby do Fajumu, skąd spo­dzie­wali się pogoni. Więc gdy pierwsze uderzenie przeszło, po­gnali znów wiel­błądy.

Nastała chwilowa cisza, lecz rudy mrok rozpraszał się bardzo powoli, albowiem słońce nie mogło przebić się przez tu­many zawie­szone w po­wie­trzu. Grubsze i cięższe drobinki piasku poczęły jednak opadać. Napełniły one wszyst­kie szpary i załamania w sio­dłach i zatrzy­my­wały się w fałdach odzieży. Ludzie i zwierzęta za każdym oddechem wciągali pył, który drażnił ich płuca i skrzypiał w zę­bach.

Przy tym wicher mógł się zerwać na nowo i przesłonić całkiem świat. Stasiowi przyszło na myśl, że gdyby w chwili takich ciemno­ści zna­lazł się na jednym wielbłądzie z Nel, to mógłby go zawrócić i uciekać z wiatrem na północ. Kto wie, czyby dostrzeżono ich wśród mroku i za­mętu ży­wiołów, a je­śliby zdołali dotrzeć do pierwszej lepszej wioski nad Bahr–Jussef przy Nilu, byliby ocaleni – Idrys i Ge­bhr nie ośmie­li­liby się nawet ich ścigać, al­bowiem wpadliby natychmiast w ręce miej­scowych za­btiów.

Staś zważywszy to wszystko trącił w ramię Idrysa i rzekł:

Daj mi gurdę z wodą.

Idrys nie odmówił, gdyż jakkolwiek rano skręcili znacznie w głąb pustyni i byli dość daleko od rzeki, mieli wody dość, a wielbłądy na­piły się ob­ficie w czasie nocnego postoju. Prócz tego, jako człowiek obeznany z pustynią, wie­dział, że po hu­raganie przychodzi zwy­kle deszcz i wy­schnięte khory zmie­nia chwilowo na strumienie.

Stasiowi chciało się rzeczywiście pić, więc pociągnął dobrze wody, po czym nie oddając gur­dy trącił znowu w ra­mię Idrysa.

Zatrzymaj karawanę.

Dlaczego? – zapytał Sudańczyk.

Dlatego, że chcę przesiąść się na wielbłąda małej bint i dać jej wody.

Dinah ma większą gurdę od mojej.

Ale jest łakoma i pewnie ją wypiła. Musiało się też nasypać dużo piasku do siodła, które uczynili­ście podobnym do ko­sza. Dinah nie da so­bie z tym rady.

Wiatr zerwie się za chwilę i znów wszystko zasypie.

Tym bardziej mała bint będzie potrzebowała pomocy.

Idrys uderzył batem wielbłąda – i przez chwilę jechali w milczeniu.

Czemu nie odpowiadasz? – zapytał Staś.

Bo się namyślam, czy lepiej przywiązać cię do siodła, czy związać ci ręce z tylu.

Oszalałeś!

Nie. Ale odgadłem, coś chciał uczynić.

Pogoń i tak nas doścignie, więc nie potrzebuję tego czynić.

Pustynia jest w ręku Boga.

Umilkli znowu. Grubszy piasek opadł zupełnie; pozostał w powietrzu tylko subtelny, czerwony pył, i coś w rodzaju śre­żogi, przez którą słońce przeświecało jak miedziana blacha. Ale widać już było da­lej. Przed karawaną ciągnęła się teraz płaska równina, na której krańcu by­stre oczy Ara­bów dostrze­gły znów chmurę. Była ona wyższa od po­przedniej, a prócz tego wystrzelały z niej jakby słupy, jakby ol­brzy­mie rozszerzone u góry kominy. Na ten widok za­drżały serca Arabów i Beduinów, albowiem rozpoznali wielkie wiry piaszczyste. Idrys podniósł ręce i zbli­żywszy dłonie do uszu począł bić po­kłony nadlatującemu wichrowi. Jego wiara w jedy­nego Boga nie przeszka­dzała mu wi­docz­nie czcić i bać się in­nych, al­bowiem Staś usłyszał wyraź­nie, jak mówił:

Panie! my dzieci twoje, a więc nie pożresz nas!

A "pan" właśnie nadleciał i targnął wielbłądami z siłą tak straszliwą, że omal nie poupadały na ziemię. Zwierzęta zbiły się teraz w cia­sną gro­madę, z głowami zwróconymi w środek ku so­bie. Poruszyły się całe masy piasku. Kara­wanę ogarnął mrok głębszy niż po­przednio, a w tym mroku przela­tywały obok jeźdźców jakieś jeszcze ciemniejsze, niewyraźne przed­mioty, jakby olbrzymie ptaki lub rozpędzone wraz z huraga­nem wielbłądy. Lęk ogarnął Arabów, którym zdawało się, że to są duchy zaginionych pod piaskami zwierząt i ludzi. Wśród huku i wycia wi­chru sły­chać było dziwne glosy podobne do szlochania, to do śmiechu, to do wołania o po­moc. Lecz to były złudy. Ka­rawanie gro­ziło sto­kroć strasz­niejsze, rzeczy­wi­ste nie­bezpieczeń­stwo. Sudańczycy wiedzieli dobrze, że jeśli który z wielkich wirów two­rzących się ustawicznie w ło­nie hura­ganu pochwyci ich w swe skręty, to postrąca jeźdź­ców i porozpra­sza wiel­błądy, a jeśli załamie się i zwali na nich, wówczas w mgnieniu oka usypie nad nimi olbrzymią piasz­czystą mogiłę, w której będą cze­kali, póki następny hu­ragan nie odwieje ich ko­ściotrupów.

Stasiowi kręciło się w głowie, tchu brakło w piersiach i oślepiał go piasek. Ale zdawało mu się chwi­lami, że słyszy płacz i wołanie Nel, więc my­ślał tylko o niej. Korzystając z tego, że wielbłądy stały w zbitej kupie i że Idrys nie może na niego uważać, postanowił przeleźć po ci­chu na wiel­błąda dziew­czynki, już nie dlatego, by uciekać, ale by jej dać pomoc i do­dać od­wagi. Zaledwie jednak wziął nogi pod siebie i wycią­gnął ręce chcąc schwycić za krawędź Neli­nego siodła, szarp­nęła nim olbrzymia pięść Idrysa. Sudań­czyk porwał go jak piórko, po­łożył przed sobą i po­czął go krę­pować palmowym powro­zem, a po związaniu mu rąk przewiesił go przez siodło. Staś ścisnął zęby i opie­rał się, jak mógł, ale na próżno. Mając wy­schłe gardło i zasypane usta, nie mógł i nie chciał przekonywać Idrysa, że pragnął przyjść tylko z po­mocą dziew­czynce, nie zaś uciekać.

Po chwili jednak czując, że się dusi, począł wołać zdławionym głosem:

Ratujcie małą bint!... ratujcie małą bint!

Lecz Arabowie woleli myśleć o własnym życiu. Wieja uczyniła się tak straszna, że ani nie mo­gli usie­dzieć na wielbłą­dach, ani wiel­błądy ustać na miejscu. Dwaj Beduini oraz Chamis i Ge­bhr zeskoczyli na ziemię, aby trzymać zwierzęta za po­stronki przywią­zane do kantarów pod ich szczęką dolną. Idrys zepchnąwszy Stasia w tył siodła uczynił to samo. Zwie­rzęta rozstawia­ły jak najsze­rzej nogi, by oprzeć się wściekłej wi­churze, ale brakło im sił i ka­rawana, smagana żwirem, który zacinał jakby setkami bi­czów, i piaskiem; który kłuł jak szpil­kami, poczęła to po­wolniej, to po­śpieszniej kręcić się i cofać pod naporem. Chwilami wicher wyrywał doły pod jej no­gami; to znów pia­sek i żwir, obijając się o boki wielbłądów, tworzyły w mgnieniu oka kopce sięgające do ich kolan i wyżej. W ten spo­sób płynęła godzina za go­dziną. Niebezpie­czeń­stwo stawało się coraz straszliwsze. Idrys zrozumiał wreszcie, że je­dynym zbawieniem bę­dzie siąść na wiel­błądy i lecieć z wichrem. Ale by­łoby to wracać w stronę Fajumu, gdzie cze­kały na nich sądy egipskie i szubienica.

"Ha! trudno – pomyślał Idrys. – Huragan wstrzymał także i pogoń, a gdy ustanie, puścimy się znów na południe".

I począł krzyczeć, by siadano na wielbłądy.

A wtem zaszło coś, co zmieniło całkiem położenie.

Oto nagle mroczne, prawie czarne chmury piasku prześwieciły się sinawym światłem. Ciem­ność po­tem uczyniła się jesz­cze głęb­sza, ale jed­no­cze­śnie wstał śpiący na wysokościach i zbudzony przez wicher grzmot i począł prze­walać się mię­dzy Pustynią Arabską i Li­bijską – po­tężny, groźny, rzekłbyś: gniewny. Zdawało się, że z niebios sta­czają się góry i skały. Ogłu­szający łoskot wzmagał się, rósł, wstrzą­sał świa­tem, jął obie­gać cały widnokrąg – miej­scami wybuchał z siłą tak straszliwą, jakby spę­kane skle­pienie niebieskie waliło się na ziemię; po­tem znów to­czył się z głuchym, ciągłym tur­kotem; znów wybuchał, znów łamał się, ośle­piał błyskawicą, raził gro­mami, zniżał się, pod­wyższał, hu­czał i trwał.6

Wiatr ucichł jakby przerażony, a gdy po długim czasie – gdzieś w niezmiernej oddali wrzecią­dze nie­bios zatrzasnęły się za grzmo­tem, na­stała mar­twa cisza.

Lecz po chwili w tej ciszy rozległ się głos przewodnika:

Bóg jest nad wichrem i burzą! Jesteśmy ocaleni!

Ruszyli. Ale otaczała ich noc tak nieprzebita, że choć wielbłądy biegły blisko, ludzie nie mo­gli się wi­dzieć – i musieli co chwila od­zy­wać się gło­śno, by się wzajemnie nie pogubić. Od czasu do czasu ja­skrawe błyskawice, sine lub czerwone, rozświecały piasz­czystą prze­strzeń, lecz po nich zapa­dała ciemność tak gęsta, że prawie namacalna. Mimo otuchy, którą wlał w serca Sudańczy­ków głos prze­wod­nika, niepo­kój nie opu­ścił ich jeszcze właśnie dlatego, że posuwali się na oślep, nie wiedząc na­prawdę, w którą stronę dążą – czy nie kręcą się w kółko lub nie wra­cają na północ. Zwie­rzęta poty­kały się co chwila i nie mogły biec prędko, a przy tym dyszały ja­koś dziwnie i tak rozgło­śnie, że jeźdźcom wyda­wało się, iż to cała pusty­nia dy­szy z trwogi. Spadły na koniec pierw­sze wielkie krople dżdżu, który pra­wie zawsze nastę­puje po huraga­nie, a jednocze­śnie głos przewodnika ozwał się wśród ciem­ności:

Khor!...

Byli nad wąwozem. Wielbłądy zatrzymały się na brzegu, po czym zaczęły ostrożnie zstępować ku dołowi.

 

 

Rozdział 9

Khor był szeroki, zasypany na dole kamieniami, między którymi rosły karłowate cierniste krzaki. Po­łudniową jego ścianę stano­wiły wy­so­kie skały, pełne załamań i rozpadlin. Arabowie rozeznali to wszystko przy świetle cichych, ale coraz częstszych błyska­wic. Wkrótce też odkry­li w skalistej ścia­nie rodzaj płytkiej jaskini, a raczej obszerny wnęk, w którym ludzie łatwo mo­gli się pomie­ścić i w razie wielkiej ulewy znaleźć przed nią schro­nienie. Wielbłądy pomieściły się też wy­godnie na lekkim wzniesieniu, tuż przed wnękiem. Beduini i dwaj Su­dań­czycy po­zdej­mowali z nich ciężary i siodła, by mogły dobrze wypocząć, a Chamis, syn Chadigiego, za­jął się tym­czasem ścina­niem krza­ków cier­nio­wych na ognisko. Duże, pojedyncze krople desz­czu spadały ciągle, ale ulewa roz­poczęła się do­piero wówczas, gdy już lu­dzie rozłożyli się na noc­leg. Z początku były to jakby sznurki wody, potem powrozy, a w końcu zdawało się, że całe rzeki zla­tują z nie­wi­dzial­nych chmur na zie­mię. Takie to wła­śnie dż­dże, które zdarzają się raz na kilka lat, wzdymają nawet w zimie wodę w kana­łach i w Nilu, a w Adenie napełniają ol­brzy­mie cysterny, bez któ­rych miasto nie mogłoby wcale istnieć. Staś nigdy w życiu nie wi­dział nic podob­nego. Na dnie khoru począł szu­mieć po­tok, wnijście do wnęku za­słaniały jak­by firanki wody, na­okół sły­chać było tylko plusk i bełkota­nie. Wielbłądy stały na wzniesie­niu i ulewa mogła co najwyżej spra­wić im ką­piel, jednakże Arabowie wyglą­dali co chwila, czy nie grozi zwie­rzętom nie­bezpieczeństwo. Lu­dziom nato­miast miło było sie­dzieć w zabez­pie­czonej od deszczu jaskini, przy ja­snym ogniu z chru­stu, który nie zdą­żył zamoknąć. Na twa­rzach ma­lo­wała się ra­dość. Idrys, który zaraz po przyby­ciu rozwiązał Stasiowi ręce, aby mógł jeść, zwrócił się teraz do niego i rzekł uśmie­chając się wzgardliwie:

Mahdi większy jest od wszystkich białych czarowników. On to potłumił huragan i zesłał deszcz. Staś nie odpo­wiedział nic; albo­wiem za­jął się Nel, która ledwie żyła. Naprzód powy­trząsał piasek z jej włosów, następnie, pole­ciwszy starej Di­nah rozpakować rze­czy, które w prze­ko­naniu, że dzieci jadą do ojców, zabrała z Fajumu, wziął ręcz­nik, namoczył go w wodzie, przetarł nim oczy i twarz dziew­czynki. Di­nah nie mo­gła tego czy­nić, gdyż widząc, i to źle, na jedno tylko oko, za­niewidziała prawie zupełnie podczas huraganu i przemywanie roz­palo­nych po­wiek nie przy­nio­sło jej na razie ulgi. Nel poddawała się biernie wszelkim zabiegom Stasia, patrzyła tylko na niego tak jak zmę­czony pta­szek – i do­piero gdy zdjął jej trzewiczki, by powy­sypywać z nich piasek, a następnie usłał jej wojłok, za­rzu­ciła mu rączki na szyję.

A w jego sercu wezbrała wielka litość. Uczuł się opiekunem, starszym bratem i jedynym w tej chwili obrońcą Nel i poczuł zarazem, że tę małą sio­strzyczkę kocha ogromnie, daleko więcej niż kiedykol­wiek przedtem. Kochał ją prze­cie i w Port–Saidzie, ale uważał za "berbe­cia" – więc na przykład nie przychodziło mu nawet do głowy, by na dobra­noc całować ją w rękę. Gdyby mu ktoś poddał taką myśl, uwa­żałby, że kawa­ler, który skończył lat trzynaście, nie może bez ujmy dla swej godności i wieku czegoś podobnego uczynić. Ale obecnie wspólna nie­dola wzbu­dziła w nim uśpioną tkli­wość, więc uca­łował nie jedną, ale obie rączki dziewczynki.

Położywszy się myślał o niej w dalszym ciągu i postanowił dokonać dla wyrwania jej z niewoli jakie­goś nadzwy­czajnego czynu. Go­tów był na wszystko, nawet na rany i śmierć, tylko z tym utajonym w duszy małym zastrzeże­niem, żeby rany nie bolały zanadto, a śmierć żeby już tam nie była koniecznie i naprawdę śmiercią, gdyż w takim ra­zie nie mógłby widzieć szczęścia oswobodzonej Nel. Następnie jął zastana­wiać się nad najbardziej bohaterskimi sposobami ra­tunku, ale myśli poczęły mu się mącić. Przez chwilę wydało mu się, że zasy­pują je całe chmury pia­sku, potem, że wszystkie wielbłądy pa­kują mu się do głowy – i usnął.

Arabowie po obrządzeniu wielbłądów, zmordowani walką z huraganem, posnęli też kamien­nym snem. Ogniska przyga­sły: we wnęku za­pa­no­wał mrok. Wkrótce rozległo się chrapanie lu­dzi, a z ze­wnątrz dochodził plusk ulewy i szum wody rozbi­jającej się o kamienie na dnie kho­ru. W ten spo­sób upływała noc.

Lecz przed świtem zbudziło Stasia z twardego snu uczucie zimna. Pokazało się, że woda ze­brana w załamach na wierz­chu skały, przedo­sta­jąc się z wolna i kropla po kropli przez jakąś szparę w skle­pieniu jaskini, zaczęła wreszcie sączyć mu się na głowę. Chłopak siadł na wojło­ku i przez jakiś czas zmagał się ze snem nie mogąc zmiarkować, gdzie jest i co się z nim dzieje.

Po chwili jednak wróciła mu przytomność.

"Aha! – pomyślał. – Wczoraj był huragan, a my jesteśmy porwani i to jest jaskinia, do której schronili­śmy się przed desz­czem".

I jął rozglądać się dokoła. Naprzód spostrzegł ze zdziwieniem, że deszcz przeszedł – i że w ja­skini nie jest wcale ciemno, gdyż roz­świeca ją księ­życ bliski już zachodu, więc tkwiący nisko na nieboskłonie. Przy bladych jego pro­mieniach widać było całe wnętrze szerokiego, lecz płyt­kiego wnęku. Staś ujrzał wyraźnie leżących obok siebie Ara­bów, a pod drugą ścianą jaski­ni białą sukienkę Nel śpiącej przy Di­nah.

I znów wielka tkliwość opanowała mu serce.

"Śpi Nel... śpi – mówił sobie – a ja nie śpię... i muszę ją ratować".

Po czym spojrzawszy na Arabów dodał w duszy:

"Ach, chciałbym tych wszystkich łotrów..."

Nagle drgnął.

Oto wzrok jego padł na skórzane pudło, w którym był sztucer ofiarowany mu na gwiazdkę – i na puszkę z ładun­kami le­żącą mię­dzy nim a Cha­mi­sem tak blisko, że dość było wyciągnąć rękę.

Serce poczęło mu bić jak młotem. Gdyby mógł dorwać się do strzelby i ładunków, stałby się po pro­stu panem poło­żenia. Dość było w ta­kim ra­zie wysunąć się cicho z wnęku, ukryć się o jakie kilka­dziesiąt kroków między złamami kamieni i stamtąd pilnować wyjścia.

"Sudańczycy i Beduini – myślał – gdy zbudzą się i spostrzegą, że mnie nie ma, wypadną ra­zem z ja­skini, ale wów­czas dwoma strza­łami po­walę dwóch pierwszych, a zanim drudzy nad­biegną, strzelba znów będzie nabita. Zostanie Chamis, ale z tym łatwo dam sobie rady".

Tu wyobraził sobie cztery trupy leżące we krwi i jednakże strach i zgroza chwyciły go za pierś. Za­mordować czte­rech lu­dzi! Wpraw­dzie są to ło­try, ale w każdym razie to rzecz przerażająca. Przypo­mniał sobie, jak raz w Port–Sa­idzie zobaczył robotnika fellacha zabi­tego przez korbę pa­ro­wej po­głę­biarki i jakie straszne wrażenie zrobił na nim ten drgający w czer­wonej kałuży szczą­tek ludzki. I wzdrygnął się na samo wspo­mnie­nie. A teraz trzeba by czte­rech!... I grzech, i okrop­ność!... Nie, nie! tego nigdy nie po­trafi uczynić.

Począł się bić z myślami. Dla siebie by tego nie zrobił – tak! Ale tu chodzi o Nel, chodzi o jej obronę, o ocalenie i o jej ży­cie, bo prze­cież ona tego wszystkiego nie wytrzyma i umrze z pewnością albo w drodze, albo wśród dzikich i rozbe­stwio­nych lord derwi­szów. Co znaczy krew ta­kich nędzni­ków wo­bec życia Nel i czy w podobnym położeniu wolno się wahać?

Dla Nel! Dla Nel!

Lecz nagle przez głowę Stasia przeleciała jak wicher myśl, od której włosy zjeżyły mu się na giowie. Co będzie, jeśli który z tych zbó­jów przy­łoży Nel nóż do piersi i zapowie, że ją zamor­duje, jeśli on – Staś nie podda się i nie zwróci im strzelby. Wówczas co?

Wówczas – odpowiedział sobie chłopak – poddam się natychmiast.

I w poczuciu swej niemocy rzucił się znów bezwładnie na wojłok.

Księżyc zaglądał już tylko z ukosa przez otwór jaskini i zrobiło się w niej ciemniej. Arabowie chrapali ciągle. Staś przele­żał czas jakiś, po czym nowa myśl poczęła mu świtać w głowie.

A gdyby, wysunąwszy się z bronią i ukrywszy wśród skal, nie zabijał ludzi, ale powystrzelał wiel­błądy? Szkoda i żal nie­winnych zwie­rząt – to prawda, cóż jednak robić! Ludzie zabijają przecie zwie­rzęta nie tylko dla ocalenia życia, lecz na ro­sół i pieczeń. Otóż pewną jest rze­czą, że gdyby zdołał za­bić cztery, a tym bardziej pięć wielbłądów, to dal­sza podróż by­łaby niemoż­liwa. Nikt z kara­wany nie śmiałby się udać do nad­brzeżnych wiosek dla zakupna nowych wiel­błądów. A w ta­kim razie Staś obiecałby w imieniu oj­ców ludziom bezkarność, a nawet na­gro­dy pie­niężne – i... nie pozostałoby im nic in­nego, jak wracać.

Tak. Jeśli jednak nie dadzą mu czasu do zrobienia tych obietnic i zabiją go w pierwszej chwili złości? Dać czas i wysłu­chać go muszą, al­bo­wiem mając w ręku strzelbę potrafi utrzymać ich w przyzwoitej odległości, póki wszyst­kiego nie wy­powie. Gdy to uczyni, zrozu­mieją, że je­dy­nym dla nich ratunkiem jest poddać się. Wówczas stanie na czele karawany i poprowadzi ją wprost do Bahr–Jussef i do Nilu. Wpraw­dzie są obecnie od nich dość daleko, może o dzień lub dwa drogi, gdyż Arabowie skręcili przez ostrożność znacznie w głąb pu­styni. Ale to nic nie szkodzi; zo­sta­nie przecie kilka wielbłą­dów, a na jednym z nich pojedzie Nel. Staś począł się przypatrywać uważ­nie Arabom. Spali wszy­scy mocno, jak śpią lu­dzie niezmiernie strudze­ni, ale ponieważ noc miała się ku końcowi, mogli się wkrótce prze­bu­dzić. Trzeba było działać za­raz. Zabranie puszki z ładunkarni nie przed­stawiało trudności, gdyż le­żała tuż obok. Trud­niejsza była sprawa ze strzelbą, którą Chamis poło­żył przy drugim swym boku. Staś miał na­dzieję, że mu się uda ją wykraść, ale po­stanowił wydo­być ją z pu­dełka i włożyć osadę z lufami do­piero, gdy będzie o kilka­dziesiąt kroków od jaskini, gdyż obawiał się, by szczęk żelaza o że­lazo nie po­bu­dził śpiących.

Chwila nadeszła. Chłopak wygiął się jak pałąk nad Chamisem i chwyciwszy za ucho pudła podniósł je i począł przenosić na swoją stronę. Serce i tętna biły mu ciężko, w oczach ciem­niało, oddech stał się szybki, ale on ścisnął zęby i starał się opanować wzru­sze­nie. Jednakże gdy rzemyki opa­sujące pudło zaskrzypiały z lekka, krople zim­nego potu wystąpiły mu na czo­ło. Ta sekunda wy­dała mu się wiekiem. Lecz Chamis ani drgnął. Pudło opisało nad nim łuk i stanęło cicho obok puszki z nabojami.

Staś odetchnął. Połowa roboty była wykonana. Teraz należało wysunąć się bez szelestu z ja­skini, ubiec kilkadzie­siąt kro­ków, na­stępnie scho­wać się w załamach, otworzyć pudło, złożyć strzelbę, na­bić ją i wsypać sobie kilkana­ście ładun­ków do kieszeni. Ka­ra­wana byłaby wów­czas istotnie na jego łasce.

Czarna sylwetka Stasia zarysowała się na jaśniejszym tle otworu jaskini. Jeszcze sekunda, a będzie już na ze­wnątrz. Jeszcze mi­nuta, a ukryje się w załamach skalnych. A wtedy, choćby który ze zbójów się zbudził, nim po­miarkuje, co się stało, nim rozbudzi innych – bę­dzie za późno. Chło­pak z obawy, by nie zrzucić jakiego kamienia, których dużo leżało na progu wnę­ki, wysunął jedną nogę i począł szu­kać stopą pewnego gruntu.

I już wychylił z otworu głowę, już miał wysunąć się cały, gdy nagle stało się coś takiego, od czego krew ścięła mu się lo­dem w ży­łach.

Oto wśród głębokiej ciszy rozgrzmiało jak grom radosne szczekanie Saby, napełniło cały wą­wóz i zbudziło śpiące w nim echa. Ara­bowie po­rwali się ze snu jak jeden człowiek i pierwszym przedmio­tem, który uderzył ich oczy, był wi­dok Stasia z pudłem w jednej i puszką z na­bojami w drugiej ręce.

...........................................................................

Ach, Sabo, coś ty uczynił!...

 

 

Rozdział 10

Wszyscy w jednej chwili rzucili się z okropnym krzykiem na Stasia, w mgnieniu oka wydarli mu strzelbę, naboje i prze­wróciwszy go na zie­mię skrę­powali mu ręce i nogi postronkami, bi­jąc go przy tym i kopiąc, póki wreszcie nie odpędził ich Idrys w obawie o życie chłopca. Na­stępnie poczęli roz­mawiać urywanymi słowami, jak ludzie, nad któ­rymi zawisło strasz­liwe nie­bezpieczeństwo i których ocalił tylko wypa­dek.

To szatan wcielony! – zawołał Idrys z twarzą pobladłą ze strachu i wzruszenia.

Byłby nas powystrzelał jak dzikie gęsi na karm! – dodał Gebhr.

Ach, gdyby nie ten pies.

Bóg go zesłał.

A chcieliście go zabić! – rzekł Chamis.

Nikt go odtąd nie dotknie.

Będzie miał zawsze kości i wodę.

Allach! Allach! – powtarzał nie mogąc się uspokoić Idrys – śmierć była nad nami. Uf!

I poczęli spoglądać na leżącego Stasia z nienawiścią, ale i z pewnym zdumieniem, że jeden mały chłopak mógłby stać się przy­czyną ich klę­ski i zguby.

Na proroka! – ozwał się jeden z Beduinów – trzeba przecie zapobiec temu, by ten syn Iblisa nie po­skręcał nam karków. Węża wie­ziemy Ma­hdiemu! Co myślicie z nim teraz uczynić?

Trzeba mu obciąć prawą pięść! – zwołał Gebhr.

Beduini nie odpowiedzieli nic, lecz Idrys nie chciał się na to zgodzić. Przyszło mu na myśl, że gdyby pogoń ich schwy­tała, kara za okale­cze­nie chłopca spadłaby na nich tym straszniej­sza. Wreszcie któż mógł zaręczyć, czy Staś nie umrze po operacji? A w takim ra­zie na za­mia­nę za Fatmę i jej dzieci po­zostałaby tylko Nel.

Więc gdy Gebhr wydobył nóż chcąc spełnić swą groźbę, Idrys schwycił go za przegub ręki i zatrzy­mał.

Nie! – rzekł. – Wstyd byłby dla pięciu wojowników Mahdiego bać się tak jednego chrześci­jańskiego szczeniaka, by aż obcinać mu pię­ści. Bę­dziemy wiązali go na noc, a za to, co chciał teraz uczynić, otrzyma dziesięć uderzeń korbaczem.

Gebhr gotów był natychmiast do wykonania wyroku, ale Idrys odepchnął go znów i rozkazał bić jed­nemu z Bedu­inów, szepnąw­szy mu do ucha, żeby nie czynił tego zbyt mocno. Ponie­waż Chamis, może ze względu na swą dawną służbę u inżynierów, a może z jakiej innej przy­czyny, nie chciał się do niczego mieszać, drugi Beduin przewrócił Stasia grzbietem do góry i egzekucja miała się już roz­po­cząć, gdy wtem za­szła nie­spodziana przeszkoda.

Oto w otworze wnęku ukazała się Nel wraz z Sabą.

Zajęta swoim ulubieńcem, który wpadłszy do jaskini rzucił się zaraz do jej nóżek, słyszała ona wprawdzie krzyki Arabów, ale że w Egip­cie za­równo Arabowie, jak i Beduini wrzeszczą przy każdej sposobności, tak jakby się mieli wzajem mor­do­wać, więc nie zwracała na to uwagi. Do­piero zawoław­szy Stasia i nie otrzymując od niego odpowie­dzi wyszła zoba­czyć, czy nie siedzi już na wielbłądzie, i z przeraże­niem uj­rzała przy pierwszych bla­skach poranku Stasia leżącego na ziemi, a nad nim Be­duina z korbaczem w ręku. Na ten wi­dok poczęła krzyczeć wnie­bogłosy i tu­pać nóżkami, a gdy Be­duin nie zważając na to wymierzył pierwsze ude­rzenie, rzuciła się na­przód i przykryła sobą chłopca.

Beduin zawahał się, gdyż nie miał rozkazu bić dziewczynki, a tymczasem rozległ się jej pełen rozpa­czy i przerażenia głos:

Saba! Saba!

A Saba zrozumiał, o co chodzi – i w jednym skoku znalazł się przy dzieciach. Sierść zjeżyła mu się na karku i grzbiecie, oczy za­płonęły czer­wono, w piersiach i w potężnej gardzieli zahu­czał jakby grzmot.

A następnie wargi pomarszczonej paszczy podniosły się z wolna w górę – i zęby oraz długie na cal białe kły ukazały się aż do krwa­wych dzią­seł. Olbrzymi brytan począł teraz zwracać gło­wę w prawo i w lewo, jakby chciał pokazać dobrze Su­dańczykom i Beduinom swój strasz­liwy "garni­tur", powie­dzieć im: Patrzcie! oto, czym będę bronił dzieci.

Oni zaś cofnęli się pośpiesznie, albowiem naprzód wiedzieli, że Saba uratował im życie, a po wtóre było rzeczą ja­sną, że kto by zbliżył się w tej chwili do Nel, temu rozwścieczony mastyf utopiłby na­tychmiast kły w gardle. Więc stali bezradni, spoglądając na się nie­pew­nym wzro­kiem i jakby pytając jeden drugiego, co obecnie należy czynić.

Wahanie się ich trwało tak długo, że Nel miała dość czasu, by zawołać starą Dinah i kazać jej poroz­cinać więzy Sta­sia. Wtedy chło­piec wstał i trzy­mając dłoń na głowie Saby, zwrócił się do napastni­ków:

Nie chciałem pozabijać was, tylko wielbłądy – rzekł przez zaciśnięte zęby.

Lecz i ta wiadomość przeraziła tak Arabów, że byliby się niezawodnie rzucili znów na Stasia, gdyby nie płonące oczy i nie zjeżona jesz­cze sierść Saby. Gebhr chciał nawet skoczyć ku nie­mu, ale jedno głuche warknięcie przykuło go na miejscu.

Nastała chwila milczenia – po czym zabrzmiał donośny głos Idrysa:

W drogę! W drogę!

 

 

Rozdział 11

Minął dzień, noc i jeszcze dzień, a oni pędzili wciąż na południe, zatrzymując się tylko na czas krótki w khorach, by nie zmordować zbyt wiel­błądów, napoić je, nakarmić, a zarazem rozdzielić żywność i wodę między sobą. Z obawy pogoni wy­kręcili jeszcze bar­dziej na za­chód, o wodę bowiem nie po­trzebowali się przez pewien czas troszczyć. Ulewa trwała wprawdzie nie więcej nad siedem godzin, ale była tak nie­zmierna, jakby nad pustynią nastąpiło obe­rwanie się chmur, więc zarówno Idrys i Ge­bhr, jak i Beduini wie­dzieli, że na dnie kho­rów i w tych miejscach, gdzie skały tworzą natu­ralne wgłę­bienia i ocembrzyny, znajdzie się przez parę dni tyle wody, że nie tylko starczy dla nich i dla wielbłą­dów, ale nawet na zrobienie zapasów. Po wielkim dżdżu nastała, jak zwykle bywa, wspaniała po­goda. Niebo było bez chmurki, po­wie­trze tak przezro­czyste, że wzrok sięgał na niezmierną odległość. W nocy niebo na­bite gwiazda­mi skrzyło się i migo­tało, jakby ty­sią­cami dia­mentów. Od pia­sków pustyni szedł rzeźwy chłód.

Garby wielbłądów stały się już mniejsze, ale zwierzęta, karmione dobrze, były wciąż wedle arabskiego wyrażenia "harde", to jest nie pod­upa­dły na siłach i biegły tak ochoczo, że kara­wana posuwała się naprzód niewiele wolniej niż pierwszego dnia po wyru­szeniu z Gha­rak–el–Sul­tani. Staś ze zdziwie­niem zauważył, że w niektórych khorach, w rozpa­dlinach skal­nych za­bezpieczonych od deszczu, Beduini znaj­dują za­pasy durrp i daktyli. Domyślił się z tego, że przed po­rwaniem ich zostały poczy­nione pewne przy­gotowania i że wszystko było z góry uło­żone mię­dzy Fatmą, Idrysem i Ge­bhrem z jednej a Beduinami z drugiej strony. Łatwo było również odgadnąć, że dwaj ci ludzie byli to stron­nicy i wy­znawcy Mahdiego, któ­rzy chcieli do niego się przedostać i dlatego łatwo dali się wciągnąć Su­dań­czykom do spisku. W okolicach Fajumu i koło Gha­rak–el–Sultani sporo było Beduinów, którzy wraz z dziećmi i wielbłądami ko­czowali na pu­styni i przycho­dzili do Me­dinet lub do sta­cji kolejo­wych dla zarobku. Tych dwóch Staś nie widywał jednak nigdy po­przednio – i oni również nie musieli by­wać w Medi­net, skoro, jak się pokazało, nie znali Saby.

Chłopcu przychodziło na myśl, czyby nie spróbować ich przekupić, ale przypomniawszy so­bie ich pełne zapału okrzyki, ilekroć wspomi­nano przy nich imię Mahdiego, uznał to za rzecz niemożliwą. Nie poddał się wszelako bier­nie wypadkom, albowiem w tej chło­pięcej du­szy tkwiła za­dziwiająca istotnie energia, którą podnieciły jeszcze do­tychczasowe niepowo­dzenia. "Wszystko, com przed­sięwziął – mó­wił so­bie – skoń­czyło się na tym, że mnie obito. Ale choć­by mnie mieli co dzień smagać korba­czem, a nawet zabić, nie przestanę myśleć o tym, by wy­rwać Nel i sie­bie z rąk tych łotrów. Jeżeli po­goń ich schwyci, to tym lepiej, ja jednak będę tak postę­pował, jakbym się jej wcale nie spo­dziewał". – I na wspo­mnienie o tym, co go spo­tkało, na myśl o tych zdradliwych i okrutnych lu­dziach, którzy po wyrwaniu mu strzelby okła­dali go pię­ściami i ko­pali, burzyło się w nim serce i ro­sła zawziętość. Czuł się nie tylko zwyciężonym, lecz i upokorzo­nym przez nich w swej dumie bia­łego czło­wieka. Przede wszystkim jednak czuł krzywdę Nel – i to po­czucie wraz z goryczą, która zapie­kła się w nim po ostat­nim niepowodze­niu, zmie­niało się w nieubłaganą nienawiść do obu Sudań­czyków. Słyszał wpraw­dzie nieraz od ojca, że nienawiść zaślepia i że poddają jej się tylko ta­kie dusze, które nie umieją zdo­być się na coś lepszego; na razie jednak nie mógł jej w so­bie pokonać i nie umiał jej ukryć.

Nie umiał zaś tak dalece, że Idrys zauważył ją i począł się niepokoić, zrozumiał bowiem, że w razie je­śli pogoń ich schwyta, nie może już li­czyć na wstawiennictwo chłopca. Idrys gotów był zawsze do czynów najzuchwalszych, ale jako człowiek nie pozba­wiony rozumu są­dził, że nale­ży wszystko przewidzieć i w razie nieszczęścia zostawić sobie jakąś otwartą furtkę ocalenia. Z tego powodu chciał się po ostat­nim zaj­ściu jako tako ze Stasiem pojednać i w tym celu na pierwszym przystanku rozpoczął z nim na­stępującą rozmowę:

Po tym, coś zamierzał uczynić – rzekł – musiałem cię ukarać, gdyż inaczej tamci byliby cię zabili, ale zakazałem Bedu­inom bić cię zbyt mocno.

A gdy nie otrzymał żadnej odpowiedzi, tak po chwili mówił dalej:

Słuchaj, sam powiedziałeś, że biali dotrzymują zawsze przysięgi, więc jeśli mi przysię­gniesz na twego Boga i na głowę małej bint, że nie uczy­nisz nic przeciw nam, to nie każę cię na noc wiązać.

Staś nie odrzekł i na to ani słowa i tylko z błysku jego oczu Idrys poznał, że przemawia na próżno.

Jednakże, mimo namów Gebhra i Beduinów, nie kazał go na noc wiązać, a gdy Gebhr nie przestawał nalegać, od­rzekł mu z gnie­wem:

Zamiast pójść spać będziesz dziś stał na straży. Postanawiam też odtąd, że jeden z nas bę­dzie zawsze czuwał podczas snu in­nych.

I rzeczywiście zmiany straży zaprowadzone zostały od owego dnia na stałe. Utrudniało to i ni­weczyło w wysokim stop­niu wszelkie za­my­sły Sta­sia, na którego każdy wartownik zwracał baczną uwagę.

Lecz natomiast zostawiono dzieciom większą swobodę, tak że mogły zbliżać się do siebie i rozma­wiać bez prze­szkód. Za­raz też na pierw­szym przystanku Staś siadł koło Nel, pilno mu bowiem było podziękować jej za pomoc.

Ale choć czuł dla niej wielką wdzięczność, nie umiał wyrażać się górnolotnie ani czule, więc począł tylko potrząsać obie jej rączki.

Nel! – rzekł. – Jesteś bardzo dobra i dziękuję ci, a prócz tego otwarcie powiadam, że postą­piłaś jak osoba co naj­mniej trzyna­stolet­nia.

W ustach Stasia podobne słowa były najwyższą pochwałą, więc serce małej kobietki zapłonę­ło rado­ścią i dumą. Wydało jej się w tej chwili, że nie masz dla niej nic niepodobnego.

Niech ja tylko całkiem dorosnę, to oni obaczą! – odrzekła spoglądając wojowniczo w stronę Su­dańczyków.

Ale ponieważ nie rozumiała jeszcze, o co chodziło i dlaczego Arabowie rzucili się wszyscy na Stasia, więc chłopak po­czął opo­wiadać, jak po­stano­wił wykraść strzelbę, pozabijać wielbłądy i zmusić wszystkich do powrotu nad rzekę.

Gdyby mi było się to udało – mówił – bylibyśmy już wolni.

Ale oni przebudzili się? – pytała z bijącym sercem dziewczynka.

Przebudzili się. Zrobił to Saba, który przyleciał i począł tak szczekać, że zbudziłby umarłe­go. Wów­czas oburzenie jej zwróciło się prze­ciw Sa­bie.

Brzydki Saba! Brzydki! Za to, jak teraz przyleci, nie przemówię do niego ani słowa i powiem mu, że jest szkaradny.

Na to Staś, choć nie było mu w ogóle do śmiechu, uśmiechnął się jednak i zapytał:

Jakże będziesz mogła nie przemówić do niego ani słowa i jednocześnie powiedzieć mu, że jest szkaradny?

Brewki Nel podniosły się do góry i na twarzy odbiło się zakłopotanie, po czym odrzekła:

Pozna to z mojej miny.

Chyba. Ale on nie jest winien, bo nie mógł wiedzieć, co się dzieje. Pamiętaj także, że potem przy­szedł nam na ra­tunek.

Wspomnienie to złagodziło trochę gniew Nel, nie chciała jednak udzielić od razu winowajcy przeba­czenia.

To dobrze – rzekła – ale kto jest prawdziwym dżentelmenem, ten nie powinien szczekać na powita­nie.

Staś uśmiechnął się znowu:

Prawdziwy dżentelmen nie szczeka i na pożegnanie, chyba że jest psem, a Saba jest nim.

Lecz po chwili smutek zamglił oczy chłopca – westchnął raz, drugi, po czym wstał z kamienia, na któ­rym siedzieli, i rzekł:

Najgorsze to, że nie mogłem ciebie uwolnić.

A Nel wspięła się na paluszki i zarzuciła mu ręce na szyję. Chciała go pocieszyć, chciała z bli­ska, z noskiem przy jego twarzy, wy­szep­tać po­dzięko­wanie, ale ponieważ nie umiała znaleźć słów odpo­wiednich, więc ścisnęła go tylko jeszcze mocniej za szyję i po­całowała w ucho. Tym­czasem Saba, który spóźniał się zawsze – nie tylko dlatego, że nie mógł zdą­żyć za wiel­błądami, ile dlatego, że polo­wał po dro­dze na sza­kale lub obszczekiwał sępy siedzące na zrę­bach skał – nad­le­ciał z nie mniej­szym niż zwykle hałasem. Dzieci na jego wi­dok za­pomniały o wszyst­kim i mimo ciężkiego ich poło­żenia zwykłe pieszczoty i zabawa rozpoczęły się na do­bre, póki nie przerwali ich Arabo­wie. Cha­mis dał psu jeść i wody, po czym siedli wszy­scy na wielbłądy i ruszyli w największym pędzie na południe.

 

 

Rozdział 12

Był to najdłuższy etap, jechali bowiem z małą tylko przerwą przez godzin osiemnaście. Tylko praw­dziwie wierz­chowe wielbłądy i ma­jące do­bry za­pas wody w żołądkach mogą taką drogę wytrzymać. Idrys nie oszczędzał ich, al­bowiem bał się rzeczywiście po­goni. Ro­zumiał, że mu­siała już od dawna wyruszyć, a przypuszczał, że obaj inżynie­rowie znajdują się na jej czele i że czasu nie tracą. Niebez­pieczeństwo gro­ziło od strony rzeki, al­bowiem było rzeczą pewną, że zaraz po po­rwaniu dzieci zo­stały wysłane roz­kazy telegraficzne do wszystkich osad po­brzeż­nych, ażeby szeikowie czynili wy­prawy w głąb pustyni na obie strony Nilu i za­trzymywali wszystkich ja­dących na południe. Cha­mis za­pew­niał, że rząd i in­żynie­rowie mu­sieli wyzna­czyć wielkie nagrody za ich schwytanie i że wskutek tego pu­stynia roi się za­pewne od po­szu­kują­cych. Je­dyną na to radą byłoby skręcić jak najdalej na za­chód; ale na zacho­dzie leżała wielka oaza Kharge, do któ­rej de­pesze mo­gły dojść także, a prócz tego, gdyby odjechali za daleko od rzeki, po kilku dniach zabrakłoby im wody i cze­ka­łaby ich śmierć z pragnie­nia.

A chodziło także o żywność. Beduini w ciągu dwóch tygodni poprzedzających porwanie dzieci przy­gotowywali wpraw­dzie w zna­nych so­bie kry­jówkach zapasy durr, sucharów i daktylów, ale tylko na odległość czterech dni drogi od Medi­net. Idrys ze strachem myślał, że gdy zbrak­nie poży­wienia, trzeba będzie koniecznie wysłać ludzi po zakupno zapasów do wiosek nadbrzeż­nych, a wtedy ludzie ci, wobec roz­bu­dzonej czuj­ności i przyobiecanych za schwytanie zbie­gów na­gród, łatwo mogą wpaść w ręce miejscowych szeików – i wydać całą ka­ra­wanę. Poło­że­nie było istotnie trudne, niemal roz­paczliwe, i Idrys widział z każdym dniem jaśniej, na ja­kie szalone po­rwał się przed­się­wzię­cie.

"Byle minąć Assuan! byle minąć Assuan!" – mówił sobie z trwogą i rozpaczą w duszy. Nie do­wierzał on Chamisowi, który twier­dził, że wo­jow­nicy Mahdiego dochodzą już do Assuanu, al­bowiem Staś temu zaprzeczył, Idrys zaś po­miarko­wał od dawna, że biały uled wie wię­cej od nich wszyst­kich. Ale przypuszczał, że za pierwszą kataraktą, gdzie lud jest dzikszy, mniej pod­legły wpływom Anglików i egip­skiego rządu, znajdzie się więcej utajonych wyznawców proro­ka, któ­rzy w da­nym razie dadzą im pomoc, dostarczą żywności i wielbłą­dów. Lecz i do As­su­anu było jeszcze, jak wyli­czali Be­duini, około pięciu dni drogi, coraz bardziej pustynnej, a każdy postój zmniejszał w oczach za­pasy dla zwie­rząt i ludzi.

Na szczęście, mogli przynaglać wielbłądy i pędzić w największym pośpiechu, albowiem upały nie wyczerpywały ich sił. W dzień, pod­czas go­dzin południowych, słońce przypiekało wpraw­dzie mocno, ale powietrze było wciąż rzeźwe, a noce tak chłodne, że Staś prze­sia­dał się za zgodą Idrysa na wiel­błąda Nel, chcąc czuwać nad jej zdrowiem i bro­nić ją od za­ziębie­nia.

Lecz jego obawy były płonne, gdyż Dinah, której stan oczu, a raczej oka, poprawił się znacz­nie, pil­nowała z wielką tro­skliwością swej pa­nienki. Chłopca zdziwiło to nawet, że zdrowie ma­łej nie ponio­sło dotychczas szwanku i że tę drogę, z coraz mniejszymi odpoczyn­kami, zno­siła równie do­brze jak on sam. Zmartwienie, obawa i łzy, które prze­lewała z tęsk­noty za tatusiem, nie zaszko­dziły jej zbyt wi­docznie. Może wy­chudła tro­chę i jasna twarzyczka sczer­niała jej od wiatru, ale w następnych dniach podróży od­czuwała daleko mniej zmęczenia niż z po­czątku. Prawda, że Idrys oddał jej najlżej niosą­cego wielbłąda i urządził siodło znakomi­cie, tak że mogła w nim sy­piać leżąc, głów­nie jednak świeże powietrze pu­styni, którym dzień i noc oddy­chała, dodawało jej sił do znoszenia trudów i niewywcza­sów.

Staś nie tylko czuwał nad nią, ale umyślnie otaczał ją jakby czcią, której mimo ogromnego przywią­zania do małej sio­strzyczki wcale dla niej nie od­czuwał. Zauważył jednak, że to udziela się Arabom i że ci mimo woli utwierdzają się w prze­konaniu, iż wiozą coś niesły­chanie cenne­go, jakąś wyjąt­kowo ważną brankę, z którą trzeba postępować jak naj­ostrożniej. Idrys przyzwy­czaił się do tego jeszcze w Medinet toteż wszyscy obcho­dzili się z nią dobrze. Nie żałowano jej wody ani daktylów. Okrutny Ge­bhr nie śmiałby już teraz pod­nieść na nią ręki. Może przy­czyniała się do tego nadzwy­czajna uroda dziewczynki i to, że było w niej coś jakby z kwiatu i jakby z ptaszka, a urokowi temu nie umiały oprzeć się na­wet dzi­kie i nierozwinięte dusze Ara­bów. Nieraz też, gdy na po­stojach stawała przy ognisku nanieconym z róż je­ry­chońskich lub cierni – ró­żowa od pło­mienia i srebrna od księżyca, zarówno Sudańczycy, jak Beduini nie mogli od niej oczu ode­rwać, cmo­kając wedle swego zwy­czaju z po­dziwu i pomrukując: "Al­lach, Ma­szallach" lub "Bżsmillach".

Drugiego dnia w południe, po owym długim etapie, Staś i Nel, którzy jechali tym razem na jednym wielbłądzie, mieli chwilę rado­snego wzru­szenia. Zaraz po wschodzie słońca unosiła się nad pustynią jasna i przezrocza mgła, która jed­nak wnet opadła. Potem, gdy słońce wzbi­ło się wyżej, upał uczynił się większy niż w dniach poprzednich. W chwilach gdy wielbłądy przystawały, nie było czuć naj­mniej­szego powiewu, tak że zarówno powie­trze, jak i piaski zda­wały się spać w cieple, świetle i ciszy Karawana wjechała właśnie na wielką, jedno­stajną rów­ninę nie po­prze­ry­waną khorami, gdy nagle oczom dzieci przedstawił się cudny widok. Kępy smukłych palm i drzew pie­przo­wych, plantacje man­dary­nek, białe domy, mały meczet ze strzelistym minaretem, a niżej mury ota­czające ogrody, wszystko to po­jawiło się z taką wyrazi­stością i w odle­gło­ści tak niewielkiej, iż można było mniemać, że po upływie pół godziny ka­ra­wana znajdzie się wśród drzew oazy.

Co to? – zawołał Staś. – Nel! Nel! patrz!

Nel podniosła się i na razie zamilkła ze zdumienia, ale po chwili poczęła krzyczeć z radości:

Medinet! do tatusia! do tatusia!

A Staś aż pobladł ze wzruszenia.

Doprawdy... Może to Kharge... Ale nie! to chyba Medinet... Poznaję minaret i widzę nawet wiatraki na studniach.

Jakoż istotnie w oddali błyszczały wysoko wzniesione wiatraki studni amerykańskich podob­ne do wielkich białych gwiazd. Na zielo­nym tle drzew widać je było tak dokładnie, że bystry wzrok Stasia mógł odróżnić pomalowane na czer­wono brzegi skrzydeł.

To Medinet!...

Staś wiedział przecie i z książek, i z opowiadań, że na pustyni istnieją majaki, zwane fatamor­gana, i że nieraz po­dróżnym zdarza się wi­dzieć oazy, miasta, kępy drzew i jeziora, które są ni­czym innym, jak złudą, grą światła i odbi­ciem rzeczywi­stych, dalekich przedmio­tów. Ale tym ra­zem zjawisko było tak wyraźne, tak niemal dotykalne, że jed­nak nie mógł wątpić, iż widzi prawdziwe Me­dinet. Oto wie­życzka na domu mu­dira, oto urządzony pod samym szczy­tem mi­naretu kolisty ga­nek, z którego muezin woła do modlitwy, oto zna­jome grupy drzew – i zwłasz­cza te wia­traki! Nie – to musi być rzeczywi­stość. Chłopcu przyszło na myśl, że może Sudańczycy zasta­nowiwszy się nad poło­że­niem przy­szli do przeko­nania, że nie uciekną, i nic mu nie mówiąc nawrócili do Fajumu. Ale spokój ich nasu­nął mu pierwsze wąt­pliwo­ści. Gdyby to istot­nie było Fajum, czyżby patrzyli na nie tak obojętnie? Widzieli przecie zjawisko i poka­zy­wali je sobie palcami, ale w ich twa­rzach nie było znać najmniej­szej nie­pewności lub wzru­szenia. Staś spoj­rzał jeszcze raz i może ta obojętność Arabów spra­wiła, że ob­raz wydał mu się bled­szy. Pomyślał także, że gdyby naprawdę wracali, to kara­wana skupiłaby się i ludzie, choć­by tylko z obawy, je­cha­liby wszyscy razem. A tym­cza­sem Bedu­inów, którzy z roz­kazu Idrysa od kilku dni wysuwali się znacznie naprzód, wcale nie było wi­dać – a Cha­mis jadący w tylnej straży wy­da­wał się z od­dali nie większy od lecą­cego przy ziemi sępa.

"Fatamorgana" – rzeki sobie Staś.

Tymczasem Idrys zbliżył się ku niemu i zawołał:

Hej! popędzaj wielbłąda! widzisz Medinet?

Mówił widocznie żartobliwie i w głosie jego było tyle przekory, że w duszy chłopca zniknął ostatni cień nadziei, by miał przed sobą praw­dziwy Me­dinet.

I z żalem w sercu zwrócił się do Nel chcąc rozprószyć i jej złudzenie, gdy niespodzianie za­szedł wy­padek, który zwrócił uwagę wszyst­kich w inną stronę.

Naprzód pojawił się Beduin pędząc co sił ku nim i machając z daleka długą arabską strzelbą; której poprzednio nikt w ka­rawanie nie po­sia­dał. Do­padłszy do Idrysa zamienił z nim kilka po­śpiesznych słów, po czym karawana skręciła żywo w głąb pustyni. Lecz po upływie pew­nego czasu ukazał się drugi Beduin wiodący za sobą na powrozie tłustą wielbłądzicę z siodłem na garbie i ze skó­rzanymi workami zwie­szo­nymi po bo­kach. Zaczęła się znów krótka roz­mowa, z której Staś nie mógł jednak nic pochwycić. Kara­wana w wiel­kim pędzie dą­żyła wciąż na za­chód i za­trzy­mała się dopiero wów­czas, gdy trafiono na wąski khor, pełen porozrzuca­nych w dzikim nieładzie skał, roz­pa­dlin i pieczar. Jedna z nich była tak ob­szerna, że Sudań­czycy ukryli w niej ludzi i wielbłądy. Staś, jakkolwiek domy­ślał się mniej wię­cej, co za­szło, położył się obok Idrysa i udał śpią­cego w nadziei, że Ara­bowie, którzy za­mienili dotychczas za­ledwie kilka słów o zdarze­niu, za­czną o nim teraz rozmawiać. Jakoż na­dzieja nie zawiodła go, albo­wiem zaraz po zasypaniu wielbłą­dom obroków Beduini i Su­dań­czycy wraz z Chami­sem za­sie­dli do na­rady.

Możemy odtąd jechać tylko nocą, a w dzień musimy się przytajać – ozwał się jednooki Be­duin. Khorów będzie te­raz dużo i w każ­dym znaj­dzie się bezpieczna kryjówka.

Czy jesteście pewni, że to był strażnik? – zapytał Idrys.

Allach! Rozmawialiśmy z nim. Szczęście, że był tylko jeden. Stał zakryty skałą, tak że nie mogliśmy go widzieć, ale usły­szeliśmy z dala głos wiel­błąda. Wtedy zwolniliśmy biegu i pod­jechaliśmy tak ci­cho, że zobaczył nas dopiero, gdy­śmy byli o kilka kroków. Prze­straszył się bardzo i chciał zmierzyć ku nam ze strzelby. Gdyby był wystrzelił, choćby żad­nego z nas nie zabił, mogli usłyszeć strzał inni straż­nicy, więc co tchu po­wiadam mu: "Stój! Ścigamy ludzi, którzy po­rwali dwoje bia­łych dzieci, i wkrótce nadbiegnie tu cała po­goń". Chło­piec był młody i głupi, więc uwierzył, kazał nam tylko przy­siąc na Koran, że tak jest. Zsiedliśmy z wielbłądów i przysięgli... Mahdi nas roz­grze­szy...

I pobłogosławi – rzeki Idrys. – Mów, coście następnie uczynili.

Oto – ciągnąc Beduin – gdyśmy mu przysięgli, powiadam chłopcu tak: "Ale któż nam zarę­czy, czy ty sam nie na­leżysz do zbój­ców, któ­rzy ucie­kają z białymi dziećmi, i zali to nie oni zostawili cię tu, byś wstrzymał pogoń". I kaza­łem mu także przysiąc, a on się na to zgo­dził i tym bar­dziej nam uwierzył. Zaczęliśmy go wypytywać, czy przyszły jakie rozkazy po mie­dzia­nym drucie od sze­ików i czy na pu­styni po­ścig jest urzą­dzony. Powie­dział, że tak, że obie­ca­no im wielkie na­grody i że wszystkie khory są strzeżone na dwa dni drogi od rzeki, a po rzece prze­pływają ciągle wielkie ba­bury (pa­rowce) z An­gli­kami, z wojskiem...

Nie pomogą babury ani wojsko przeciw sile Allacha i proroka...

Niech się stanie, jak mówisz!

A ty powiedz, jak skończyliście z chłopcem?

Jednooki Beduin wskazał swego towarzysza.

Abu–Anga – rzeki – zapytał go jeszcze, czy w pobliżu nie ma drugiego strażnika, a gdy od­powiedział, że nie, wów­czas pchnął go no­żem pod szyję tak nagle, że ów nie wydał żadnego głosu. Wrzuci­liśmy go w głęboką szczelinę i przykryli­śmy kamieniami i cier­niem. W wiosce będą my­śleli, że uciekł do Mahdiego, bo mówił nam, że to się trafia.

Niech Bóg błogosławi tych, którzy uciekają, jak pobłogosławił was – odpowiedział Idrys.

Tak! pobłogosławił – odparł Abu–Anga – albowiem wiemy teraz, że musimy trzymać się o trzy dni drogi od rzeki, a oprócz tego zdo­byli­śmy strzelbę, której nam brakło, i dojną wielbłą­dzicę.

Gurdy – dodał jednooki – są napełnione wodą i w biesagach jest sporo prosa, tylko prochu znaleź­liśmy mało.

Chamis wiezie kilkaset ładunków do tej strzelby białego chłopca, z której nie umiemy strze­lać. Proch zawsze jest jed­naki i przyda się do na­szej.

To rzekłszy Idrys zamyślił się jednak i ciężka troska odbiła się na jego ciemnej twarzy, zrozu­miał bo­wiem, że gdy raz trup padł za nimi, to gdyby obecnie wpadli w ręce egipskiego rządu, już i wstawien­nictwo Stasia nie ochroniłoby ich od sądu i kary.

Staś słuchał z bijącym sercem i natężoną uwagą. Były w tej rozmowie rzeczy pocieszające, a miano­wicie to, że po­ścig był urzą­dzony, na­grody obiecane i że szeikowie plemion pobrzeż­nych odebrali rozkazy zatrzymywania kara­wan jadą­cych na południe. Ucieszyła chłopca i wia­domość o parowcach płynących w górę rzeki, napełnionych wojskiem angiel­skim. Der­wisze Mahdiego mogli się mierzyć z armią egip­ską i nawet zwy­cię­żać ją, ale z Anglikami była cał­kiem inna sprawa, i Staś ani na chwilę nie wątpił, że pierwsza bitwa skończy się do­szczętną za­gładą dzikich tłu­mów. Więc z pocie­chą w duszy mówił sobie tak: "Choćby nas do­wieźli do Mahdiego, to może się zda­rzyć, że nim nas do­wiozą, nie będzie już ani Ma­hdiego, ani jego derwiszów". Lecz tę pociechę zatruła mu myśl, że w ta­kim razie czekają ich jesz­cze całe tygo­dnie drogi, która w końcu musi jednak wyczerpać siły Nel – i przez cały ten czas czeka ich to­warzystwo łotrów i morder­ców Na wspomnienie tego młodego Araba, któ­rego Beduini zarżnęli jak ba­rana, ogarniał Stasia lęk i żal. Postanowił nie mówić o tym Nel, by nie przestra­szać jej i nie powiększać smutku, który od­czuwała po zniknięciu złudnego obrazu oazy Fajum i mia­sta Medinet. Widział przed przy­byciem do wąwozu, że mimo woli łzy cisnęły się jej do oczu; prze­to gdy dowie­dział się z opowiadania Beduinów wszystkiego, czego chciał, udał, że się rozbu­dził, i pod­szedł ku niej. A ona sie­działa w kącie przy Dinah i je­dząc daktyle skrapiała je tro­chę łzami. Ale uj­rzaw­szy Stasia przypomniała sobie, że nie­dawno uznał jej po­stę­po­wanie za god­ne osoby co naj­mniej trzy­nastoletniej, więc nie chcąc poka­zać się znów dzieckiem ścisnęła z całej siły ząbkami pestkę daktyla, aby pohamo­wać łkanie.

Nel! – rzekł chłopak – Medinet to było złudzenie, ale wiem na pewno, że nas ścigają, więc nie martw się i nie płacz.

Na to dziewczynka podniosła ku niemu załzawione źrenice i odpowiedziała przerywanym gło­sem:

Nie, Stasiu... Ja nie chcę płakać... tylko mi się tak... oczy pocą...

Ale w tej chwili bródka poczęła się jej trząść, spod stulonych rzęs wybiegły wielkie łzy i rozsz­lochała się na dobre.

Że jednak wstyd jej było tych łez i oczekiwała za nie bury od Stasia, więc ze wstydu, a trochę i ze strachu, pocho­wała główkę na jego pier­siach, mo­cząc mu obficie ubranie.

Lecz on jął ją zaraz pocieszać.

Nel, nie bądź fontanną. Widziałaś, że oni odebrali jakiemuś Arabowi strzelbę i wielbłądzicę? A wiesz, co to zna­czy? To znaczy, że na pu­styni pełno jest straży. Raz się tym niegodziwcom udało przyłapać strażnika, a drugi raz ich samych zła­pią. Po Nilu krąży też mnó­stwo stat­ków... A jakże! Wrócimy, Nel, wrócimy i do tego parowcem. Nie bój się!...

I byłby ją dłużej w ten sposób pocieszał, gdyby uwagi jego nie zwrócił dziwny dźwięk docho­dzący z zewnątrz od wydm piaszczys­tych, któ­rych ostatni huragan nawiał na dno wąwozu. Było to coś po­dobnego do cienkiego, meta­licznego głosu trzcinowej pisz­czałki. Staś prze­rwał roz­mowę i począł nasłuchiwać. Po chwili takie cieniutkie i żało­sne głosy ozwały się z wielu stron naraz. Chłopcu prze­błysła myśl, że to może straże arabskie otaczają wąwóz i nawołują się za pomocą gwiz­dawek. Serce poczęło mu bić. Spojrzał raz i drugi na Su­dańczyków w na­dziei, że w twa­rzach ich uj­rzy trwogę, ale nie! Idrys, Gebhr i dwaj Beduini gryźli spokoj­nie su­chary, tylko Chamis zdawał się być tro­chę zdzi­wiony. A głosy trwały cią­gle. Po pewnym cza­sie Idrys wstał i wyjrzał z pie­czary, po czym wracając za­trzy­mał się koło dzieci i rzekł:

Piaski zaczynają śpiewać.

Staś był tak rozciekawiony, że zapomniał w tej chwili, iż postanowił nie rozmawiać wcale z Idrysem, i zapytał:

Piaski? Co to znaczy?

Tak bywa, a znaczy to, że długo nie będzie deszczu. Ale upał nam nie dokuczy, gdyż aż do Assu­anu będziemy je­chali tylko nocą.

I więcej nie można się było od niego dowiedzieć. Staś i Nel wsłuchiwali się długo w te osobli­we dźwięki, które trwały do­póty, do­póki słońce nie zni­żyło się ku zachodowi. Po czym zapadła noc i ka­rawana ruszyła w dalszą drogę.

 

 

Rozdział 13

We dnie chronili się w ukrytych i trudno dostępnych miejscach wśród skał i rozpadlin, a no­cami pę­dzili bez wy­tchnienia, póki nie mi­nęli pierw­szej katarakty. Aż na koniec, gdy Beduini z położenia i po­staci khorów rozpoznali, że Assuan został już za nimi, wielki ciężar spadł z pier­si Idrysa. Po­nieważ cierpieli już na brak wody, zbliżyli się więc na pół dnia drogi od rzeki. Tam następnej nocy Idrys ukrywszy ka­ra­wanę wysłał z Beduinami wszystkie wielbłądy do Nilu, aby napoiły się do­brze i na czas dłuższy. Pas urodzajny wzdłuż rzeki Nilu był już za As­su­anem węższy. W nie­których miejscach pu­stynia dochodziła do rzeki. Wsie leżały w znacznej od siebie odle­głości. Beduini zatem wró­cili szczę­śliwie, przez ni­kogo nie wi­dziani, ze znacz­nymi zapasami wody. Należało tylko my­śleć o żywności, gdyż zwie­rzęta, kar­mione skąpo, od tygo­dnia wychudły bardzo. Szyje ich wydłu­żyły się, garby opa­dły, a nogi stały się słabe. Dur­ry i zapasów dla ludzi mo­gło z wielką biedą wy­star­czyć jeszcze na dwa dni. Idrys myślał jed­nakże, że po dwóch dniach można będzie, je­żeli nie we dnie, to w nocy, zbli­żyć się do pa­stwisk nad­rzecznych, a może i za­kupić sucha­rów i daktylów w ja­kiej wiosce.

Sabie nie dawano już wcale jeść ani pić i tylko dzieci chowały dla niego resztki pożywienia, ale on sobie jakoś radził i na postoje przyla­ty­wał często z zakrwawioną paszczą i ze śladami ukąszeń na szyi i piersiach. Czy łupem tych walk stawały się szakale czy hieny, czy może lisy pia­skowe lub ga­zele tego nie wiedział nikt, dość, że nie było na nim znać wielkiego głodu. Czasem też czarne wargi jego by­wały wil­gotne, jakby pił. Beduini domy­ślali się, że musiał wy­kopywać głębokie jamy na dnie wąwozów i w ten spo­sób dokopywać się do wody, którą wę­chem pod zie­mią wyczuwał. Tak rozko­pują nie­raz dna rozpadlin zbłąkani podróżni i jeśli czę­sto nie znajdą wody, to pra­wie zaw­sze dostają się do wilgot­nych piasków i wysysając je oszu­kują w ten sposób męczarnie pragnienia.

I w Sabie zaszły jednak znaczne zmiany. Piersi i kark miał zawsze potężne, ale boki mu zapa­dły, przez co wydawał się jeszcze wyższy. W jego oczach o zaczerwienionych białkach było te­raz coś dzikiego i groźnego. Do Nel i do Stasia był przywiązany jak i poprzednio i po­zwa­lał robić z sobą, co im się po­dobało. Chamisowi kiwał jeszcze nie­kiedy ogonem, ale na Bedu­inów i Sudańczy­ków warczał albo kłapał swymi strasz­nymi kłami, które uderzały wów­czas o siebie jak stalowe bretnale. Idrys i Gebhr poczęli się go po prostu bać i mimo usługi, jaką im oddał, zniena­wi­dzili go do tego stopnia, że by­liby go prawdopodobnie zabili z owej zdo­bycz­nej strzelby, gdyby nie chęć przywie­zienia Smainowi oso­bli­wego zwierzę­cia i gdyby nie to, że minęli już Assuan.

Minęli Assuan! Staś myślał o tym ciągle i w duszę poczęła mu z wolna wkradać się wątpli­wość, czy pościg ich do­goni. Wiedział wpraw­dzie, że nie tylko właściwy Egipt, który kończy się za Wadi–Halfa, to jest za drugą kataraktą, ale i cała Nu­bia jest dotych­czas w ręku rządu egip­skiego, ale rozu­miał, że za Assuanem, a zwłaszcza za Wadi–Halfa pogoń będzie trudniej­sza, a rozkazy rządu niedbale wyko­nywane. Miał tylko jeszcze na­dzieję, że ojciec wraz z pa­nem Rawlisonem po urządzeniu pogoni z Fajumu sami udali się do Wadi–Halfa parowcem i tam, uzyskawszy od rządu żołnierzy na wielbłą­dach, będą starali się przeciąć drogę karawa­nie z południa. Chłopak wyrozu­mował sobie, że na ich miejscu byłby tak właśnie zrobił, i dla­tego uważał przypuszczenie swe za bardzo prawdopo­dobne.

Nie zaniechał jednak myśli o ratunku na własną rękę. Sudańczycy chcieli mieć proch do zdo­bycznej strzelby i w tym celu posta­nowili po­roz­krę­cać kilkanaście ładunków sztucerowych, więc powiedział im, że on sam tylko potrafi to zrobić, i że gdy który z nich weźmie się do tego nie­umiejętnie, wówczas ładunek wybuchnie mu w palcach i po­urywa ręce. Idrys bo­jąc się w ogóle rzeczy nie­znanych i wy­nalaz­ków angiel­skich postanowił wresz­cie powierzyć chłopcu tę czynność. Staś wziął się do tego chętnie, naprzód w nadziei, że silny angiel­ski proch roz­sa­dzi przy pierwszym strzale starą arabską strzelbę, a po wtóre, że będzie mógł ukryć trochę ładun­ków. Ja­koż poszło mu to ła­twiej, niż my­ślał. Niby to pil­nowano go przy robo­cie, ale Arabowie poczęli zaraz gadać między sobą i wkrótce za­jęli się więcej roz­mową niż dozorem. Osta­tecz­nie ta ich ga­datliwość i wrodzone nie­dbalstwo pozwoliło Sta­siowi ukryć w zanadrzu sie­dem ła­dunków. Te­raz nale­żało się tylko do­brać do sztucera.

Chłopiec sądził, że za Wadi–Halfa, to jest drugą kataraktą, nie będzie to rzeczą zbyt trudną, gdyż przewidywał, że czuj­ność Ara­bów zmniej­szać się będzie w miarę, jak będą bliżej celu. Myśl, że będzie musiał pozabijać Sudańczy­ków i Be­du­inów, a nawet i Chamisa, przejmowała go zaw­sze dresz­czem, ale po morderstwie, którego dopuścili się Beduini, nie miał już żad­nych skrupułów. Mówił sobie, że przecież chodzi o obronę, o wolność i życie Nel i że wobec tego może nie li­czyć się z życiem prze­ciwników, zwłaszcza jeśli się nie pod­da­dzą i jeśli przyj­dzie do walki.

Ale chodziło o sztucer. Staś umyślił dostać go w ręce podstępem i gdyby się zdarzyła spo­sobność, nie czekać aż do Wadi–Halfa, ale do­ko­nać dzieła jak najprędzej.

Jakoż nie czekał.

Przeszły już dwa dni, jak minęli Assuan – i Idrys musiał wreszcie o świcie trzeciego dnia wy­prawić Beduinów po żyw­ność, której za­bra­kło zu­pełnie. Wobec zmniejszonej liczby przeciwni­ków Staś po­wiedział sobie: "Teraz albo nigdy" – i na­tychmiast zwrócił się do Sudań­czyka z nastę­pującym py­ta­niem:

Idrysie, czy wiesz, że kraj, który zaczyna się niedaleko za Wadi–Halfa, to już Nubia?

Wiem. Miałem piętnaście lat, a Gebhr osiem, gdy ojciec przywiózł nas z Sudanu do Faju­mu, i pamię­tam, że przeje­chali­śmy wów­czas na wiel­błą­dach całą Nubię. Ale kraj ten należy jeszcze do Turków (Egipcjan).

Tak, Mahdi jest dopiero pod Chartumem – i widzisz, jak głupio gadał Chamis, gdy mówił wam, że wojska derwi­szów do­chodzą już do As­su­anu. Ja jednak zapytam się o co innego. Oto czytałem w książkach, że w Nubii dużo jest dzikich zwie­rząt i dużo roz­bójników, którzy ni­komu nie służą i napa­dają zarówno Egipcjan, jak i wiernych Mahdiego. Czymże bę­dzie­cie się broni­li, jeśli na­padną was dzi­kie zwie­rzęta albo roz­bój­nicy?

Staś przesadzał umyślnie, mówiąc o dzikich zwierzętach, natomiast rozboje w Nubii od czasu wojny zdarzały się dość często, zwłaszcza w połu­dniowej, graniczącej z Sudanem części kra­ju.

Idrys zastanowił się przez chwilę nad pytaniem, które zaskoczyło go niespodzianie, gdyż do­tychczas nie pomyślał o tym nowym nie­bez­pie­czeń­stwie, i odrzekł:

Mamy noże i strzelbę.

Taka strzelba jest na nic.

Wiem. Twoja jest lepsza, ale nie umiemy z niej strzelać, a tobie nie damy jej w ręce.

Nawet nie nabitej?

Tak jest, albowiem może być zaczarowana.

Staś ruszył ramionami.

Idrysie, gdyby to mówił Gebhr, to bym się nie dziwił, ale o tobie myślałem, że masz więcej rozumu. Z nie nabitej strzelby nie wy­strzeli i sam wasz Mahdi.

Milcz – przerwał surowo Idrys. – Mahdi potrafi wystrzelić nawet z palca.

To strzelajże tak i ty.

Sudańczyk popatrzył bystro w oczy chłopca.

Dlaczego chcesz, żeby ci dać strzelbę?

Chcę cię nauczyć z niej strzelać.

Co ci na tym zależy?

Bardzo wiele, bo jeśli napadną nas rozbójnicy, to mogą wszystkich pozabijać! Ale jeśli się boisz i strzelby, i mnie, to mniejsza o to.

Idrys zamilkł. Bał się istotnie, ale nie chciał się do tego przyznać. Zależało mu jednak na tym bardzo, by zapoznać się z bronią an­giel­ską, al­bo­wiem posiadanie jej i umiejętność użycia podniosłyby jego znaczenie w obozie mahdy­stów – nie mówiąc o tym, że w razie jakiego na­padu ła­twiej by było mu się obronić.

Więc po krótkim namyśle rzekł:

Dobrze. Niech Chamis poda strzelbę, a ty ją wyjmij

Chamis spełnił obojętnie rozkaz, któremu Gebhr nie mógł się sprzeciwić, albowiem zajęty był opodal przy wielbłą­dach. Staś wyjął trochę drżą­cymi rękoma osadę, następnie lufy – i podał je Idrysowi.

Widzisz, że są puste – rzekł.

Idrys wziął lufy i spojrzał przez nie w górę.

Tak jest, nie ma w nich nic.

Teraz uważaj – mówił Staś – tak się strzelba składa (i to mówiąc złożył lufy z osadą), a tak się otwiera. Widzisz? Roz­kła­dam ją znów, a te­raz złóż ją ty ..

Sudańczyk, który przypatrywał się z wielką uwagą ruchom Stasia, począł próbować. Nie od razu po­szło mu łatwo, ale po­nieważ Ara­bo­wie od­zna­czają się w ogóle wielką zręcznością, więc po chwili strzelba została złożona.

Otwórz! – komenderował Staś.

Idrys otworzył sztucer łatwo.

Zamknij.

Poszło jeszcze łatwiej.

Teraz mi daj dwie puste gilzy. Nauczę cię, jak się zakłada ładunki.

Arabowie zachowali wykręcone gilzy, ponieważ miały dla nich wartość mosiądzu, więc Idrys podał dwie z nich Sta­siowi – i nauka rozpo­częta się na nowo.

Sudańczyk w pierwszej chwili przestraszył się trochę trzasku tkwiących w gilzach kapiszonów, ale ostatecznie przeko­nał się, że za­równo z pu­stych luf, jak z pustych ładunków nikt nie zdoła wystrzelić. Zaufanie jego do Stasia wróciło przy tym i dlatego, że chłopiec oddawał mu co chwila broń do ręki.

Tak – rzeki Staś – umiesz już składać sztucer, umiesz otwierać, zamykać i trzymać przy twa­rzy oraz pociągać za cyn­giel. Ale trzeba się jesz­cze na­uczyć mierzyć. To jest rzecz najtrudniej­sza. Weź pustą gurdę od wody i postaw ją o sto kro­ków... oto na tych tam ka­mieniach, a po­tem wróć tu do mnie – pokażę ci, jak się mierzy.

Idrys wziął gurdę i bez najmniejszego wahania poszedł umieścić ją na wskazanych kamie­niach. Ale zanim zrobił pierw­sze sto kro­ków, Staś wy­sunął puste gilzy, a wsunął na ich miej­sce pełne ładunki. Nie tylko serce, ale i tętna w skroniach po­częły mu bić z taką siłą, że my­ślał, że mu rozsadzą głowę. Chwila stanowcza nadeszła – chwila wolno­ści dla Nel i dla niego – chwila zwycięstwa – zarazem straszna i po­żądana!

Oto życie Idrysa jest w jego ręku. Jedno pociągnięcie za cyngiel i ów zdrajca, który porwał Nel, pad­nie trupem. Ale Staś, który miał w ży­łach polską i francuską krew, uczuł nagle, że za nic w świecie nie zdoła strzelić do człowieka odwróco­nego plecami. Niech się przynajm­niej za­wróci – i niech spojrzy śmierci w oczy. A potem co? Potem przy­leci Gebhr i nim przebieży dziesięć kro­ków, również chwyci zę­bami za ku­rzawę. Po­zostanie Cha­mis. Ale Chamis straci głowę, a choćby jej nie stracił, będzie czas wsu­nąć nowe ładunki do luf. Gdy nadjadą Bedu­ini, zastaną trzy trupy i sami znajdą to, na co zasłu­żyli. Potem dość będzie skierować wielbłą­dy ku rzece.

Wszystkie te myśli i obrazy przelatywały jak wichry przez głowę Stasia. Czuł, że to, co za parę minut ma się stać, jest za­razem straszne i ko­nieczne. W piersiach skłębiła mu się duma zwy­cięzcy z poczu­ciem okropnego wstrętu do zwycię­stwa. Była chwila, że się zawahał, ale wspo­mniał na te męki, które znosili biali jeńcy, na ojca, na pana Rawli­sona, na Nel, na Gebhra, który uderzył dziew­czynkę korba­czem, i nie­nawiść wybuchnęła w nim z nową siłą. "Trzeba! Trzeba!" – mówił so­bie przez zaciśnięte zęby i nie­ubłagane postanowienie odbiło się na jego twarzy, która stała się jakby wy­kuta z ka­mienia.

Tymczasem Idrys umieścił skórzaną gurdę na odległym o sto kroków kamieniu i zawrócił. Staś wi­dział jego uśmiech­niętą twarz i całą wy­soką po­stać na równej, piaszczystej płaszczyź­nie. Po raz ostatni przebłysła mu myśl, że oto ten żywy człowiek padnie za chwilę na zie­mię i pal­cami będzie rwał piasek w ostatnich konwulsjach konania. Ale wahania chłopca skończyły się – i gdy Idrys uszedł pięć­dzie­siąt kro­ków, po­czął z wolna podno­sić broń do oka.

Lecz zanim dotknął palcem cyngla, zza osypisk, odległych o kilkaset kroków, dał się słyszeć gromki okrzyk i w tej samej minucie około dwu­dziestu jeźdźców na koniach i wielbłądach wy­roiło się na płaszczyznę. Idrys skamieniał na ich widok. Staś zdumiał nie mniej, ale na­tych­miast zdumienie jego ustąpiło szalonej radości. Oto wreszcie oczeki­wana pogoń! Tak! to nie może być nic in­nego! W wio­sce schwy­tano wi­docznie Beduinów i ci wskazali, gdzie ukrywa się reszta karawany! Zrozumiał to tak samo i Idrys, który ochłonąwszy przybiegł do Stasia z twarzą po­pie­latą z przerażenia, i klęknąwszy u jego nóg począł powtarzać zdyszanym głosem:

Panie, ja byłem dla was dobry! byłem dla małej bint dobry – pamiętaj o tym!...

Staś wysunął mechanicznie ładunki z luf – i patrzył. Jeźdźcy pędzili ile tchu w koniach i wiel­błądach, krzycząc z ra­dości i wyrzu­cając w górę długie arabskie strzelby, które łapali w biegu z nadzwyczajną zręcznością. W jasnym, przezroczystym powietrzu wi­dać ich było do­skonale. W środku na czele le­cieli dwaj Beduini machając jak opętańcy rękoma i burnusami.

Po kilku minutach cała banda dopadła do karawany. Niektórzy z jeźdźców zeskakiwali z koni i wiel­błądów; niektó­rzy zo­stali na sio­dłach, wrzeszcząc ciągle wniebogłosy. Wśród tych krzy­ków można było odróżnić tylko dwa wy­razy:

Chartum! Gordon! Gordon! Chartum!...

Na koniec jeden z Beduinów – ten, którego towarzysz zwał Abu–Angą – przypadł do Idrysa skurczo­nego u nóg Stasia i począł wołać:

Chartum wzięte! Gordon zabity. Mahdi zwycięzca!

Idrys wyprostował się, ale jeszcze uszom nie wierzy.

A ci ludzie? – zapytał drżącymi wargami.

Ci ludzie mieli nas schwytać, a teraz idą wraz z nami do proroka!

Stasiowi pociemniało w oczach...

 

 

Rozdział 14

I rzeczywiście zgasła ostatnia nadzieja ucieczki w czasie podróży. Staś wiedział już teraz, że ani jego pomysły na nic się nie przy­da­dzą, ani po­goń ich nie doścignie i że jeśli wytrzymają trudy drogi, to dojadą do Mahdiego i zo­staną wydani w ręce Smaina. Je­dynym pokrze­pie­niem była mu teraz tylko myśl, że zostali porwani dlatego, by Smain oddał ich za swe dzieci. Ale kiedy się to sta­nie i co ich przedtem może spo­tkać? Jak straszliwa czeka ich niedola wśród spitej krwią dzi­kiej hordy? Czy Nel wytrzyma te wszystkie trudy i niewygody – na to nikt nie mógł odpowie­dzieć. Wiadomo było nato­miast, że Mahdi i jego derwisze nienawidzą chrześci­jan i w ogóle Europejczyków; więc w du­szy chłopca zrodziła się obawa, czy wpływ Smaina bę­dzie dostateczny, by osłonił ich oboje przed znie­wa­gami, przed znęca­niem się, przed okru­cieństwem i wściekło­ścią wyznawców Ma­hdiego, którzy mordowali nawet i wiernych rządowi mahometan? Po raz pierwszy od chwili porwa­nia ogarnęła Sta­sia głę­boka rozpacz, a jedno­cze­śnie i ja­kieś przesądne przypuszczenie, że prześladuje ich zły los. Prze­cie sam po­mysł po­rwania ich z Fajumu i za­wie­zienia ich do Char­tumu był po prostu szaleń­stwem, któ­rego mogli do­puścić się tylko tak dzicy i głupi lu­dzie, jak Idrys i Gebhr, nie rozu­miejący, że muszą prze­być ty­siące ki­lometrów krajem podległym rządowi egip­skiemu, a wła­ściwie Angli­kom. Na do­brą sprawę powinni być schwy­tani na drugi dzień, a jednak wszystko składało się tak, że oto są już niedaleko drugiej ka­ta­rakty – i że nie dości­gnęły ich żadne poprzed­nie pogo­nie, a ostatnia, która mogła ich zatrzymać, połączyła się z nimi i będzie im odtąd pomocą. Do roz­paczy Sta­sia, do jego bo­jaźni o los małej Nel dołą­czyło się jesz­cze uczucie upoko­rzenia, że jednak nic nie po­trafi pora­dzić i co wię­cej, nie zdoła już nic wymyślić, al­bowiem choćby mu od­dano teraz strzelbę i ładunki, nie może przecież po­wystrze­liwać wszyst­kich Ara­bów skła­da­jących kara­wanę.

I gryzł się tymi myślami tym bardziej, że zbawienie było już tak bliskie. Gdyby Chartum nie był upadł lub upadł o kilka dni później, ci sami lu­dzie, którzy przeszli teraz na stronę Mahdie­go, byliby ich schwytali i oddali w ręce rządu. Staś siedząc na wielbłądzie za Idry­sem i słu­chając ich rozmów prze­konał się, że byłoby tak niezawodnie. Zaraz bo­wiem po wyruszeniu w dalszą drogę naczelnik pogoni zaczął opo­wia­dać Idry­sowi, co ich skłonił do zdrady che­dywa. Wiedzieli poprzednio, że wielka armia – już nie egipska, ale angielska – wyruszyła na połu­dnie prze­ciw der­wiszom pod wodzą jeneraia Wolseleya. Widzieli mnóstwo statków, które wio­zły groźnych żołnierzy angielskich z As­suanu do Wadi–Halfa, skąd budowano dla nich kolej do Abu–Hammed. Przez długi czas wszyscy szeikowie po­brzeżni – i ci, którzy pozo­stali wierni rządowi, i ci, któ­rzy w głębi duszy sprzyjali Ma­hdiemu – byli pewni, że zguba derwiszów i ich pro­roka jest nieuchronna, albo­wiem An­gli­ków nigdy nikt nie zwy­cię­żył.

Akbar Allach! – przerwał wznosząc do góry ręce Idrys – a jednakże zostali zwyciężeni!

Nie – odpowiedział naczelnik pogoni – Mahdi wysłał przeciw nim plemiona Dżallno, Barbara i Da­dżim, razem bli­sko trzydzieści ty­sięcy naj­lep­szych swych wojowników, którymi dowodził Musa, syn Helu; pod Abu–Klea przyszło do strasz­nej bitwy, w której Bóg dał zwycię­stwo nie­wier­nym.

Tak jest, Musa, syn Helu, poległ, a z jego żołnierzy garść tylko wróciła do Mahdiego. Dusze innych są w raju, a ciała leżą w pia­skach, cze­ka­jąc dnia zmartwychwstania. Wieść o tym pręd­ko rozeszła się nad Nilem. Wtedy myśle­liśmy, że Anglicy pójdą dalej na południe i oswobo­dzą Char­tum. Ludzie po­wtarzali: "Koniec, koniec!" A tymczasem Bóg zrządził inaczej.

Jak? co się stało? – pytał gorączkowo Idrys.

Co się stało? – mówił z rozjaśnioną twarzą naczelnik. – Oto tymczasem Mahdi zdobył Char­tum, a Gordonowi ucięto w czasie szturmu głowę. A że Anglikom tylko o Gordona chodziło, więc dowie­dziawszy się o jego śmierci wrócili z powro­tem na północ. Al­lach! widzieli­śmy znów statki z ogrom­nymi żołnierzami płynące w dół rzeki, ale nie rozumieliśmy, co to znaczy. Anglicy dobre tylko nowiny rozgła­szają na­tychmiast, a złe tają. Niektórzy z naszych mówili, że Mahdi już zginął. Ale wreszcie prawda wyszła na jaw. Kraj ten należy jesz­cze do rządu. W Wadi–Halfa i da­lej, aż do trzeciej, a może i do czwartej katarakty, znajdują się jeszcze żoł­nie­rze che­dywa, wszelako te­raz, po od­wrocie Angli­ków, my wie­rzymy już, że Mahdi podbije nie tylko Nubię i Egipt, nie tylko Mekkę i Medinę, ale i cały świat. Dlatego, zamiast was schwy­tać i wydać w ręce rządu, idziemy razem z wami do pro­roka.

Więc przyszły rozkazy, by nas schwytać?

Do wszystkich wiosek, do wszystkich szeików, do załóg wojskowych. Gdzie miedziany drut, po któ­rym przelatują roz­kazy z Ka­iru, nie do­cho­dzi, tam przyjeżdżali zabtiowie (żandarmi) z oznajmieniem, że kto was schwyta, dostanie tysiąc funtów nagrody. Ma­szal­lach... to wielkie bogac­two!... wielkie!...

Idrys spojrzał podejrzliwie na mówiącego:

Ale wy wolicie błogosławieństwo Mahdiego?

Tak jest. A przy tym zdobył on tak ogromne łupy i tyle pieniędzy w Chartumie, że funty egipskie mierzy workami od ob­roków i roz­daje je mię­dzy swych wiernych...

Jednakże jeśli żołnierze egipscy są jeszcze w Wadi–Halfa i dalej, to mogą nas schwytać po drodze.

Nie. Trzeba się tylko śpieszyć, póki się nie opamiętają. Oni teraz po odwrocie Anglików po­tracili całkiem głowy – za­równo wierni rzą­dowi szeiko­wie, jak żołnierze i zabtiowie. Wszyscy myślą, że Ma­hdi lada chwila nadejdzie, toteż ci z nas, którzy mu w duchu sprzyjali, uciekają te­raz śmiało do niego i nikt ich nie ściga, albowiem w tych pierw­szych chwilach nikt nie wy­daje rozkazów i nikt nie wie, kogo słu­chać.

Tak – odpowiedział Idrys – ale prawdę rzekłeś, że trzeba się śpieszyć, póki się nie opamięta­ją, gdyż do Chartumu jesz­cze da­leko...

Stasiowi, który wysłuchał dokładnie całej tej rozmowy, zabłysnął znów na chwilę nikły pro­myk na­dziei. Jeśli żołnie­rze egipscy zaj­mują do­tych­czas rozmaite miejscowości pobrzeżne w Nubii, to wo­bec tego, że Anglicy zabrali wszystkie statki, muszą ustępo­wać przed hor­dami Ma­hdiego lądem. A w takim razie może się zdarzyć, że karawana wpadnie na któ­rykolwiek z cofających się oddziałów i zo­stanie otoczona. Staś wyliczył również, że nim wieść o zdobyciu Chartumu ro­zeszła się pomiędzy plemionami arab­skimi mieszka­jącymi na pół­noc od Wadi–Halfa, upły­nęło niezawodnie sporo czasu, tym bardziej że rząd egipski i Anglicy ją taili – przy­puszczał za­tem, że i rozprzę­żenie, które mu­siało zapa­nować w pierw­szej chwili wśród Egip­cjan, już przeszło. Niedoświadczo­nemu chłopcu nie przy­szło to jednak na myśl, że w każ­dym razie upa­dek Char­tumu i śmierć Gordona każą ludziom zapo­mnieć o wszyst­kim innym i że szeikowie wierni rządowi jako też miej­scowe władze egip­skie będą te­raz miały co innego do roboty niż my­śleć o ratowaniu dwojga białych dzieci.

I rzeczywiście Arabowie, którzy przyłączyli się do karawany, niezbyt obawiali się pogoni. Je­chali wprawdzie z wiel­kim po­śpiechem i nie ża­ło­wali wielbłądów, ale trzymali się blisko Nilu i często no­cami skręcali do rzeki, by napoić zwierzęta i nabrać wody w skó­rzane worki. Cza­sem ośmie­lali się zajeżdżać nawet w dzień do wiosek. Dla bezpie­czeństwa wysyłali zawsze naprzód na zwiady kilku lu­dzi, którzy pod pozo­rem za­kupów żyw­ności dowiadywali się, co słychać w okolicy, czy nie ma w po­bliżu wojsk Egipskich i czy miesz­kańcy nie należą do wier­nych "Tur­kom". Je­śli trafili na ludność sprzy­jającą tajemnie Mahdiemu, wówczas cała kara­wana zjeż­dżała do wsi – i często zda­rzało się, że opuszczała ją zwięk­szona o kilku lub nawet kilkunastu młodych Arabów, którzy chcieli także uciekać do Ma­hdiego.

Idrys dowiedział się też, że prawie wszystkie oddziały egipskie stoją od strony Pustyni Nubij­skiej, za­tem po prawej, wschodniej stro­nie Nilu. Żeby uniknąć spotkania się z nimi, należało tylko trzymać się lewego brzegu i omijać znaczniej­sze miasteczka i osady. Przy­spa­rzało to wpraw­dzie dużo drogi, al­bowiem rzeka począwszy od Wadi–Halfa tworzy ol­brzymi łuk, który schodzi da­leko ku połu­dniowi, a potem skręca znów na północny wschód, aż do Abu–Ham­med, gdzie przybiera już zupełnie połu­dniowy kie­runek, ale za to ten lewy brzeg, zwłaszcza od oazy Se­lima, prawie wcale nie był strzeżony, droga zaś upływała Sudańczykom we­soło wśród zwięk­szonej kompa­nii, przy obfi­tości wody i zapa­sów.

Minąwszy trzecią kataraktę przestali się nawet śpieszyć – jechali tylko nocami, ukrywając się we dnie wśród piasz­czys­tych wzgórz i wą­wo­zów, któ­rymi cała pustynia była poprzecinana. Rozciągało się te­raz nad nimi niebo bez jed­nej chmurki, szare na krańcach wid­no­kręgu, w środku wydęte jakby ol­brzymia kopuła, ciche i spokojne. Z każdym dniem jednak upał, w miarę jak po­suwali się na połu­dnie, czynił się co­raz strasz­liw­szy i nawet w wąwozach, w głę­bokim cieniu, żar dokuczał ludziom i zwierzę­tom. Noce natomiast były bardzo chłodne, roz­iskrzone od migo­tli­wych gwiazd two­rzących jakby mniejsze i większe stadka.

Staś spostrzegł, że to już nie są te same konstelacje, które świeciły nocami nad Port–Saidem. Marzył on o tym nie­raz, żeby kiedy w ży­ciu zo­ba­czyć Południowy Krzyż – i wreszcie ujrzał go za El–Orde. Ale obecnie blask jego zwia­stował mu tylko nieszczęście. Świe­ciło im także od kilku dni co noc blade, rozpierzchłe i smutne światło zodiakalne, które po zga­śnięciu zórz wieczornych do późnej go­dziny roz­sre­brzało za­chodnią stronę nieba.

 

 

Rozdział 15

We dwa tygodnie po wyruszeniu z okolic Wadi–Halfa karawana weszła w kraj zdobyty przez Ma­hdiego. Przebyli w skok pagórko­watą pu­sty­nię Ge­zire i w pobliżu Chendi, gdzie przedtem Anglicy znieśli doszczętnie Musę–uled–Belu, wjechali w okolice wcale już do pu­styni nie­po­dobne. Piasków ani osypisk nie było tu widać. Jak okiem się­gnąć rozciągał się step poro­śnięty w części zie­loną trawą, w części dżun­glą, wśród której rosły kępami kolczaste akacje, wydające znaną gumę sudań­ską, a tu i ówdzie poje­dyncze, olbrzymie drzewa na­baku,7 tak roz­łożyste, że pod ich konarami stu lu­dzi mogło zna­leźć przed słońcem schronienie. Od cza­su do czasu kara­wana mijała wy­sokie, po­dobne do słupów kopce termi­tów, czyli termitiery, którymi cała podzwrotnikowa Afryka jest zasiana. Zielo­ność pa­stwisk i aka­cyj mile nę­ciła oczy po jed­nostaj­nej, jało­wej barwie piasków pustyni.

W miejscach, gdzie step był łąką, pasły się stada wielbłądów strzeżone przez zbrojnych wo­jowników Mahdiego. Na wi­dok kara­wany zry­wali się oni jak ptaki drapieżne, biegli ku niej, ota­czali ją ze wszyst­kich stron i potrząsając dzi­dami oraz wrzeszcząc wnie­bogłosy, wypy­ty­wali się ludzi, skąd są, dla­czego ciągną z północy i dokąd dążą? Cza­sami przybierali postawę tak groźną, że Idrys musiał z najwięk­szym pośpie­chem odpo­wiadać na py­tania, aby unik­nąć na­paści.

Staś, który wyobrażał sobie, że mieszkańcy Sudanu różnią się od wszystkich Arabów zamiesz­kujących Egipt tym tylko, że wierzą w Ma­hdiego i nie chcą uznać władzy chedywa, spostrzegł, że omylił się zupełnie. Ci, którzy zatrzy­mywali teraz co chwila kara­wanę, mieli po więk­szej części skórę ciem­niejszą nawet niż Idrys i Gebhr, a w porówna­niu z dwoma Be­du­inami prawie czarną. Krew murzyńska przewa­żała w nich nad arab­ską. Twarze ich i piersi były ta­tuowane, a nakłucia przedstawiały albo rozmaite ry­sunki, albo napisy z Ko­ranu. Nie­któ­rzy byli prawie nadzy, inni nosili dżiuby, czyli opończe z białej tkaniny bawełnianej naszywanej w różnobarw­ne Tatki. Wielu miało ga­łązki z ko­rala lub ka­wałki kości sło­niowej przeciągnięte przez noz­drza, wargi i uszy. Przy­wódcy okrywali głowy białymi krym­kami z ta­kiejże tka­niny jak i opoń­cze, prości wo­jow­nicy nosili głowy odkryte, lecz nie golone tak jak Arabowie w Egipcie, ale przeciwnie, poro­śnięte ogrom­nymi, kręco­nymi kudłami, spalo­nymi czę­sto na kolor czerwony od wapna, którym namazywali czupryny dla ochrony przed robactwem. Broń ich sta­nowiły przeważnie dzidy, straszne w ich ręku, ale nie brakło im także i karabinów Reming­tona, które zdo­byli w zwycięskich walkach z armią egipską i po upadku Char­tumu. Widok ich był w ogóle przerażający, a zachowanie się względem ka­rawany wrogie, albo­wiem posą­dzali, że składa się ona z kupców egip­skich, którym w pierw­szej chwili po zwycięstwie Mahdi zabronił wstępu do Sudanu.

Zwykle otoczywszy karawanę sięgali wśród wrzasku i gróźb dzidami ku piersiom ludzi lub mierzyli do nich z kara­binów, na co Idrys od­po­wia­dał krzykiem, że on i jego brat należą do pokolenia Dangalów, tego samego, do którego należy Ma­hdi, i że wiozą prorokowi białe dzie­ci jako niewolni­ków. To jedno wstrzymywało dzicz od gwałtów. W Sta­siu, gdy wresz­cie zetknął się z tą okropną rzeczywi­stością, za­mierała du­sza na myśl, co czeka ich oboje w dniach na­stępnych, a i Idrys, który żył poprzednio długie lata w kraju ucywili­zowanym, nie wyobrażał so­bie nic po­dob­nego. Rad też był, gdy pewnego wieczora ogarnął ich zbrojny oddział emira Nur–el–Tadhila i poprowadził do Char­tumu.

Nur–el–Tadhil, zanim uciekł do Mahdiego, był przedtem oficerem egipskim w pułku murzyń­skim chedywa, nie był więc tak dziki jak inni ma­h­dy­ści i Idrys mógł się z nim łatwiej porozu­mieć. Ale i tu czekał go zawód. Wyobrażał on sobie, że przybycie jego z bia­łymi dziećmi do obozu Ma­hdiego wzbudzi podziw, choćby tylko ze względu na szalone trudy i nie­bez­pieczeń­stwo drogi. Spodzie­wał się, że mahdyści przyjmą go z zapa­łem, z otwar­tymi ramionami i że go odprowadzą w try­umfie do proroka, a ów obsypie go złotem i po­chwałami, jako czło­wieka, który nie wahał się nara­zić głowy, by oddać usługę jego krewnej Fatmie. Tymczasem mahdy­ści przykładali dzidy do piersi uczest­ni­ków ka­rawany, a Nur–el–Tadhil słuchał dość obojętnie opowiadań o podróży; w końcu zapytany, czy zna Smaina, męża Fatmy, rzekł:

Nie, w Omdurmanie i w Chartumie znajduje się przeszło sto tysięcy wojowników, więc łatwo się nie spotkać i nie wszy­scy ofice­ro­wie się znają. Państwo proroka jest ogromne, a przeto wielu emirów rządzi odległymi miastami, w Sen­narze, w Kordofanie i Dar­furze, i około Fa­szo­dy. Być może, że tego Smaina, o którego pytasz, nie ma obecnie przy boku proroka.

Idrysa dotknął pewien lekceważący ton, z jakim Nur mówił o "tym Smainie", więc odpowie­dział z od­cieniem niecier­pli­wo­ści:

Smain żonaty jest z siostrą cioteczną Mahdiego, a zatem dzieci Smaina są krewnymi proro­ka.

Nur–el–Tadhil wzruszył ramionami.

Mahdi ma wielu krewnych i nie może o wszystkich pamiętać.

Czas jakiś jechali w milczeniu, po czym Idrys znów zapytał:

Jak prędko dojedziemy do Chartumu?

Przed północą – odpowiedział Tadhil spoglądając na gwiazdy, które poczęły ukazywać się na wschodniej stronie nieba.

Czy o tak późnej godzinie będę mógł dostać żywności i obroków? Od ostatniego wypoczyn­ku w południe nie je­dliśmy nic...

Dziś przenocuję i pożywię was w domu swoim, ale jutro w Omdurmanie sam musisz się sta­rać o ja­dło, i z góry cię uprzedzam, że nie przyj­dzie ci to łatwo.

Dlaczego?

Bo jest wojna. Ludzie od kilku lat nie obsiewali pól i żywili się tylko mięsem, więc gdy wreszcie zbrakło i bydła, przy­szedł głód. Głód jest w całym Sudanie i worek durry kosztuje dziś więcej niż nie­wolnik.

Allach akbar! – zawołał ze zdziwieniem Idrys. – Widziałem jednak na stepie stada wielbłą­dów i by­dła.

Te należą do proroka, do "szlachetnych"8 i do kalifów .. Tak... Dangalowie, z których poko­lenia wy­szedł Mahdi, i Ba­gga­rowie, któ­rych na­czel­ni­kiem jest główny kalif Abdullahi, mają jeszcze dość liczne stada, ale innym pokole­niom coraz trudniej żyć na świecie.

Tu Nur–el–Tadhil poklepał się po żołądku i rzekł:

W służbie proroka mam wyższy stopień, więcej pieniędzy i wyższą władzę, ale brzuch mia­łem więk­szy w służbie che­dywa...

Lecz zmiarkowawszy, że może za dużo powiedział, po chwili dodał:

Ale to wszystko przeminie, gdy prawdziwa wiara zwycięży.

Idrys, słuchając tych słów, mimo woli pomyślał, że jednak w Fajumie, w służbie u Anglików, nigdy głodu nie zaznał i o za­robki było mu ła­two – więc zasępił się mocno.

Po czym jął dalej pytać:

Jutro przeprowadzisz nas do Omdurmanu?

Tak jest. Chartum z rozkazu proroka ma być opuszczone i mało kto tam już mieszka. Burzą teraz, co większe domy i ce­głę wy­wożą wraz z in­nymi łupami do Omdurmanu. Prorok nie chce mieszkać w mieście splamionym przez niewier­nych.

Uderzę mu jutro czołem, a on każe zaopatrzyć mnie w żywność i obroki.

Ha! jeśli naprawdę należysz do Dangalów, to może będziesz dopuszczony przed jego obli­cze. Ale wiedz o tym, że domu jego strzeże dzień i noc stu ludzi zaopatrzonych w korbacze i ci nie żałują ra­zów tym, którzy by chcieli wejść bez pozwo­lenia do Ma­hdiego. Inaczej tłumy nie da­łyby świę­temu mężowi ani chwili wypoczynku... Allach! widziałem nawet i Danga­lów z krwawymi prę­gami na ple­cach.

Idrysa z każdą chwilą ogarniało większe rozczarowanie.

Więc wierni – zapytał – nie widują proroka?

Wierni widują go co dzień na placu modlitwy, gdy klęcząc na owczej skórze wznosi ręce do Boga lub gdy naucza tłumy i utrwala je w praw­dziwej wierze. Ale dostać się do niego i mówić z nim jest trudno – i kto dostąpi tego szczę­ścia, wszy­scy zazdroszczą mu, al­bowiem spływa na niego łaska boża, która gładzi poprzednie jego grzechy.

Zapadła głęboka noc, a z nią razem przyszedł i dojmujący chłód. W szeregach rozległo się parskanie koni, a prze­skok od dzien­nego upału do zimna był tak mocny, że skóry rumaków poczęły dymić i oddział jechał jak we mgle. Staś pochylił się zza Idrysa ku Nel i za­py­tał:

Nie zimno ci?

Nie – odpowiedziała dziewczynka – ale... już nas nikt nie obroni...

I łzy stłumiły dalsze jej słowa.

Staś nie znalazł tym razem dla niej żadnej pociechy, bo i sam był przekonany, że nie masz dla nich ratunku. Oto wjechali w krainę nę­dzy, głodu, zwierzęcych okrucieństw i krwi. Byli jak dwa listki marne wśród burzy, która niosła śmierć i znisz­czenie nie tylko poje­dynczym gło­wom ludz­kim, ale całym grodom i całym plemionom. Jakaż ręka mo­gła wyrwać z niej i ocalić dwoje małych, bez­bronnych dzieci?

Księżyc wytoczył się wysoko na niebo i zmienił jakby w srebrne pióra gałązki mimozy i aka­cyj. W gę­stych dżun­glach rozlegał się tu i ów­dzie prze­raźliwy, a zarazem jakby radosny śmiech hien, które w tej krwawej krainie znaj­dowały aż nadto ludzkich trupów. Kiedy niekiedy oddział wiodący ka­rawanę spotykał się z innymi patrolami i za­mieniał z nimi umó­wione ha­sło. Przybyli wreszcie do wzgórz nad­brzeż­nych i długim wą­wozem dotarli do Nilu. Lu­dzie, ko­nie i wielbłądy we­szli na szerokie i płaskie dahabije i wkrótce ciężkie wio­sła jęły mia­rowym ru­chem roz­bijać i łamać gładką toń rzeki usianą dia­mentami gwiazd.

Po upływie pół godziny w południowej stronie, w którą płynęły pod wodę dahabije, zabłysły światła, które, w miarę jak statki zbli­żały się ku nim, zmieniały się w snopy czerwonego bla­sku leżące na wo­dzie. Nur–el–Tadhil trącił Idrysa w ra­mię, po czym wycią­gnąwszy przed sie­bie rękę rzekł:

Chartum!

 

 

Rozdział 16

Stanęli na krańcu miasta, w domu, który poprzednio był własnością bogatego kupca włoskie­go, a po zamordowa­niu jego w czasie szturmu do miasta dostał się przy podziale łupów Ta­dhilowi. Żony emira zajęły się w dość ludzki sposób ledwie żywą ze zmęcze­nia Nel i chociaż w ca­łym Char­tumie dawał się uczuć brak żywności, znalazły dla małej dżanem9 trochę suszo­nych daktylów i tro­chę ryżu z mio­dem, po czym za­prowa­dziły ją na piętro i ułożyły do snu. Staś, który no­cował mię­dzy wielbłą­dami i końmi na dwo­rze, musiał poprzestać na jednym su­cha­rze, nato­miast nie brakło mu wody, al­bowiem fontanna w ogrodzie nie została dziwnym trafem zrujno­wana. Pomimo ogrom­nego znużenia długo nie mógł za­snąć, na­przód z powodu skorpionów włażących ustawicznie na wojłok, na któ­rym leżał, a po wtóre, z po­wodu śmiertel­nego nie­pokoju, że rozłączą go z Nel i że nie będzie mógł nad nią osobi­ście czuwać. Niepokój ten podzielał wi­docznie i Saba, który wietrzył naokół, a niekiedy wył, za co gniewali się żołnie­rze. Staś uspokajał go, jak umiał, w oba­wie, by nie czy­niono mu krzywdy. Na szczęście, ol­brzymi brytan wzbudził taki po­dziw sa­mego emira i wszystkich derwi­szów, że ża­den nie pod­niósł nań ręki.

Idrys nie spał także. Od wczorajszego dnia czuł się niezdrów, a przy tym po rozmowie z Nur–el–Tad­hilem stracił dużo złu­dzeń – i na przy­szłość pa­trzył jakby przez grubą zasłonę. Rad był, że przeprawią się jutro do Omdurmanu oddzielo­nego tylko szerokością Bia­łego Nilu; miał na­dzieję, że odnajdzie tam Smaina, ale co dalej? W czasie drogi wszystko przedsta­wiało mu się jakoś wyraźniej i da­leko wspanialej. Wierzył on szczerze w pro­roka i serce ciągnęło go tym bar­dziej ku niemu, że pochodzili obaj z jednego poko­lenia. Ale był przy tym, jak każdy prawie Arab, chciwy i ambitny. Ma­rzył, iż obsy­pią go złotem i uczynią co najmniej emirem; marzył o wypra­wach wo­jennych prze­ciw "Tur­kom", o zdobytych miastach i łupach. Tymczasem teraz, po tym, co słyszał od Tadhila, po­czął się oba­wiać, czy wszystkie jego czyny nie znikną tak wo­bec daleko więk­szych zdarzeń, jak kropla deszczu ginie w morzu. "Może – myślał z goryczą – nikt nie zwróci uwagi na to, czegom doko­nał, a Smain nie będzie nawet rad, żem mu przy­wiózł te dzieci". I gryzł się tą my­ślą. Ju­trzejszy dzień miał roz­proszyć lub po­twierdzić jego obawy, więc czekał go nie­cierpli­wie.

O szóstej rano wzeszło słońce i rozpoczął się ruch wśród derwiszów. Wkrótce pojawił się Ta­dhil i ka­zał im gotować się do drogi. Zapo­wie­dział przy tym, że pójdą do przeprawy piechotą, przy jego koniu. Ku wielkiej radości Stasia Dinah sprowa­dziła z górnego pię­tra Nel, po czym ru­szyli wałem wzdłuż ca­łego miasta aż do miejsca, w którym stały łodzie przewozowe. Tadhil jechał naprzód konno. Staś pro­wadził za rękę Nel, za nim szli Idrys, Gebhr i Chamis ze starą Dinah i z Sabą oraz trzydziestu żoł­nierzy emira. Reszta kara­wany pozostała w Char­tu­mie.

Staś, rozglądając się wokół, nie mógł zrozumieć, jakim sposobem upadło miasto tak silnie obwaro­wane i leżące w wi­dłach utwo­rzo­nych przez Biały i Niebieski Nil, a zatem z trzech stron otoczone wodą, a dostępne tylko od połu­dnia. Póź­niej dopiero dowie­dział się od nie­wolni­ków–chrześcijan, że rzeka wówczas opadła i odsłoniła szerokie ła­chy piaszczy­ste, które uła­twiły przystęp do wałów. Za­łoga, stra­ciwszy na­dzieję od­sieczy i wycieńczona głodem, nie mo­gła odeprzeć szturmu rozwście­czonej dziczy, i miasto zostało zdo­byte, po czym nastąpiła rzeź miesz­kań­ców. Ślady walki, lubo od szturmu upłynął już miesiąc, widać było wszędzie wzdłuż wału, we­wnątrz sterczały gruzy zbu­rzo­nych do­mów, na które zwrócił się pierwszy impet zdo­bywców, a w fosie zewnętrznej pełno było trupów, których nikt nie my­ślał grzebać. Zanim do­szli do prze­prawy, Staś naliczył ich przeszło czte­rysta. Nie zarażały one jednak powietrza, gdyż słońce sudań­skie wy­suszyło je na mu­mie, wszystkie miały barwę szarego pergaminu, tak jedno­stajną, że ciał Europejczyków, Egipcjan i Mu­rzynów nie można było odróż­nić. Wśród trupów roiły się małe szare jaszczurki, które przed nadcho­dzącymi ludźmi cho­wały się szybko pod te szczątki ludzkie, często do ich ust lub miedzy wy­schnięte że­bra.

Staś prowadził Nel tak, by jej zasłonić ten okropny widok, i kazał jej patrzyć w drugą stronę, ku mia­stu. Ale i od strony miasta działy się rze­czy, które napełniały oczy i duszę dziewczynki przerażeniem. Widok "angielskich" dzieci wziętych w niewolę i Saby prowadzo­nego na smy­czy przez Chamisa ściągał tłumy, które w miarę jak pochód po­suwał się do prze­prawy, po­większały się z każdą chwilą. Ciżba uczy­niła się po pew­nym czasie tak wielka, że trzeba było się zatrzymać. Ze­wsząd ozwały się groźne okrzyki. Straszne, tatu­owane twarze po­chylały się nad Sta­siem i nad Nel. Nie­którzy z dzikich wybuchali na ich widok śmiechem i uderzali się z radości dłońmi po biodrach, inni zło­rze­czyli im, nie­którzy ry­czeli jak dzi­kie zwie­rzęta, wy­szczerzając białe zęby i przewracając oczyma, w końcu po­częto im grozić i sięgać ku nim no­żami. Nel, na wpół przytomna, w strachu tuliła się do Stasia, on zaś osłaniał ją, jak umiał, w przekonaniu, że nadchodzi ostat­nia dla nich obojga go­dzina. Na szczęście ów na­pór rozbe­stwionej ciżby sprzy­krzył się w końcu i Tadhilowi. Kilkunastu żołnierzy otoczyło z jego roz­ka­zu dzieci, pozostali zaś poczęli sma­gać bez miłosierdzia korba­czami wyjące gromady. Zbie­gowisko rozproszyło się na prze­dzie, nato­miast tłumy po­częły zbierać się za oddziałem i wśród dzikich wrzasków prze­prowadziły go aż do łodzi.

Dzieci odetchnęły w czasie przewozu. Staś pocieszał Nel, że gdy derwisze oswoją się z ich wi­dokiem, wówczas prze­staną im gro­zić – i za­pew­niał, że Smain będzie ich oboje, a zwłaszcza ją, ochraniał i bronił, albowiem gdyby stało im się co złego, to nie miałby kogo oddać za swoje po­tomstwo. Była to prawda, ale dziewczynkę tak przeraziły poprzednie na­pa­ście, że chwyciwszy rękę Stasia nie chciała ani na chwilę jej pu­ścić, powtarzając ciągle jakby w go­rączce: "Boję się! Boję się!" On życzył sobie istotnie z całej du­szy, by jak najprędzej do­stali się w ręce Smaina, który znał ich od dawna i który w Port–Saidzie okazywał im wielką przy­jaźń albo przynajm­niej ją udawał. W każ­dym razie nie był to człowiek tak dziki jak inni Sudań­czycy Dangalowie i niewola w jego domu mogła być zno­śniejsza...

Chodziło tylko o to, czy go znajdą w Omdurmanie. O tym samym rozmawiał i Idrys z Nur–el–Tadhilem, gdyż ów przypo­mniał sobie wresz­cie, że przed rokiem, bawiąc z polecenia kalifa Abdullahi daleko od Chartumu, w Kordofa­nie, słyszał o jakimś Smainie, który uczył derwi­szów strzelać z armat zdobytych na Egipcjanach, a potem stał się wielkim łowcą nie­wolników. Nur wskazał Idrysowi na­stępny sposób od­nale­zie­nia emira:

Gdy usłyszysz po południu glos umbai10, bądź wraz z dziećmi na placu modlitwy, na który prorok udaje się co­dzien­nie, by bu­do­wać wier­nych przykładem pobożności i utwierdzać ich w wierze. Tam prócz świętej osoby Ma­hdiego zoba­czysz wszystkich "szla­chetnych", a także trzech kalifów oraz pa­szów i emirów; między emirami odnaj­dziesz Smaina.

A co mam czynić i gdzie się podziać aż do czasu południowej modlitwy?

Zostaniesz między mymi żołnierzami.

A ty, Nur–el–Tadhilu, opuścisz nas?

Ja udam się po rozkazy do kalifa Abdullahiego.

Czy to największy z kalifów? Przybywam z daleka i jakkolwiek imiona wodzów obijały się o moje uszy, jednakże ty do­piero mo­żesz mnie po­uczyć o nich dokładniej.

Abdullahi, mój wódz, to miecz Mahdiego.

Niech Allach uczyni go synem zwycięstwa.

Przez czas jakiś łodzie płynęły w milczeniu. Słychać było tylko chrobot wioseł o brzegi łodzi, a nie­kiedy plusk wody ude­rzonej ogo­nem kro­ko­dyla. Dużo tych strasznych płazów napłynęło z południa aż pod Chartum, gdzie znalazły obfite po­żywienie, albo­wiem rzeka roiła się od tru­pów nie tylko ludzi pomordowanych po zdobyciu miasta, ale i zmarłych z cho­rób grasujących wśród mahdystów, a szczegól­niej wśród ich niewol­ników. Roz­kazy kalifów zabra­niały wpraw­dzie "psuć wody" – ale nie baczono na nie, i ciała, których nie zdołały po­żreć kroko­dyle, pły­nęły z wodą twarzami na dół do szó­stej katarakty i nawet dalej, aż na Berber.

Ale Idrys myślał teraz o czym innym i po chwili znów rzekł:

Dzisiejszego rana nie dostaliśmy nic do zjedzenia. Zali wytrzymamy do godziny modlitw o głodzie – i kto nas póź­niej pożywi?

Nie jesteś niewolnikiem – odpowiedział Tadhil i możesz pójść na rynek, gdzie kupcy rozkła­dają swoje zapasy. Tam do­staniesz su­szo­nego mięsa i czasem dochnu (prosa), ale za grube pieniądze, gdyż, jak ci to mówiłem, głód panuje w Omdurmanie.

A tymczasem źli ludzie porwą lub zabiją mi dzieci.

Żołnierze je obronią – a jeśli dasz któremu pieniędzy, to ci chętnie sam pójdzie po żyw­ność.

Idrysowi, który miał większą ochotę brać pieniądze niż je komukolwiek dawać, nie bardzo po­dobała się ta rada, ale nim zdobył się na od­po­wiedź, łodzie przybiły do brzegu.

Omdurman inaczej przedstawił się dzieciom niż Chartum. Tam były murowane domy piętro­we, była mudiria, to jest pałac guberna­tora, w któ­rym zginął bohaterski Gordon, był kościół, szpital, budynki misyjne, arsenał, wielkie ko­szary dla woj­ska i pełno więk­szych i mniej­szych ogro­dów ze wspaniałą podzwrotnikową roślinnością. Omdurman zaś wyglądał raczej na wiel­kie obozowisko dzikich. Fort, który wznosił się w pół­nocnej stronie osady, został z roz­kazu Gordona zburzony. Zresztą, jak okiem sięgnąć, miasto składało się z okrągłych stożkowa­tych chat skle­co­nych ze słomy dochnu. Wąskie, cierniowe płotki oddzielały te budy od siebie i od ulicy. Gdzie­niegdzie widać było także na­mioty, wi­docznie zdobyte na Egipcja­nach. Indziej kil­ka palmowych mat pod rozpiętym na bambusach ka­wał­kiem brudnego płótna stano­wiło całe mieszkanie. Ludność chroniła się pod dachy tylko w czasie deszczu lub wyjątkowych upałów, poza tym przesia­dywała, pa­liła ognie, goto­wała strawę, żyła i umie­rała na dworze. Toteż na ulicach było tak rojno, że miej­scami oddział z trudno­ścią prze­ciskał się przez tłumy. Omdur­man był przedtem nędzną wioską, obecnie jednak, li­cząc z niewolnikami, skłębiło się w nim przeszło dwie­ście tysięcy ludzi. Nawet Mahdi i jego kali­fo­wie zaniepo­koili się tym zbie­gowi­skiem, któremu za­grażał głód i choroby. Wysyłano też cią­gle nowe wy­prawy w stronę północ­ną na podbój okolic i miast wiernych jeszcze rządowi egip­skiemu.

Na widok białych dzieci rozlegały się i tu także nieprzyjazne okrzyki, ale motłoch nie groził im przy­najmniej śmier­cią. Może nie śmiał tego uczy­nić tuż pod bokiem Mahdiego, a może bar­dziej przywykł do widoku jeńców, których wszystkich przeniesiono zaraz po zdo­byciu Char­tu­mu do Omdurmanu. Staś i Nel widzieli jednak piekło na ziemi. Widzieli Europej­czy­ków i Egipcjan bitych do krwi korba­czami, głod­nych, spra­gnionych, zgiętych pod ciężarami, które kazano im przeno­sić, lub pod wia­drami z wodą. Widzieli kobiety, i dzieci europejskie, niegdyś wy­chowane w do­statku, obecnie że­brzące o garść durra lub skrawek suchego mięsa – okryte łachma­nami, wychudłe, podobne do mar o sczer­niałych z nędzy twa­rzach i obłąkanym wzro­ku, w którym zastygło przera­żenie i rozpacz. Wi­dzieli, jak dzicz wybuchała na ich widok śmie­chem, jak popychała je i biła. Na wszystkich ulicach i uliczkach nie brakło wido­ków, od któ­rych oczy odwracały się ze zgrozą i wstrę­tem. W Omdur­manie srożyła się w okropny sposób dyzenteria i tyfus, a przede wszyst­kim ospa. Chorzy, okryci wrzodami, leżeli u wejścia do chat, zarażając powietrze. Jeńcy dźwigali poobwi­jane w płótno trupy świeżo zmar­łych, by je pochować w piasku za miastem, gdzie prawdzi­wym ich pogrze­bem zajmowały się hieny. Nad miastem unosiło się stado sępów, od których skrzydeł padały na rozświe­cony pia­sek żałobne cie­nie. Staś wi­dząc to wszystko po­myślał, że najlepiej i dla niego, i dla Nel byłoby jak najprę­dzej umrzeć.

Jednakże i w tym morzu nędzy i złości ludzkiej rozkwitało tam czasem miłosierdzie, jak blady kwiatek rozkwita na zgni­łym bagnie. W Omdur­manie była garść Greków i Koptów, których Mahdi oszczędził, albowiem ich potrzebował. Ci nie tylko chodzili wolno, ale zajmo­wali się han­dlem i rozma­itymi sprawami, a niektórzy, tacy zwłaszcza, co uda­wali, że zmie­nili wiarę, byli nawet urzędnikami pro­roka i to dawało im wśród dzikich derwiszów znaczną powagę. Je­den z takich Gre­ków zatrzymał oddział i począł wypytywać dzieci, skąd się tu wzięły Do­wie­dziawszy się ze zdzi­wieniem, że do­piero co przy­były, a zostały porwane aż z Fajumu, obiecał wspomnieć o nich Mahdiemu i dowia­dy­wać się o nie w przy­szłości. Tymcza­sem pokiwał lito­śnie głową nad Nel i dał obojgu po sporej garści suszo­nych dzikich fig i po talarze srebr­nym z wyobra­że­niem Marii Te­resy. Po czym przykazał żołnierzom, by nie wa­żyli się krzywdzić dziew­czynki i odszedł powta­rza­jąc po angiel­sku: "Poor little bird!" (biedny mały ptaszek).

 

 

Rozdział 17

Przez kręte uliczki doszli na koniec do rynku, położonego w środku miasta. Po drodze widzie­li wielu ludzi z obciętą jedną ręką lub jedną nogą. Byli to przestępcy, którzy zataili łupy, albo złodzieje. Kary wymierzane przez kalifów i emirów za nie­posłuch lub prze­kro­czenie praw ogła­sza­nych przez proroka były straszne i nawet za lekkie przewi­nienia, jak na przy­kład za palenie tytoniu, bito do krwi i do nie­przytom­no­ści korba­czami. Ale sami ka­lifowie stoso­wali się do przepisów tylko po­zornie, w domach zaś pozwalali so­bie na wszystko, tak że kary spa­dały tyl­ko na biednych ludzi, którym zagra­biono za jednym zachodem całe mienie. Nie pozosta­wało im po­tem nic innego, jak że­brać, a po­nieważ w ogóle w Omdurmanie brakło zapa­sów, więc przymierali głodem.

Pełno też żebraków roiło się koło straganów z żywnością. Pierwszym jednak przedmiotem, jaki zwrócił uwagę dzieci, była głowa ludzka za­tknięta na wysokim bambusie wkopanym w środku rynku. Twarz tej głowy była wy­schnięta i prawie czarna, natomiast włosy na czaszce i bro­dzie białe jak mleko. Jeden z żołnierzy objaśnił Idrysa, że to jest głowa Gor­dona. Stasia, gdy to usłyszał, ogar­nął niezgłę­biony żal, obu­rze­nie i paląca chęć ze­msty, a zarazem prze­strach zmroził mu krew w żyłach. Tak więc skończył ów bohater, ów rycerz bez skazy i bojaź­ni, człowiek przy tym sprawie­dliwy i dobry, kochany nawet w Sudanie. I Anglicy nie przyszli mu na czas z pomocą, a potem cofnęli się pozo­sta­wiając jego zwłoki bez chrześci­jańskiego pogrzebu, na pohańbienie! Staś stra­cił w tej chwili wiarę w Angli­ków. Do­tychczas mniemał naiw­nie, że Anglia za najmniejszą krzywdę wyrządzoną jednemu z jej oby­wateli go­towa jest za­wsze do wojny z całym świa­tem. Na dnie du­szy ta­iła mu się nadzieja, że i w obronie córki Rawli­sona ru­szą, po nieudanej pogoni, groźne zastępy an­gielskie, choćby do Chartumu i da­lej. Te­raz prze­konał się, że Char­tum i cały kraj jest w ręku Mahdiego i że rząd egipski również jak An­glia myślą raczej o tym, jakby obronić Egipt przed dal­szymi zabo­rami, nie zaś o wydo­byciu z niewoli jeń­ców europejskich.

Zrozumiał, że oboje z Nel wpadli w przepaść, z której nie masz wyjścia – i te myśli, w połącze­niu z okropnościami, jakie widział na uli­cach Omdur­manu, przybiły go ostatecznie. Zwykłą mu energię zastąpiło na chwilę zupełnie bierne poddanie się losowi i bojaźń przy­szłości. Tym­czasem począł prawie bezmyślnie rozglądać się po rynku i po straganach, przy któ­rych Idrys targował się o żyw­ność. Prze­kupnie, głównie zaś kobiety sudańskie i Murzynki, sprzeda­wały tu dżiuby, to jest białe płócienne chałaty ponaszywane w różno­kolo­rowe płatki, gumę aka­cjową, wy­drążone tykwy, paciorki szklane, siarkę i wszelkiego rodzaju maty. Straganów z żyw­nością było mało i naokół wszyst­kich cisnęły się tłumy. Ma­hdyści ku­powali po wygóro­wa­nych cenach przeważnie suszone paski mięsa z by­dła domowego tudzież z ba­wo­łów, antylop i ży­raf. Dak­tyli, fig, manioku i durry brakło zupeł­nie. Sprzedawano tylko gdzieniegdzie wodę z miodem dzi­kich pszczół i ziarna dochnu rozmo­czone w odwa­rze z owoców tamaryndy. Idrys wpadł w roz­pacz, pokazało się bowiem, że wobec cen tar­go­wych wyda wkrótce wszystkie otrzymane od Fatmy Sma­inowej pieniądze na życie, a potem będzie musiał chyba żebrać. Na­dzieję miał teraz tylko w Smainie i rzecz szcze­gólna, że i Staś liczył obecnie jedynie na po­moc Smaina.

Po upływie godziny wrócił Nur–el–Tadhil od kalifa Abdullahiego. Widocznie spotkała go tam jakaś niemiła przy­goda, gdyż wrócił w złym hu­mo­rze. Toteż gdy Idrys zapytał go, czy nie do­wiedział się czego o Smainie, odrzekł opryskliwie:

Głupcze, czy myślisz, że kalif i ja nie mamy nie lepszego do roboty, jak szukać dla ciebie Smaina?

Więc co teraz ze mną zrobisz?

Rób sobie, co chcesz. Przenocowałem cię w domu moim i udzieliłem ci kilku dobrych rad, a teraz nie chcę o tobie nic wiedzieć.

To dobrze, ale gdzie ja się na noc podzieję?

Wszystko mi jedno.

I tak mówiąc zabrał żołnierzy i poszedł. Idrys zaledwie go uprosił, żeby mu odesłał na rynek wielbłądy i resztę kara­wany wraz z tymi Ara­bami, którzy przyłączyli się do niej między Assu­anem a Wadi–Halfa. Ludzie ci nadeszli dopiero w połu­dnie i następnie pokazało się, że wszy­scy ra­zem wzięci nie wiedzą, co mają począć. Dwaj Beduini jęli się kłó­cić z Idry­sem i Gebh­rem twierdząc, że ci obiecywali im zgoła inne przyjęcie i że ich oszukali. Po długich sporach i naradach po­stanowili wreszcie zbudować na krańcu miasta szałasy z gałęzi i trzciny dochnu, by za­pewnić sobie na noc schro­nienie, a resztę zdać na wolę opatrzności i – czekać.

Po zbudowaniu szałasów, która to czynność nie zabiera wcale Sudańczykom i Murzynom dłuższego czasu, udali się wszyscy prócz Cha­misa, który miał sporządzić wieczerzę, na miej­sce modłów publicznych. Łatwo im było trafić, gdyż dą­żyły tam tłumy z całego Omdur­manu. Plac był obszerny, okolony płotem cierniowym, a w części glinianym parkanem, który poczę­to niedawno le­pić. W środku wznosiło się drew­niane pod­wyższenie. Pro­rok wstępował na nie wówczas, gdy chciał nauczać lud. Przed podwyż­szeniem ro­zesłano na ziemi skóry owcze dla Ma­hdiego, dla ka­lifów i znako­mitych sze­ików. Po bokach pozatykane były chorągwie emirów, które łopotały na wietrze, mieniąc się i grając wszelkimi bar­wami jak wielkie kwiaty. Cztery strony placu otaczały zbite szeregi derwiszów. Naokół widać było ster­czący, nie­przeliczony las dzid, w które byli uzbrojeni wszyscy niemal wojownicy.

Było to prawdziwe szczęście dla Idrysa i Gebhra oraz innych uczestników karawany, że poczy­tani za orszak jed­nego z emirów, mogli prze­do­stać się do pierwszych rzędów zgromadzonego tłumu. Przybycie Mahdiego oznajmiły najprzód piękne i uroczyste dźwięki umbai, lecz gdy uka­zał się na placu, rozległy się przeraźliwe głosy piszczałek, huk bębnów, grzechot kamieni potrząsa­nych w pu­stych tykwach i świ­stanie na sło­niowych przed­nich zębach, co wszystko ra­zem uczyniło piekielny hałas. Tłumy ogarnął nieopisany zapał. Jedni rzucali się na kolana, inni wrzesz­czeli co sił: "O, zesłany od Boga! o, zwycięski! o, litościwy! o, łaskawy!" Trwało to do­póty, dopóki Mahdi nie wstąpił na kazalnicę. Wów­czas za­padła cisza śmier­telna, on zaś podniósł ręce, przyłożył wiel­kie palce do uszu i przez jakiś czas modlił się.

Dzieci nie stały daleko i mogły mu się dobrze przypatrzyć. Był to człowiek w średnim wieku, dziwnie otyły, jakby roz­puchnięty, i pra­wie czar­ny. Staś, który miał wzrok nadzwyczaj bystry, dostrzegł, że twarz jego była tatuowana. W jednym uchu nosił dużą ob­rączkę z kości sło­nio­wej. Przy­brany był w białą dżiubę i białą krymkę na głowie, a nogi miał bose, gdyż wstępując na podwyższe­nie zrzucił czerwone ciżmy i zosta­wił je przy skó­rach owczych, na których miał się na­stępnie modlić. W ubiorze jego nie było naj­mniejszego zbytku. Tylko chwi­lami wiatr przy­nosił od niego mocny zapach sanda­łowy,11 który wierni chciwie wciągali w nozdrza, prze­wracając przy tym z rozko­szy oczyma. W ogóle Staś wy­obra­żał so­bie inaczej strasznego pro­roka, grabieżcę i mordercę tylu tysięcy ludzi, i pa­trząc teraz na tę tłu­stą twarz z ła­god­nym wej­rze­niem, z załza­wio­nymi oczyma i z uśmiechem jakby do ust przyro­słym, nie mógł po prostu wyjść ze zdziwie­nia. My­ślał, że taki człowiek po­wi­nien nosić na ra­mionach głowę hieny lub krokodyla, a wi­dział natomiast przed sobą py­zatą dynię, po­dobną do rysunków przed­sta­wia­ją­cych księżyc w pełni.

Lecz prorok rozpoczął naukę. Głęboki i dźwięczny głos jego słychać było doskonale na całym placu, tak że każde słowo docho­dziło do uszu wier­nych. Mówił naprzód o karach, jakie Bóg wymierza tym, którzy nie słuchają przepi­sów Ma­hdiego, lecz zatajają łupy, upi­jają się merisą, kradną, oszczędzają w bitwach nieprzyjaciół i palą tytuń. Z powodu tych zbrodni Al­lach zsyła na grzeszni­ków głód i tę chorobę, która zmie­nia twarz w pla­ster miodu.12 Do­czesne życie jest jak dziurawy bukłak na wodę. Bogactwo i roz­kosze wsiąkają w piasek, który zasypuje zmar­łych. Jedynie wiara jest jako krowa dająca słodkie mleko. Ale raj otworzy się tylko dla zwy­cięzców. Kto zwycięża nie­przyja­ciół, zdo­bywa so­bie zba­wienie. Kto umiera za wiarę, zmar­twychwstaje na wieczność. Szczęśliwi, stokroć szczę­śliwi ci, którzy już pole­gli!...

Chcemy umrzeć za wiarę! – odpowiedziały jednym gromkim okrzykiem tłumy.

I na chwilę wszczął się znów piekielny hałas. Ozwały się głosy umbai i bębnów. Wojownicy uderzali mieczami o miecze i dzidami o dzidy. Za­pał wojenny szerzył się jak płomień: Niektó­rzy wołali: "Wiara jest zwycięska!", inni: "Przez śmierć do raju!" Staś zrozu­miał teraz, dla­cze­go tym dzi­kim zastępom nie mogły się oprzeć wojska egipskie.

Gdy uciszyło się nieco, prorok znów zabrał głos. Opowiadał o widzeniach, jakie miewa, i – o posłannictwie, jakie od Boga otrzy­mał. Oto Al­lach ka­zał mu oczyścić wiarę i rozszerzyć po ca­łym świecie. Kto go nie uzna za Mahdiego, odkupi­ciela, ten skazany jest na za­tracenie. Ko­niec świata już bliski, ale przedtem obowiązkiem wiernych jest pod­bić Egipt, Mekkę i wszyst­kie te krainy, w których za morzami żyją poga­nie. Ta­ka jest wola boża i nic nie zdoła jej zmie­nić. Dużo jeszcze krwi popłynie, wielu wojowników nie wróci do żon i dzieci, pod swe na­mio­ty, ale szczę­ścia tych, którzy le­gną, żaden język ludzki nie zdoła wysłowić.

Po czym wyciągnął ręce ku zgromadzonym i tak skończył:

Więc oto ja, odkupiciel i sługa Boży, błogosławię wojnę świętą i was, wojownicy. Błogosła­wię wasze trudy, rany, śmierć, błogo­sła­wię zwy­cię­stwo i płaczę z wami jak ojciec, który was umiłował...

I rozpłakał się. Ryk i wrzawa rozległy się, gdy zstępował z kazalnicy. Płacz stał się powszech­ny. Na dole dwaj kali­fowie, Abdullahi i Ali–uled–Helu, wzięli proroka pod ręce i wprowadzili na owcze skóry, na których klęknął. Przez tę krótką chwilę Idrys wypytywał go­rącz­kowo Sta­sia, czy wśród emirów nie ma Smaina.

Nie! – odrzekł chłopiec, który na próżno szukał oczyma znajomej twarzy. – Nie widzę go nig­dzie. Może poległ przy zdo­byciu Char­tumu.

Modlitwy trwały długo. Mahdi rzucał podczas nich rękoma i nogami jak pajac lub wznosił w zachwycie oczy powta­rzając: "Oto on! oto on!", i słoń­ce poczęło już chylić się ku zachodowi, gdy podniósł się i poszedł ku domowi. Dzieci mogły się teraz przekonać, jaką czcią ota­czają der­wi­sze swego proroka, albowiem całe gromady ludzi rzuciły się w jego ślady i roz­drapywały ziemię w tych miejscach, któ­rych do­tknęły jego sto­py. Dochodziło przy tym do kłótni i bitew, a wierzono, że ziemia taka zabezpiecza zdrowych i uzdrawia chorych.

Plac modlitwy opróżniał się z wolna. Idrys sam nie wiedział, co z sobą zrobić, i już chciał wraz z dziećmi i z całą cze­redą wrócić na noc do sza­łasów i Chamisa, gdy niespodzianie sta­nął przed nimi ten sam Grek, który rano dał po talarze i po garści daktyli Sta­siowi i Nel.

Mówiłem o was z Mahdim – rzekł po arabsku i prorok chce was widzieć.

Dzięki Allachowi i tobie, panie – zawołał Idrys. – Zali przy boku Mahdiego odnajdziemy i Smaina?

Smain jest w Faszodzie – odpowiedział Grek.

Po czym zwrócił się w języku angielskim do Stasia:

Być może, że prorok weźmie was w opiekę, gdyż starałem się go na to namówić. Powiedzia­łem mu, że sława jego miło­sierdzia ro­zej­dzie się wów­czas wśród wszystkich białych narodów. Tu dzieją się straszne rzeczy i bez jego opieki zginie­cie niezawodnie z głodu, z niewy­gód, z cho­rób lub z ręki szaleńców. Ale musicie sobie go zjednać, a to zależy od ciebie.

Co mam czynić, panie? – zapytał Staś.

Naprzód, gdy staniesz przed nim, rzuć się na kolana, a jeśli poda ci rękę, to ją ze czcią uca­łuj i błagaj go, by was oboje wziął pod swoje skrzy­dła.

Tu Grek przerwał i zapytał:

Czy nikt z tych ludzi nie rozumie po angielsku?

Nie. Chamis został w szałasie, Idrys i Gebhr rozumieją tylko kilka pojedynczych słów – a inni i tego nie.

To dobrze. Więc słuchaj dalej, albowiem trzeba wszystko przewidzieć. Otóż Mahdi zapyta cię prawdopodobnie, czy go­tów jesteś przy­jąć je­go wiarę. Odpowiedz na to natychmiast, że tak – i że na jego widok od pierwszego rzutu oka spły­nęło na ciebie nieznane światło ła­ski. Za­pa­mię­taj so­bie: "Nieznane światło łaski!..." To mu pochlebi i zali­czy cię może do mula­zemów, to jest do swych sług osobistych. Będzie­cie mie­li wów­czas do­statek i wszelkie wy­gody, które uchronią was od chorób... Gdybyś postąpił inaczej, naraził­byś siebie, to małe biedac­two, a na­wet i mnie, który chce waszego do­bra. Ro­zumiesz?

Staś zacisnął zęby i nie odrzekł nic, tylko twarz mu skrzepła i oczy zaświeciły ponuro, co wi­dząc Grek tak mówił dalej:

Ja wiem, mój chłopcze, że to jest rzecz przykra. ale nie ma innej rady! Ci, którzy ocaleli po rzezi w Chartumie, wszyscy przyjęli na­ukę Ma­hdiego. Nie zgodziło się na to kilku katolików misjonarzy i kilka zakonnic, lecz to jest co innego. Koran zabrania mordo­wać kapłanów, więc choć los ich jest straszny, nie grozi im przynajmniej śmierć. Na­tomiast dla świec­kich ludzi nie było innego ra­tunku. Powtarzam ci, że wszy­scy przyjęli mahometa­nizm: Niemcy, Włosi; Koptowie, Anglicy, Grecy... ja sam...

I tu, jakkolwiek Staś upewniał go, że nikt w gromadzie nie rozumie po angielsku, zniżył jed­nakże głos:

Nie potrzebuję ci przy tym mówić, że to nie jest żadne zaparcie się wiary, żadna zdrada, żad­ne odstępstwo. W du­szy każdy po­został tym, czym był, i Bóg to widzi... Przed przemocą trze­ba się ugiąć, choćby pozornie... Obowiąz­kiem czło­wieka jest bronić ży­cia, i byłoby szaleń­stwem, a na­wet grzechem narażać je – dla czego? Dla pozorów, dla kilku słów, których jedno­cześnie możesz się w duszy za­przeć? A ty pa­mię­taj, że masz w ręku życie nie tylko swoje, ale i życie swo­jej małej towarzyszki, którym nie wolno ci rozporządzać. Oczywiście!... Mogę ci za­rę­czyć, że jeśli Bóg wybawi cię kiedy z tych rąk, to ani sam sobie nie będziesz miał nic do za­rzucenia, ani nikt nie będzie ci ro­bił zarzu­tów – tak samo jak i nam wszystkim.

Grek mówiąc w ten sposób oszukiwał może własne sumienie, ale oszukało go także i milcze­nie Stasia, w końcu bowiem poczytał je za prze­strach. Postanowił więc dodać chłopcu otu­chy.

Oto domy Mahdiego – rzekł. – Woli on mieszkać w tych drewnianych budach w Omdurma­nie niż w Chartumie, chociaż tam mógłby za­jąć pa­łac Gordona. No, śmiało! Nie trać głowy! Na pytania odpowiadaj rezolutnie. Oni cenią tu odwagę. Nie myśl też, że Mahdi ryk­nie za­raz na ciebie jak lew. Nie! On uśmiecha się zawsze – nawet wtedy, kiedy nie zamyśla nic do­brego.

I to rzekłszy począł wołać na gromady stojące przed domem, by rozstąpiły się przed "gośćmi" proroka.

 

 

Rozdział 18

Gdy weszli do izby, Mahdi leżał na miękkim tapczanie, otoczony przez żony, z których dwie wachlowały go wielkimi stru­simi pió­rami, inne dwie drapały mu lekko podeszwy u nóg. Prócz żon byli obecni tylko: kalif Abdullahi i kalif Szeryf, gdyż trzeci, Ali–uled–Helu, wy­prawiał w tym cza­sie wojska na północ, a mianowicie do Berberu i Abu–Ham­med, które już przed­tem zostały zdobyte przez derwi­szów. Na wi­dok wcho­dzą­cych pro­rok od­sunął żony i siadł na tapczanie. Idrys, Ge­bhr i dwaj Beduini pa­dli na twa­rze, a po­tem uklękli ze skrzyżo­wanymi na piersiach rę­ko­ma. Grek skinął na Stasia, by uczynił to samo, ale chłopiec udając, że tego nie wi­dzi, skłonił się tylko i pozostał wypro­sto­wany. Twarz mu zbladła, ale oczy świeciły mocno i z całej jego postawy i podniesio­nej hardo do góry głowy, z za­ci­śniętych ust, łatwo było po­znać, że coś prze­ważyło się w nim, że niepew­ność i oba­wa przeszły, że po­wziął ja­kieś nie­ugięte po­stanowie­n­ie, od któ­rego za nic nie od­stąpi. Grek zrozu­miał to wi­docznie, gdyż wielki niepokój od­bił się w jego ry­sach. Mahdi objął oboje dzieci prze­lot­nym spojrze­niem, rozja­śnił swą tłu­stą twarz zwy­kłym uśmie­chem, po czym zwró­cił się na­przód do Idrysa i Ge­bhra.

Przybyli­ście z dale­kiej półno­cy – rzekł.

Idrys ude­rzył czołem o ziemię.

Tak jest, o Mahdi! Należymy do pokole­nia Danga­lów, przeto porzucili­śmy nasze domy w Fa­jumie, aby klęknąć u twoich błogo­sławio­n­ych stóp.

Widziałem was w pu­styni. Straszna to droga, ale posłałem anioła, któ­ry was strzegł i ochraniał od śmierci z ręki nie­wiernych. Wy­ście go nie wi­dzieli, ale on czu­wał nad wami.

Dzięki ci, odkupicie­lu.

I przy­wieźliście Smainowi te dzieci, aby je za­mienił na własne, któ­re Turcy uwięzili wraz z Fat­mą w Port–Saidzie.

Tobie chcieliśmy służyć.

Kto mnie służy, służy własnemu zbawieniu, więc otwo­rzyliście so­bie drogę do raju. Fat­ma jest moją krew­ną... Ale za­prawdę mó­wię wam, że gdy podbiję cały Egipt, wówczas krewna moja i jej potomstwo odzyskają i tak wol­ność.

A więc uczyń z tymi dzieć­mi, co chcesz, bło­gosławiony!...

Mahdi przy­mknął po­wieki, po­tem je otwo­rzył, uśmiechnął się dobrotli­wie i skinął na Stasia:

Zbliż się tu, chłop­cze.

Staś postą­pił kilka kroków energicz­nym, jakby żołnierskim chodem, skłonił się po raz dru­gi, potem wyprężył się jak struna i pa­trząc wprost w oczy Mah­diego cze­kał.

Czy radzi jesteście, że przyjechali­ście do mnie? – za­pytał Mah­di.

Nie, pro­roku. Zosta­liśmy po­rwani mimo naszej woli od naszych ojców.

Prosta ta odpowiedź uczyniła pewne wra­żenie i na przywykłym do po­chlebstw władcy, i na obecnych. Kalif Abdul­lahi zmarsz­czył brwi. Grek przy­gryzł wąsy i począł wyła­mywać so­bie palce, Mahdi jed­nakże nie przestał się uśmie­chać.

Ale – rzekł – je­steście za to u źródła prawdy. Czy chcesz na­pić się z tego źródła?

Nastała chwila mil­czenia, więc Mahdi są­dząc, że chłopiec nie zrozu­miał pyta­nia, powtó­rzył je wy­raźniej:

Czy chcesz przyjąć moją na­ukę?

Na to Staś ręką, którą trzymał przy piersiach, zrobił nie­znacznie znak krzyża świętego, jakby z to­nącego okrętu miał sko­czyć w odmęt wod­ny.

Proroku – rzekł – two­jej nauki nie znam, więc gdy­bym ją przyjął, uczyniłbym to tylko ze strachu jak tchórz i czło­wiek podły. A czyż za­leży ci na tym, by wiarę twoją wy­znawali tchórze i lu­dzie podli?

I tak mó­wiąc patrzył wciąż wprost w oczy Mah­diego. Uczyniła się taka cisza, że słychać było brzę­czenie much. Lecz stała się za­ra­zem rzecz nad­zwy­czaj­na. Oto Mahdi zmie­szał się i na razie nie umiał zna­leźć odpo­wiedzi. Uśmiech zniknął mu z twarzy, na której odbi­ło się za­kło­pota­nie i nie­chęć. Wyciągnąw­szy rękę wziął tykwę napełnioną wodą z mio­dem i po­czął pić, ale widocznie dlatego tyl­ko, by zy­skać na cza­sie i po­kryć zmie­szanie.

A dzielny chłopak, nieodrodny potomek obrońców chrześcijań­stwa, prawa krew zwy­cięzców spod Choci­mia i Wied­nia, stał z podnie­sio­ną gło­wą czekając wyroku. Na wychu­dłych, opa­lonych przez pu­stynny wi­cher policz­kach wykwi­tły mu ja­sne rumień­ce, oczy roz­błysły, a cia­łem wstrzą­snął dreszcz za­pału. "Oto – mówił sobie – wszyscy inni przyjęli jego na­ukę, a jam nie zaparł się wiary ni du­szy". I lęk przed tym, co mo­gło i miało na­stą­pić, przy­taił mu się w tej chwili w sercu, a na­tomiast zalała je ra­dość i duma.

A tymcza­sem Mahdi postawił ty­kwę i zapy­tał:

Więc od­rzucasz moją na­ukę?

Jestem chrześcija­ninem jak mój ojciec...

...........................................................................br>

Kto zamy­ka uszy na głos boży – rzekł z wol­na, zmie­nionym gło­sem Mahdi – jest tylko drzewem na opał.

Na to – zna­ny ze sro­gości i okrucień­stwa kalif Abdullahi zabłysnął swymi bia­łymi zębami jak dziki zwierz i ozwał się:

Zuchwała jest mowa tego chłop­ca, przeto ukarz go, panie, lub pozwól, abym uka­rał go ja.

"Stało się!" – pomyślał Staś.

Lecz Mahdi pragnął za­wsze, by sława jego miłosier­dzia rozcho­dziła się nie tylko mię­dzy derwi­szami, ale i w całym świe­cie, po­my­ślał więc, że wy­rok zbyt su­rowy, zwłaszcza na małego jeszcze chłopca, mógłby za­szkodzić tej sławie.

Przez chwi­lę przesu­wał paciorki różańca i myślał, a następnie rzekł:

Nie. Te dzieci po­rwano dla Smaina, więc choć ja w żadne układy z niewiernymi wchodzić nie będę, trzeba ode­słać je Smainowi. Taka jest wola moja.

Stanie się wedle niej – odpowie­dział kalif.

Lecz Mahdi wskazał mu Idrysa, Ge­bhra i Be­duinów:

Tych lu­dzi nagródź ode mnie, o Abdullahi, albowiem wielką i nie­bezpieczną odbyli po­dróż, aby służyć Bogu i mnie.

Po czym skinął na znak, że po­słuchanie skończone, a zarazem rozkazał Grekowi, by wyszedł tak­że. Ów, gdy znalazł się znowu w ciemno­ściach na placu mo­dlitw, schwycił za ramię Sta­sia i począł nim potrzą­sać z gnie­wem i roz­paczą.

Przeklęty! zgubiłeś to dziecko nie­winne – mó­wił wskazu­jąc na Nel – zgubiłeś siebie, a może i mnie.

Nie mo­glem ina­czej – odpo­wiedział Staś.

Nie mo­głeś! Wiedz, że skazani jesteście na drugą po­dróż sto­kroć gorszą od pierw­szej. I to jest śmierć – rozu­miesz? W Faszo­dzie febra za­bije was w ciągu tygodnia. Mahdi wie, dlaczego wysyła was do Smaina.

W Omdur­manie po­marlibyśmy także.

Niepraw­da! Nie po­marlibyście w domu Mahdiego, w dostatku i wygodach. A on gotów był wziąć was pod swoje skrzy­dła. Wiem, że był go­tów. Odpła­ciłeś się także do­brze i mnie za to, żem się za was wstawiał. Ale róbcie teraz, co chcecie! Abdullahi wysyła pocztę wiel­błą­dzią za ty­dzień do Faszody, a przez ten ty­dzień rób­cie, co chcecie! Nie zo­baczycie mnie wię­cej!...

I to powie­dziawszy odszedł, ale po chwili znów wró­cił. Był wie­lomówny jak wszyscy Grecy i po­trzebował się wyga­dać. Chciał wy­lać żółć, któ­ra się w nim zebra­ła, na głowę Stasia. Nie był okrutny i nie miał złego serca, pragnął jed­nakże, by chłopiec zrozumiał jeszcze do­kład­niej okro­pną odpowie­dzialn­ość, jaką wziął na sie­bie nie po­słuchawszy jego rad i prze­stróg.

Kto by ci zabronił zo­stać w du­szy chrze­ścijaninem? – mówił. – Myślisz, że ja nim nie jestem? Ale nie jestem głup­cem. Tyś zaś wo­lał się po­pi­sać ze swym fał­szywym bo­haterstwem. Oddawałem dotąd wiel­kie usługi białym jeń­com, a teraz nie będę mógł ich oddawać, bo Ma­hdi za­gnie­wał się i na mnie. Wszy­scy poginą. A twoja mała towa­rzyszka nie­doli na pew­no! Zabiłeś ją! W Faszo­dzie dorośli na­wet Euro­pej­czycy gi­ną z fe­bry jak muchy, a cóż dopie­ro takie dziecko. A jeśli każą wam iść piechotą przy ko­niach i wiel­błądach, to ona padnie pierw­szego dnia. To tyś tego naro­bił. Cieszże się te­raz... ty chrze­ści­janinie!

I oddalił się, a oni skręcili z placu mo­dlitwy przez ciemne uliczki ku szałasom. Szli długo, gdyż miasto było rozcią­gnięte na ogrom­nej prze­strze­ni. Nel, zbie­dzona przez trudy, głód, bojaźń i okropne wrażenia ca­łego dnia, poczęła ustawać. Idrys i Ge­bhr napę­dzali ją, by szła prę­dzej. Lecz po pewnym czasie nogi omdlały zu­pełnie pod nią. Wtedy Staś wziął ją bez na­mysłu na ręce i niósł. Po drodze chciał do niej mó­wić, chciał ślę uspra­wiedli­wić przed nią, że nie mógł ina­czej po­stą­pić, ale my­śli zdrętwia­ły i jakby ob­umarły mu w gło­wie, tak że po­wtarzał tylko w kół­ko: "Nel! Nel! Nel!" – i tulił ją do siebie nie mogąc nic więcej po­wiedzieć. Po kilku­dziesięciu krokach Nel usnęła mu z wyczerpa­nia na ręku, więc szedł w milczeniu wśród ciszy uśpionych uliczek przerywanej tylko roz­mową Idry­sa i Gebhra.

A ich serca przepełniała radość, co było rzeczą pomyślną dla Stasia, inaczej bo­wiem może by znowu chcieli uka­rać go za zu­chwałe od­po­wie­dzi Mahdiemu. Byli jednak tak zajęci tym, co ich spotkało, że nie mogli myśleć o czym in­nym.

Czułem się chory – mówił Idrys – ale widok proroka uzdrowił mnie.

Jest on jak palma na pustyni i jako zimna woda w dzień upal­ny, a słowa jego są jako dojrzałe daktyle – odpowie­dział Gebhr.

Kłamał Nur–el–Ta­dhil mó­wiąc, że on nie dopuści nas przed swe oblicze. Dopuścił, pobłogosła­wił i kazał nas obda­rzyć Abdul­la­hiemu.

Który ob­darzy nas hojnie, al­bowiem wola Mah­diego jest święta.

Bismil­lach! Nie­chaj tak bę­dzie, jak mówisz! – ozwał się je­den z Bedu­inów.

A Gebhr po­czął marzyć o całych stadach wielbłądów, bydła roga­tego, koni i o workach pełnych piastrów.

Z tych ma­rzeń rozbu­dził go Idrys, który wskazawszy na Stasia niosącego uśpioną Nel zapytał:

A co uczynimy z tym szer­szeniem i z tą muchą?

Ha! Sma­in powinien wynagro­dzić nas za nich osob­no.

Skoro prorok mówi, że na żadne ukła­dy z nie­wiernymi nie pozwoli, to Smaino­wi nic już na nich nie zależy.

W takim razie żałuję, że nie do­stali się w ręce kalifa, który byłby nauczył tego szcze­niaka, co to jest szcze­kać przeciw prawdzie i bo­żemu wy­brań­cowi.

Mahdi jest miło­sierny – od­powiedział Idrys.

Po czym za­stanowił się przez chwilę i rzekł:

Jednakże Smain ma­jąc oboje w ręku będzie pewien, że ani Turcy, ani Anglicy nie zabiją jego dzieci i Fatmy.

Więc może nas wynagrodzi?

Tak. Niech ich poczta Ab­dullahiego zabierze so­bie do Fa­szody. Nam spadnie cię­żar z głowy. A gdy Sma­in tu po­wró­ci, upomni­my się u niego o za­płatę.

Mówisz zatem, że pozostanie­my w Omdurma­nie?

Allach! Nie dość ci drogi z Fa­jumu do Chartumu? Przyszedł czas na od­poczynek.

Szałasy były już nie­daleko. Staś jednak zwolnił kro­ku, bo i jego siły poczęły się wyczerpy­wać. Nel, jakkolwiek lekka, cią­ży­ła mu coraz bar­dziej. Su­dańczy­cy, którym pilno było do snu, krzyczeli na niego, by pośpieszał, a następnie popędzali go bijąc ku­łakami po głowie. Ge­bhr ukłuł go nawet boleśnie nożem w ło­patkę. Chło­pak znosił to wszystko w milcze­niu, ochra­niając przede wszyst­kim swą małą sio­strzycz­kę, i do­pie­ro gdy je­den z Bedu­inów pchnął go tak, że o mało nie upadł, rzekł im przez za­ciśnięte zęby:

Mamy żywi doje­chać do Fa­szody.

I słowa te powstrzy­mały Ara­bów, albo­wiem bali się przestą­pić rozkazu Mahdiego. Jeszcze skuteczniej powstrzy­mało ich jednak to, że Idrys do­stał nagle zawrotu gło­wy tak sil­nego, że musiał wes­przeć się na ramieniu Gebhra. Po chwili za­wrót prze­szedł, ale Sudańczyk prze­stra­szył się i rzekł:

Allach! coś ze mną niedobrze. Czy nie chwyta mnie jaka choroba?

Widziałeś Mahdiego, więc nie za­chorujesz – odpowie­dział Gebhr.

Doszli wreszcie do szałasów. Staś, go­niąc reszt­kami sił, oddał uśpioną Nel w ręce sta­rej Dinah, która, lubo także nie­zdrowa, wy­mo­ściła jed­nak dla swej pa­nienki dość wygodne posłanie. Sudańczycy i Beduini połknąwszy po kilka pa­sków suro­wego mięsa rzucili się jak kloce na woj­łoki. Stasiowi nie dano nic do jedzenia – tylko stara Dinah wsu­nęła mu w rękę garść rozmoczo­nej durry, której pew­ną ilość wy­kra­dła wiel­błą­dom. Ale jemu nie było ani do snu, ani do jedzenia.

Brzemię bo­wiem, które zaciążyło na jego ramio­nach, było istotnie zbyt ciężkie. Czuł oto, że odrzuciwszy łaskę Mah­diego, za którą trzeba było za­pła­cić zapar­ciem się wiary i du­szy, postą­pił, jak był powinien, czuł, że oj­ciec byłby z jego po­stępku dumny i uszczę­śli­wiony, a jed­no­cze­śnie myślał, że zgubił Nel, towa­rzyszkę nie­doli, małą ukochaną siostrzycz­kę, za którą byłby chęt­nie oddał ostatnią kroplę krwi.

Więc gdy wszyscy po­snęli, po­rwał go ogromny płacz – i le­żąc na ka­wałku woj­łoku płakał długo jak dziecko, którym osta­tecznie był jesz­cze.

 

 

Rozdział 19

Odwiedziny u Mahdiego i rozmowa z nim widocz­nie nie uzdrowiły Idrysa, gdyż w nocy jesz­cze zacho­rzał ciężko, rano był już nie­przy­tom­ny. Cha­mis, Gebhr i dwaj Bedu­ini zostali wezwani do kalifa, który trzymał ich kilka godzin i wychwalał ich odwagę. Ale wrócili w najgor­szych hu­morach i ze złością w duszy, spo­dziewali się bowiem Bóg wie ja­kich na­gród, a tym­czasem Ab­dullahi dał na każdego po funcie egipskim i po koniu.

Beduini roz­poczęli kłót­nię z Gebh­rem, w któ­rej o mało nie przyszło do bitki, w końcu oświadczyli, że pojadą wraz z pocz­tą wielbłą­dzią do Fa­szody, by upomnieć się u Sma­ina o zapła­tę. Przyłą­czył się do nich Cha­mis, który spodzie­wał się, że pro­tekcja Sma­ina więcej mu przy­nie­sie ko­rzyści niż pobyt w Omdurma­nie.

Dla dzieci rozpoczął się tydzień głodu i nę­dzy, gdyż Gebhr ani myślał ich żywić. Na szczęście Staś posia­dał dwa ta­lary z Marią Te­resą, któ­re do­stał od Greka, po­szedł więc na miasto kupić dakty­lów i ryżu. Sudańczycy nie sprzeci­wiali się wcale tej wycieczce wiedząc, że z Omdur­ma­nu nie można już uciec i że w żadnym ra­zie nie opu­ściłby małej bint. Nie obyło się jednak bez przygód, al­bowiem wi­dok chłop­ca w euro­pej­skim ubra­niu ku­pują­cego na rynku żyw­ność ściągnął znowu gro­mady pół­dzikich der­wiszów, któ­re przyjmo­wały go śmie­chem i wyciem. Na szczę­ście wielu wi­działo, że wczo­raj był u Ma­hdie­go, i ci wstrzymy­wali tych, którzy chcieli się na niego po­rwać. Tyl­ko dzieci rzucały nań pia­skiem i ka­mie­nia­mi, ale on na to wcale nie zważał.

Na rynku ceny były wygórowa­ne. Dakty­lów nie mógł Staś dostać zu­pełnie, a znaczną część ryżu odebrał mu "dla chore­go brata" Ge­bhr. Chło­piec opierał się temu z całej siły, wsku­tek czego skończyło się na szar­paninie i bi­twie, z któ­rych oczy­wiście słab­szy wyszedł z mnó­stwem siń­ców i gu­zów. Okaza­ło się przy tym i okru­cieństwo Chamisa. Okazywał on przywią­zanie tylko do Saby i karmił go su­rowym mię­sem. Natomiast na nędzę dzieci, które znał prze­cie od dawna i które za­wsze były dla niego dobre, pa­trzył z naj­większą obojętno­ścią, a gdy Staś zwrócił się do nie­go z proś­bą, by przy­najm­niej Nel udzielał trochę po­karmu, od­powiedział śmiejąc się:

Idź że­brać.

I doszło na koniec do tego, że Staś w na­stępnych kilku dniach, chcąc rato­wać Nel od głodowej śmierci – żebrał. Nie zaw­sze było to bez­sku­te­czne. Cza­sem jakiś dawny żoł­nierz lub oficer egip­skiego che­dywa dał mu parę piastrów lub kilka fig suszonych i obie­cał wspomóc go jesz­cze nazajutrz. Raz trafił na misjonarza i siostrę mi­łosierdzia, któ­rzy wy­słu­chawszy jego historii zapłakali nad losem obojga dzieci – i lubo sa­mi wy­cieńczeni gło­dem, po­dzielili się z nim wszyst­kim, co mieli. Obie­cali mu też odwiedzić ich w szała­sach i naza­jutrz przy­szli rze­czy­wi­ście w na­dziei, że może uda się im za­brać dzieci, aż do czasu wyruszenia pocztą, do siebie. Ale Gebhr z Chamisem przepędzili ich korba­czami. Na­za­jutrz Staś spotkał ich jednak zno­wu i dostał od nich miarkę ryżu oraz dwa proszki chi­niny, które misjonarz polecił mu za­chować jak najsta­ran­niej, w przewidywa­niu, że w Fa­szodzie niechybnie czeka ich oboje fe­bra.

Pojedzie­cie teraz – mówił – wzdłuż roz­lewisk Bia­łego Nilu, czyli wśród tak zwanych suddów. Rzeka nie mogąc pły­nąć swo­bodnie przez za­to­ry utworzone z roślin i z li­ści, które prąd wody znosi i osa­dza w płyt­szych miej­scach, two­rzy tam ob­szerne i za­raźliwe bło­ta, wśród któ­rych fe­bra nie oszczędza nawet Mu­rzynów. Strzeżcie się szcze­gólniej noc­legów bez ognia, na gołej ziemi.

My byśmy już chcieli umrzeć – odpowie­dział prawie z jękiem Staś.

Na to misjo­narz pod­niósł swą wynędzniałą twarz i przez chwilę mo­dlił się, po czym prze­żegnał chłopca i rzekł:

Ufaj w Bogu. Nie wyparłeś się Go, więc miłosier­dzie Jego i opieka bę­dzie nad tobą.

Staś próbo­wał nie tyl­ko żebrać, ale i praco­wać. Widząc pewnego dnia groma­dy ludzi pracujące na placu modlitwy, przy­łączył się do nich i jął nosić glinę na parkan, któ­rym plac miał być otoczony. Śmiano się z niego i potrącano go, ale pod wieczór sta­ry szeik pil­nu­jący ro­bót dał mu dwanaście daktylów. Staś rad był z tej zapłaty niezmier­nie, dak­tyle bo­wiem sta­nowiły obok ryżu jedyny zdrowy po­karm dla Nel, a było o nie co­raz trudniej w Omdurma­nie.

Przyniósł je więc z dumą małej siostrzycz­ce, której oddawał wszystko, co mógł do­stać, sam żywiąc się od tygodnia pra­wie wy­łącznie dur­rą wy­kra­da­ną wielbłą­dom. Nel ucieszyła się bardzo na widok ulubionych owoców, ale chciała, żeby się z nią podzie­lił. Więc wspiąw­szy się na pa­luszki poło­żyła mu ręce na ra­mionach i zadarłszy główkę po­częła pa­trzeć mu w oczy i pro­sić:

Staś! zjedz poło­wę, zjedz!

A on na to odrzekł:

Jadłem już, jadłem! O, taki je­stem syty!

Uśmiechnął się, ale za­raz począł przygryzać wargi, by się nie roz­płakać, gdyż był po prostu głodny. Obiecywał so­bie, że nazajutrz pój­dzie znów na za­robek. Tym­czasem sta­ło się ina­czej. Rano przyszedł mulazem od Abdulla­hiego z oznajmie­niem, że poczta wiel­błądzia wy­cho­dzi na noc do Fa­szody, i z rozkazem kalifa, by Idrys, Ge­bhr, Cha­mis i dwaj Beduini go­towali się wraz z dziećmi do drogi. Ge­bhra zdu­miał i obu­rzył ten roz­kaz, więc oświadczył, że nie poje­dzie, gdyż brat jego chory i nie ma go kto pilnować, a gdyby na­wet był zdrów, to i tak obaj po­sta­nowili po­zo­stać w Omdur­ma­nie.

Lecz mula­zem odpo­wiedział:

Mahdi ma jedną tylko wolę, a Ab­dullahi, jego kalif a mój pan, nie zmienia nigdy roz­kazów. Bra­ta twego bę­dzie pil­no­wał niewol­nik, ty zaś po­je­dziesz do Faszody.

Więc pój­dę i oznaj­mię mu, że nie pojadę.

Do kalifa wchodzą tylko ci, których on sam chce widzieć. A jeśli gwał­tem we­drzesz się do niego bez pozwo­lenia, wy­prowadzą cię – na szu­bie­nicę.

Allach ak­bar! to po­wiedz mi wyraźnie, że jestem nie­wolnikiem.

Milcz i słuchaj roz­kazów! – odpowie­dział mula­zem.

Sudańczyk widział w Omdurma­nie szubie­nice łamią­ce się pod ciężarem wisielców, które co dzień z wy­roków sro­giego Ab­dulla­hiego ubie­ra­no w nowe ciała – i zląkł się. To, co mu powiedział mulazem, że Mahdi ma tylko jedną wolę, a Abdul­lahi raz tylko roz­kazuje – po­wta­rzali wszy­scy derwi­sze. Nie było więc rady – i trzeba było jechać.

"Nie zoba­czę już wię­cej Idrysa!" – myślał Gebhr. I w jego tygry­sim sercu taiło się jednak ja­kieś przy­wiązanie do star­szego brata, gdyż na myśl, że musi go opuścić w chorobie, ogarnęła go rozpacz. Próżno Chamis i Beduini przekładali mu, że może w Fa­szodzie bę­dzie lepiej niż w Om­durma­nie i że Smain prawdopo­dobnie wy­nagrodzi ich hojniej, niż to uczy­nił kalif. Żadne sło­wa nie mo­gły złago­dzić żalu i złości Ge­bhra, któ­ra to złość od­biła się przeważ­nie na Stasiu.

Był to dla chłopca prawdziwie męczeński dzień. Nie pozwolono mu pójść na rynek, więc nie mógł nic zarobić ani upro­sić, a musiał pra­co­wać jak niewol­nik przy ju­kach, które przygotowy­wano do podróży, co przychodzi­ło mu tym trudniej, że z głodu i zmęczenia osłabł bar­dzo. Był już pe­wien, że w drodze umrze, jeśli nie pod kor­baczem Ge­bhra, to z wycieńcze­nia.

Na szczę­ście Grek, który miał dobre ser­ce, przy­szedł przed wieczorem odwiedzić dzieci i po­żegnać, a zarazem opa­trzyć je na drogę. Przy­niósł im także kil­ka prosz­ków chini­ny, a oprócz tego trochę pa­ciorków szklanych i trochę żyw­ności. Przede wszystkim jednak, do­wie­dziaw­szy się o choro­bie Idrysa, zwrócił się do Gebhra oraz Chami­sa i Bedu­inów.

Wiedzcie – rzekł im – że przycho­dzę tu z roz­kazu Mah­diego.

A gdy sły­sząc to ude­rzyli czo­łem, tak mówił dalej:

Macie w drodze ży­wić dzieci i obchodzić się z nimi dobrze. Mają one zdać sprawę z waszego postępowa­nia Sma­ino­wi. Smain zaś napi­sze o tym do proroka. Je­śli przyjdzie tu na was jakakolwiek skarga, na­stępna poczta przy­wie­zie wam wy­rok śmierci.

Nowy po­kłon był je­dyną odpo­wiedzią na te słowa, przy czym Gebhr i Chamis mieli miny psów, któ­rym nałożo­no ka­ga­niec.

Grek zaś ka­zał im pójść precz, po czym tak odezwał się po angiel­sku do dzie­ci:

Zmyśli­łem to wszystko, gdyż Mahdi nie wydał co do was żadnych no­wych rozka­zów. Ale po­nieważ po­wiedział, że ma­cie je­chać do Fa­szody, więc trzeba, że­byście mo­gli do niej żywi doje­chać. Liczę też i na to, że żaden z tych ludzi nie zo­baczy już przed wyjaz­dem ani Ma­hdie­go, ani ka­li­fa.

Po czym do Stasia:

Miałem do ciebie, chłopcze, urazę i mam ją jeszcze. Czy wiesz, że omal mnie nie zgubi­łeś? Mahdi obraził się i na mnie i żeby uzy­skać jego prze­ba­cze­nie, musia­łem znacz­ną część majątku od­dać Abdul­lahiemu, a i to jeszcze nie wiem, czy ura­to­wałem się na długo. W każ­dym ra­zie nie będę mógł poma­gać jeńcom tak, jak po­magałem dotych­czas. Ale mi was żal, a zwłaszcza (i tu ukazał na Nel) jej... Mam córkę w tym sa­mym wie­ku... którą ko­cham więcej niż własne ży­cie... Dla niej uczyni­łem wszyst­ko to, com uczynił... Chrystus bę­dzie mnie za to są­dził... Nosi ona dotych­czas pod suknią na piersiach srebrny krzyżyk... Na imię jej tak jak to­bie, moja mała. Gdy­by nie ona, wolał­bym i ja umrzeć niż żyć w tym piekle.

I wzruszył się. Przez chwilę za­milkł, na koniec po­tarł ręką czoło i po­czął mówić o czym in­nym:

Mahdi wy­syła was do Faszody w tej myśli, że tam po­mrzecie. W ten sposób zemści się na was za twój, chłop­cze, opór, który go do­tknął głę­bo­ko, a nie straci sławy "miłosier­nego". Taki on zawsze... Ale kto wie, komu pier­wej śmierć przezna­czo­na! Abdulla­hi poddał mu myśl, żeby tym psom, któ­rzy was po­rwali, kazał jechać z wami. Mar­nie ich wy­nagrodził, a te­raz boi się, żeby się to nie rozgłosiło. Obaj z pro­ro­kiem wolą przy tym, by ci ludzie nie opowia­dali, że w Egipcie są jesz­cze woj­ska, armaty, pieniądze i An­glicy... Ciężka to będzie dro­ga i da­leka. Po­je­dzie­cie kra­jem pu­stym i nie­zdrowym, więc pil­nuj­cie jak oka w głowie tych prosz­ków, które wam dałem.

Przykaż, panie, jesz­cze raz Ge­bhrowi, by nie ważył się głodzić i bić Nel – rzekł Staś.

Nie bójcie się. Poleci­łem was staremu szeikowi, który wiezie pocztę. To mój dawny znajomy. Dałem mu zegarek i tym zjedna­łem dla was je­go opie­kę.

Tak mówiąc począł się żegnać. Wziąwszy Nel na ręce przycisnął ją do piersi i powtórzył:

Niech Bóg błogo­sławi cię, moje dziec­ko!...

Tymczasem słońce za­szło i uczy­niła się noc gwiaździsta. W ciemno­ści ozwało się parska­nie koni i stękanie ob­ła­dowa­nych wiel­błą­dów.

 

 

Rozdział 20

Stary szeik Hatim do­trzymał wiernie obietnicy danej Gre­kowi i opie­kował się dziećmi sta­rannie. Dro­ga w górę Bia­łego Nilu była ciężka. Je­cha­li przez Ketainę, Ed–Ducim i Kanę, po czym minęli Abbę, lesi­stą wyspę nilową, na której przed wojną mieszkał w wy­próchnia­łym drze­wie Mahdi jako der­wisz–pu­stelnik. Ka­rawana czę­sto musiała okrążać ob­szerne, po­rośnięte pa­pirusem rozlewi­ska, czyli tak zwane sud­dy, od któ­rych po­wiew przy­nosił zatru­tą woń roz­kładających się li­ści, na­niesionych prądem wody. An­gielscy in­żynierowie poprzeci­na­li byli w swoim cza­sie te zapo­ry13 i statki pa­rowe mo­gły wów­czas cho­dzić z Char­tamu do Fa­szody i da­lej. Obecnie jednak rze­ka za­tkała się znowu i nie mo­gąc płynąć swo­bodnie, roz­lewała na obie strony. Okolica po pra­wym i le­wym brzegu pokryta była wysoką dżun­glą, wśród któ­rej wznosiły się ko­pce termi­tów i pojedyncze olbrzymie drzewa; gdzienie­gdzie lasy do­cho­dziły aż do rzeki. Na such­szych miej­scach rosły gaje akacji. Przez pierw­sze tygo­dnie spoty­kali osady i mia­steczka arabskie złożone

z domów o dziwnych baniastych dachach uwitych ze słomy do­chnu, lecz za Abbą, od osady Goz–Abu–Guma, wje­chali w kraj czar­nych. Był on jed­nak zupełnie pusty, gdyż derwisze wygarnęli prawie do szczętu miejscową mu­rzyńską ludność i sprzedawali ją na tar­gach Char­tumu, Om­durma­nu, Dary, Faszeru, El–Obeidu i innych miast su­dańskich, darfurskich i kordofań­skich. Tych mieszkań­ców, którzy zdołali się ukryć prze­d niewolą w gąszczach, w lasach, wyniszczył głód i ospa, która rozpa­noszyła się z nie­bywałą siłą wzdłuż Białego i Niebie­skie­go Nilu. Sa­mi derwi­sze mówili, że wymiera­ły na nią "całe naro­dy". Dawne plantacje sorga, ma­nioku i ba­nanów po­kryła dżun­gla. Tylko zwierz dziki, nie ści­gany przez ni­ko­go, rozmno­żył się obfi­cie. Nieraz pod zorzą wie­czorną dzieci wi­działy z dala groma­dy słoni, po­dobne do ruchomych skał, dą­żące powolnym krokiem do zna­nych so­bie wodo­po­jów. Na wi­dok ich Ha­tim, daw­ny handlarz kością sło­niową, cmo­kał, wzdy­chał i tak w za­ufa­niu mówił do Stasia:

Maszal­lach! – ile tu bogac­twa! Ale te­raz nie war­to polować, bo Mahdi zabronił kupcom egipskim przyjeżdżać do Char­tu­mu i nie ma komu sprze­dawać kłów, chyba emirom na umbaje.

Prócz słoni spotykano także i żyra­fy, które uj­rzawszy ka­rawanę uciekały po­śpiesznie ciężkim kłu­sem, kiwa­jąc dłu­gimi szyjami, jakby były ku­la­we. Za Goz–Abu–Guma poja­wimy się coraz czę­ściej bawo­ły i całe sta­da antylop. Lu­dzie z ka­ra­wany, gdy im brakło świeżego mięsa, po­lowali na nie – wsze­lako prawie zawsze bez­skutecznie, albo­wiem czujne i chyb­kie zwierzęta nie dawały się podejść ani oto­czyć.

Żywności w ogóle było skąpo, gdyż z powodu wyludnienia kraju nie można było dostać ani prosa, ani bananów, ani ryb, któ­rych w daw­nych cza­sach do­starczali ka­rawanom Murzyni z pokoleń Szylluk i Dinka, wy­mieniając je chętnie za pa­ciorki szklane i drut mo­siężny. Ha­tim nie dał jednak dzie­ciom mrzeć głodem, a co więcej, trzymał krótko Ge­bhra i gdy ów raz na noclegu uderzył Sta­sia przy zdejmowa­niu sio­deł z wiel­błą­dów, kazał go rozciągnąć na ziemi i wyliczyć mu po trzy­dzie­ści razów w każdą piętę bambusem. Okrutny Su­dańczyk przez dwa dni mógł cho­dzić tyl­ko na pal­cach i prze­klinał chwi­lę, w której opuścił Fa­jum, i mścił się na mło­dym, daro­wa­nym so­bie niewol­niku, imie­niem Kali.

Staś z po­czątku pra­wie rad był, że opuścili zapowie­trzony Omdurman i że widzi kraje, o któ­rych marzył zawsze. Jego silny orga­nizm wy­trzy­my­wał dotych­czas dosko­nale trudy podróży, a obfitsze po­żywienie wróciło mu energię. Nieraz znów w czasie drogi i na po­stojach szep­tał do ucha sio­strzyczce, że uciec można i znad Białe­go Nilu i że wcale nie za­niechał tego zamia­ru. Lecz niepo­koiło go jej zdro­wie. Po trzech tygo­dniach od dnia wyjaz­du z Omdur­ma­nu Nel nie zapa­dła wprawdzie jeszcze na febrę, ale twarz jej schudła i za­miast opalić się, stawała się co­raz prze­zro­czystsza, a jej małe rączki wy­glądały jak­by ulepione z wosku. Nie brakło jej starań ani na­wet takich wy­gód, jakie Staś i Di­nah mo­gli jej przy po­mo­cy Hatima za­pewnić, ale brakło zdrowego powietrza pustyni. Wilgotny i upalny kli­mat w połą­czeniu z tru­dami drogi podko­py­wał co­raz bar­dziej siły wątłego dziecka.

Staś po­cząwszy od Goz–Abu–Guma da­wał jej co­dziennie po pół proszka chininy i martwił się okropnie na myśl, że nie starczy mu na długo te­go lekar­stwa, które­go nigdzie nie będzie można póź­niej dostać. Ale na to nie było rady, nale­żało bo­wiem przede wszystkim za­po­biegać fe­brze. Chwi­lami brała go rozpacz. Łu­dził się tyl­ko nadzieją, że Smain, jeśli ze­chce wymienić ich oboje na własne dzieci, to musi wy­szukać dla nich ja­kiejś zdrowszej niż Faszoda okolicy.

Lecz nie­szczęście zdawało się ciągle ści­gać swe ofiary. Na dzień przed przybyciem do Faszody Dinah, która jesz­cze w Omdurma­nie czuła się sła­bą, zemdlała nagle przy rozwiązywa­niu tobołka z rzeczami Nel zabra­nymi z Fa­jumu i spa­dła z wiel­błąda. Staś i Chamis docu­cili się jej z naj­wię­kszą trudnością. Nie odzy­skała jed­nak przy­tomności, a ra­czej odzy­skała ją do­piero wie­czorem, po to tylko, by poże­gnać ze łzami swą uko­chaną pa­nienkę i umrzeć. Ge­bhr chciał koniecznie ob­ciąć jej po śmierci uszy, aby pokazać je Smainowi na do­wód, że skoń­czy­ła w dro­dze, i za­żądać osobnej i za jej porwanie zapłaty. Tak czyniono zmarłym w czasie po­dróży nie­wolnikom. Ale Ha­tim, na prośbę Sta­sia i Nel, nie zgo­dził się na to, więc pocho­wano ją uczciwie, a mogiłę jej zabezpie­czono przed hienami za pomocą ka­mieni i cier­ni. Dzieci uczuły się jesz­cze sa­mot­niej­sze, straciły w niej bo­wiem jedyną bli­ską i przy­wiązaną du­szę. Był to szczególnie okrutny cios dla Nel, toteż Staś na próżno sta­rał się ją utulić przez całą noc i dzień na­stępny.

Nadszedł szósty dzień po­dróży. Naza­jutrz w po­łudnie kara­wana dotar­ła do Faszo­dy, ale zna­lazła tylko zgliszcza. Mahdy­ści biwa­kowali pod go­łym niebem lub w skleco­nych na­prędce sza­łasach z tra­wy i gałęzi. Trzy dni temu osada zgorzała była całko­wicie. Pozo­stały je­dy­nie osma­lo­ne dymem ściany gli­nianych okrągłych chat i stoją­ca tuż nad wodą wielka drewniana szopa, która za czasów egipskich słu­żyła jako skład ko­ści słoniowej, a w której miesz­kał obecnie wódz derwi­szów, emir Seki–Tama­la. Był to zna­komity między mahdy­sta­mi czło­wiek, skryty nie­przy­ja­ciel kalifa Abdullahie­go, ale na­tomiast osobisty przyjaciel Hatima. Ten przyjął go­ścinnie u siebie sta­re­go sze­ika wraz z dziećmi, za­raz je­dnak na wstę­pie opowiedział im niepo­myślną no­winę.

Oto Smaina nie zastaną w Faszo­dzie. Przed dwoma dniami udał się na wschód i południe od Nilu na wy­prawę po niewol­ni­ków i nie wia­domo, kie­dy wróci, gdyż naj­bliższe oko­lice były już wyludnione, tak że ludz­kiego towa­ru nale­żało szukać bar­dzo daleko. Blisko od Fa­szody le­żała wpraw­dzie Abisy­nia, z którą derwisze byli również w wojnie. Ale Smain mając tylko trzystu ludzi nie mógł odwa­żyć się na przekro­cze­nie jej gra­nic, strzeżonych obecnie pil­nie przez wojowni­czych mieszkań­ców i przez żołnierzy króla Jana.

Wobec tego Seki–Tama­la i Hatim poczęli za­stanawiać się, co ro­bić z dzieć­mi. Narada toczyła się głównie przy wie­cze­rzy, na któ­rą emir za­pro­sił także Stasia i Nel.

Ja – mó­wił do Hati­ma – muszę wkrótce wy­ruszyć ze wszystkimi ludźmi na daleką wy­prawę na południe przeciw Emi­nowi pa­szy,14 który sie­dzi w Lado ma­jąc tam pa­rowce i woj­sko. Taki rozkaz przy­wiozłeś mi, Hatimie... Ty mu­sisz wracać do Omdurma­nu, więc w Fa­szodzie nie zosta­nie jedna żywa dusza. Mieszkać tu nie ma gdzie, jeść nie ma co i panują cho­roby. Wiem wprawdzie, że biali nie cho­rują na ospę, ale fe­bra za­bije te dzieci w cią­gu miesią­ca.

Kazano mi je przy­wieźć do Faszody – odpowie­dział Hatim – więc je przywio­złem i mógłbym się o nie więcej nie trosz­czyć. Ale pole­cił mi je przy­ja­ciel mój, Grek Kalio­puli, dlate­go nie chciałbym, by pomarły.

A to się stanie z pewnością.

Co zatem robić?

Zamiast pozostawiać je w pustej Faszodzie, odeślij je do Smaina wraz z tymi ludźmi, któ­rzy przy­wieźli je do Omdur­ma­nu. Smain po­szedł ku gó­rom, do suchego i wysokiego kraju, gdzie febra nie za­bija tak lu­dzi jak nad rzeką.

Jakże od­najdą Sma­ina?

Śladem ognia. Bę­dzie on pa­lił dżunglę; raz dlatego, by napę­dzać zwie­rzynę do skalistych wąwozów, w których ła­two ją oto­czyć i wy­bić, a po wtóre, by wypłaszać z gąszczów pogan, któ­rzy się w nich pokryli przed po­ścigiem... Smaina nie­trudno zna­leźć...

Czy go jednak do­gonią?

Będzie on czasem spędzał i po tygodniu w jednej oko­licy, ponie­waż musi wędzić mię­so. Choćby wyjechali za dwa i trzy dni, do­go­nią go z pew­nością.

Ale dla­czego mają go gonić? On przecież wróci i tak do Faszody.

Nie. Jeśli połów nie­wolników uda mu się, poprowadzi ich do miast na targi...

Co robić?

Pamiętaj, że gdy obaj odjedziemy z Faszody, dzieci, choćby ich nie zabiła febra, umrą z głodu.

Na proro­ka! To praw­da!

I rzeczywi­ście nie było innej rady, jak wysłać dzie­ci na nową tułaczkę. Hatim, który okazał się zupełnie dobrym człowie­kiem, trosz­czył się tyl­ko o to, czy Gebhr, któ­rego okru­cieństwo poznał w czasie dro­gi, nie bę­dzie znęcał się nad nimi. Ale groźny Seki–Tama­la, wzbu­dza­jący strach na­wet we własnych żołnierzach, kazał przy­wołać Su­dań­czyka i zapowie­dział mu, że ma odwieźć dzieci żywe i zdrowe do Smaina, a za­razem ob­chodzić się z nimi do­brze, gdyż inaczej zo­stanie po­wie­szony. Dobry Ha­tim uprosił jeszcze emi­ra, by daro­wał małej Nel niewol­nicę, która by jej służy­ła i opieko­wała się nią w drodze i w obozie Smaina. Nel ucieszyła się bardzo tym podar­kiem, zwłaszcza gdy oka­zało się, że nie­wolnica jest młodą dziewczyną z pokolenia Dinka, o mi­łych rysach i słodkim wyrazie twa­rzy.

Staś wie­dział, że Fa­szoda to śmierć, więc nie prosił by­najmniej Hatima, by nie wypra­wiano ich w nową, trze­cią z kolei po­dróż. W du­szy my­ślał też, że jadąc na wschód i południe zbliżyć się muszą bar­dzo do po­łudniowych granic abi­syń­skich i że będzie można uciec. Miał na­dzieję, że na su­chych wyżynach Nel uchroni się może od febry, i z tych wszyst­kich przy­czyn chęt­nie i gorli­wie zajął się przygo­towa­niami do drogi.

Gebhr, Cha­mis i dwaj Beduini nie byli także przeciwni wyprawie li­cząc i na to, że przy boku Sma­ina uda im się upolo­wać sporą ilość nie­wol­ni­ków, a potem sprzedać ich korzyst­nie na tar­gach. Wie­dzieli, że handlarze niewolni­ków docho­dzą czasem do wiel­kich mająt­ków, w każdym ra­zie woleli je­chać niż pozostawać na miejscu pod ręką Hatima i Seki–Tama­li.

Przygotowa­nia zabrały jednak spo­ro czasu, zwłaszcza że dzieci musiały wy­począć. Wielbłądy nie mogły już być uży­te do tej po­dróży, więc Ara­bo­wie, a z nimi Staś i Nel mieli jechać kon­no, Kali zaś, niewol­nik Gebhra, i Mea, tak nazwana z po­rady Sta­sia słu­żąca Nel, iść pie­chotą przy ko­niach. Hatim wy­starał się też o osła, który niósi namiot przeznaczo­ny dla dziewczynki i żywność dla dzieci na trzy dni. Wię­cej nie mógl jej udzielić Seki–Tama­la. Dla Nel urządzono coś w ro­dzaju kobie­cego siodła z wojłoku, mat pal­mo­wych i bam­bu­sów.

Trzy dni spędziły dzieci dla odpoczynku w Faszo­dzie, lecz niezmierna ilość koma­rów nad rze­ką czyniła tu pobyt wprost nie­zno­śnym. W dzień po­ja­wiały się roje wiel­kich niebie­skich much, nie gryzących wprawdzie, ale tak uprzy­krzo­nych, że właziły w uszy, obsia­dały oczy i wpadały na­wet w usta. Staś słyszał jeszcze w Port–Sa­idzie, że ko­mary i mu­chy rozno­szą febrę i zarazki za­palenia oczu; w końcu więc sam prosił Seki–Ta­ma­lę, by ich jak najprę­dzej wypra­wił, zwłasz­cza że zbli­żała się wio­senna pora dżdżysta.

 

 

Rozdział 21

Stasiu, dlaczego my jedzie­my i jedzie­my, a Sma­ina jak nie ma, tak nie ma?

Nie wiem. Zapewne idzie szyb­ko naprzód, żeby jak najprędzej dojść do okolic, w których bę­dzie mógł nałapać Mu­rzy­nów. Czy chciała­byś, że­by­śmy się już połą­czyli z jego oddziałem?

Dziewczyn­ka skinęła swoją płową główką na znak, że bardzo jej o to chodzi.

Co ci na tym zależy? – zapytał Staś.

Bo może Gebhr nie będzie śmiał przy Smainie tak okropnie bić tego biednego Kali.

Smain pewno nie lepszy. Oni wszyscy nie mają miło­sierdzia dla swoich nie­wolników.

Tak?

I dwie łezki stoczyły się po jej wy­chudłych policzkach.

Było to dziewiątego dnia podró­ży Gebhr, który teraz był wodzem karawany, odnajdował z początku łatwo ślady po­chodu Smaina. Wska­zy­wa­ły jego drogę szlaki wypa­lonej dżun­gli i obozo­wiska pełne ogryzio­nych kości i rozma­itych szczątków. Ale po upły­wie pię­ciu dni tra­fiono na nie­zmierną przestrzeń spalonego stepu, na którym wiatr roz­niósł pożar na wszyst­kie strony. Ślady stały się mętne i zawile, gdyż wi­docz­nie Smain roz­dzielił swój oddział na kil­kanaście mniejszych, by uła­twić im otacza­nie zwierzy­ny i zdoby­wanie żyw­ności. Ge­bhr nie wie­dział, w ja­kim kie­run­ku iść, i czę­sto zda­rzało się, że ka­rawana po długim kołowaniu wracała na to samo miej­sce, z którego wy­szła. Po­tem trafili na lasy, a po przeby­ciu ich we­szli w kraj skali­sty, gdzie grunt po­krywały pła­skie guzy lub drobne kamie­nie rozrzu­cone na wiel­kich rozległo­ściach tak gęsto, że dzie­ciom przypomi­nały się bruki miej­skie. Ro­ślinności było tam skąpo. Tyl­ko gdzienie­g­dzie w roz­padli­nach skał rosły euforbie, star­ce, mi­mozy, a rza­dziej jesz­cze wysmu­kłe ja­sno­zielone drzewa, któ­re Kali na­zywał w ję­zyku ki–swahili m'ti i których li­śćmi kar­miono ko­nie. W oko­licy brakło całkiem rze­czu­łek i strumieni, na szczę­ście poczę­ły już od czasu do czasu pa­dać desz­cze, więc znajdowano wodę we wgłę­bie­niach i wy­drąże­niach skał.

Zwierzynę wypłoszyły oddziały Smaina i karawana byłaby mar­ła głodem, gdyby nie mnóstwo pentarek, które co chwila zry­wały się spod nóg ko­ni, a pod wieczór ob­siadały drzewa tak gęsto, że dość było strzelić w odpowied­nim kierun­ku, ażeby kilka spadło na zie­mię. Nie były przy tym wcale pło­chliwe i po­zwalały się zajść bli­sko, a pod­rywały się tak ciężko i opieszale, że Saba, biegnący przed kara­waną, chwy­tał je i dusił pra­wie każ­dego dnia.

Chamis za­bijał ich po kilkanaście dziennie ze starej kapi­szonowej strzelby, którą był wyszachro­wał od jed­nego z pod­władnych Hati­mowi der­wi­szów podczas drogi z Omdurma­nu do Fa­szody. Śru­tu jednak nie posia­dał już wię­cej jak na dwadzieścia nabojów i niepo­koił się my­ślą: co bę­dzie, gdy cały za­pas się wy­czerpie. Wprawdzie pomimo przepłosze­nia zwierzy­ny pojawia­ły się nie­kiedy wśród skał stadka arieli, pięk­nych an­ty­lop pospoli­tych w całej środkowej Afryce, ale do arieli trzeba było strzelać ze sztucera, oni zaś nie umieli użyć strzelby Sta­sia, a Gebhr nie chciał mu jej dać do ręki.

Sudańczyk również po­czął się nie­pokoić dłu­gą drogą. Przychodzi­ło mu chwi­lami do gło­wy, by wra­cać do Fa­szody, w ra­zie bowiem gdyby się roz­minęli ze Smainem, mogli się zabłąkać w dzikich oko­licach, w których nie mówiąc już o głodzie, groziły im napady dzi­kich zwie­rząt i dzik­szych jesz­cze Murzy­nów, dyszą­cych ze­mstą za łowy, które na nich wy­prawiano. Ale ponie­waż nie wie­dział, że Seki–Tama­la wybiera się prze­ciw Eminowi, gdyż roz­mowa o tym odbywała się nie przy nim, więc brał go strach na myśl, że przyjdzie mu stanąć przed obli­czem potęż­nego emi­ra, który kazał mu odwieźć dzieci do Smaina i dał mu do niego list, zapowie­dziawszy przy tym, że jeśli nie wy­wiąże się nale­życie z obo­wią­zku – pójdzie na po­wróz. Wszystko to razem wzię­te przepeł­niało mu duszę gory­czą i zło­ścią. Nie śmiał już jednak mścić się za swe za­wody na Stasiu i Nel, natomiast plecy bied­nego Kale­go broczyły co dzień krwią pod korbaczem. Młody nie­wolnik zbli­żał się do sro­giego pana za­wsze z drże­niem i trwo­gą. Ale na próżno obejmo­wał jego nogi i całował ręce, na próżno pa­dał przed nim na twarz. Ka­mien­nego serca nie wzruszała ni po­kora, ni jęki i kor­bacz roz­dzierał z lada powo­du, a cza­sem i bez powodu, ciało nieszczęśli­weg­o chłop­ca. Na noc wkładano mu nogi w drew­nianą deskę z otworami, by nie uciekł. W dzień szedł na powrozie przy koniu Gebhra, co nadzwyczaj ba­wiło Cha­misa. Nel oble­wała łzami nie­dolę Ka­le­go, Staś bu­rzył się w sercu i kil­kakrot­nie ujmował się za nim za­pal­czywie, ale gdy spo­strzegł, że to pod­nieca jesz­cze Gebhra, zaci­skał tyl­ko zęby i mil­czał.

Lecz Kali zrozumiał, że tych dwoje uj­muje się za nim, i poko­chał ich swym zbo­lałym, bied­nym ser­cem głębo­ko.

Od dwu dni jechali ska­listym wą­wozem o wysokich, stromych skałach. Z naniesio­nych i porozrzucan­ych bez­ładnie ka­mieni łatwo było po­znać, że w czasie pory dżdżystej wąwóz na­pełniał się wodą, ale obecnie dno jego było zupeł­nie su­che. Pod ściana­mi rosło po obu stro­nach tro­chę trawy, dużo cierni, a na­wet gdzie­niegdzie i drzewa. Ge­bhr zapu­ścił się w tę kamienną gardziel dlatego, że szła usta­wicz­nie w górę, są­dził więc, że do­pro­wadzi go do jakiej wy­żyny, z której ła­twiej mu bę­dzie do­strzec w dzień dymy, a w nocy ogni­ska obozu Sma­ina. Miej­scami wą­wóz sta­wał się tak cia­sny, że tyl­ko dwa ko­nie mogły iść w po­bok, miej­scami roz­szerzał się w małe, okrągłe do­liny otoczo­ne jakby wyso­ki­mi kamienny­mi murami, na któ­rych siedziały wielkie pa­wiany igra­jąc z sobą, szczekając i poka­zując karawanie zęby.

Była godzi­na piąta po południu. Słońce zni­żyło się już ku zachodo­wi. Gebhr myślał o noclegu; chciał tylko dotrzeć do ja­kiejś do­linki, w któ­rej mo­żna by urządzić zeribę, to jest otoczyć karawanę wraz z koń­mi płotem z kolczastych mimoz i akacji, chronią­cych od na­padu dzi­kich zwie­rząt. Saba biegł na­przód, po­szczekując na małpy, które na jego widok rzu­cały się niespokoj­nie, i raz w raz znikał w zakrę­tach wąwozu. Echo po­wta­rzało roz­głośnie jego szcze­kanie.

Nagle jed­nak umilkł, a po chwili przybiegł pędem do koni ze zje­żoną sier­ścią na grzbiecie i wtulonym pod siebie ogonem. Beduini i Ge­bhr zro­z­u­mieli, że musiało go coś prze­straszyć, ale spoj­rzawszy po sobie i chcąc prze­konać się, co by to być mogło, ruszyli da­lej. Lecz przeje­chaw­szy macy zakręt, zdar­li konie i stanęli w jednej chwi­li jak wryci na widok, który ude­rzył ich oczy.

Oto na nie­wielkiej ska­le, leżącej w samym środku dość szero­kiego w tym miejscu wą­wozu, leżał lew.

Dzie­liło ich od niego najwyżej sto kroków. Po­tężny zwierz ujrzawszy jeźdźców i konie pod­niósł się na przednie łapy i po­czął na nich pa­trzeć. Ni­sko stojące już słońce oświecało jego ogromną głowę, ku­dłate piersi – i w tym czerwo­nym bla­sku po­dobny był do jednego z ta­kich sfink­sów, jakie zdobią wejścia do starożyt­nych świą­tyń egip­skich.

Konie jęły przysiadać na zadach, kręcić się i cofać. Zdu­mieni i przerażeni jeźdźcy nie wiedzieli, co począć, więc z ust do ust prze­laty­wały tyl­ko trwożne i bezradne słowa: "Al­lach! Bi­smillach! Allach ak­bar!"

A król pusz­czy patrzał na nich z góry, nieru­chomy, jak­by odlany z brązu.

Gebhr i Chamis sły­szeli od kupców przybywają­cych z ko­ścią słonio­wą i gumą z Sudanu do Egiptu, że lwy kładą się cza­sem na drodze ka­ra­wan, które wobec tego muszą po prostu zbaczać. Lecz tu nie było gdzie zboczyć. Wypadało chyba za­wrócić i uciekać! Tak, ale w ta­kim ra­zie by­ło rzeczą niemal pew­ną, że straszny zwierz rzuci się za nimi w pogoń.

Znów zatem zabrzmiały gorączkowe pytania:

Co robić?

Co robić?

Allach! może ustą­pi.

Nie ustą­pi.

I znowu za­padła cisza. Słychać było tylko chrapanie koni i przy­spieszony oddech piersi ludz­kich.

Spuść Ka­lego z po­wroza – ozwał się nagle do Gebhra Chamis – a my uciekaj­my na ko­niach, wów­czas lew jego pierw­szego do­goni i jego tyl­ko zabije.

Uczyń tak! – powtórzyli Beduini.

Lecz Gebhr odgadł, że w takim ra­zie Kali wdrapie się w mgnieniu oka na ścia­nę skalną, a lew pogna za końmi, przeto do głowy wpadł mu in­ny, okrop­ny pomysi. Oto zarżnie chłopca i rzuci go przed sie­bie, a wtedy zwierz sko­czywszy za nimi uj­rzy na ziemi krwawe cia­ło i za­trzy­ma się, by je pożreć.

Więc przy­ciągnął Ka­lego powro­zem do sio­dła i już podniósł nóż, gdy w tej samej sekundzie Staś chwy­cił go za sze­roki rę­kaw dżiuby.

Co robisz, łotrze?

Gebhr po­czął się szarpać i gdyby chło­piec chwy­cił był go za rękę, wy­rwałby się natych­miast, ale z rękawem nie po­szło tak łatwo, więc szar­piąc się po­czął jedno­cześnie charczeć stłumionym ze wściekło­ści głosem:

Psie, jeśli jego nie starczy, za­kłuję i was! Allach! za­kłuję, zakłu­ję!

A Staś po­bladł śmier­telnie, albo­wiem bły­skawicą przebiegła mu myśl, że lew, goniąc przede wszystkim za końmi, może istot­nie pomi­nąć w pę­dzie trupa Kalego, a w takim razie Gebhr z naj­większą pewnością zarżnie ko­lejno ich oboje.

Więc cią­gnąc ze zdwojoną siłą za rę­kaw, krzyk­nął:

Daj mi strzelbę!... zabiję lwa!

Beduinów zdumiały te słowa, ale Chamis, który wi­dział jesz­cze w Port–Saidzie, jak Staś strzela, począł na­tychmiast wo­łać:

Daj mu strzelbę! On zabije lwa!

Gebhr przy­pomniał so­bie od razu strzały na jeziorze Ka­roun i wo­bec straszli­wego niebezpieczeńs­twa prędko za­niechał oporu. Z wiel­kim na­wet po­śpie­chem podał chłopcu sztucer, a Chamis otworzył co duchu pu­dło z nabo­jami, z któ­rego Staś zaczerpnął pełną gar­ścią.

Potem ze­skoczył z konia, wsu­nął ładunki w lufy i ru­szył na­przód.

Przez pierw­szych kilka kroków był jakby odu­rzony i wi­dział tylko siebie i Nel z szyjami poderżnię­tymi nożem Ge­bhra. Ale wnet bliższe i stra­sz­niej­sze niebez­pieczeństwo kazało mu zapomnieć o wszystkim innym. Miał przed sobą lwa! Na wi­dok zwierza po­ciemnia­ło mu w oczach. Po­czuł zimno w policz­kach i w no­sie, poczuł, że nogi ma jak oło­wia­ne i że mu brak tchu. Po prostu bał się. W Port–Sa­idzie czyty­wał, nawet i w cza­sie lekcyj, o polowa­niach na lwy, ale co innego było oglą­dać ob­razki w książkach, a co in­nego stanąć oko w oko z po­tworem, który te­raz oto pa­trzył na niego jakby ze zdziwie­niem, marszcząc swe szero­kie, podob­ne do tarczy czoło.

Ara­bowie przytaili dech w pier­siach, albo­wiem nigdy w życiu nie widzieli nic podobnego. Z jednej strony mały chło­piec, który wśród wy­so­kich skał wyda­wał się jesz­cze mniej­szy, z dru­giej potężny zwierz, złoty w promie­niach słoń­ca, wspa­niały, groź­ny "pan z wielką gło­wą", jak mó­wią Su­dań­czycy.

Staś prze­mógł całą siłą woli bezwład­ność nóg i posunął się dalej. Jesz­cze przez chwilę wy­dało mu się, że ser­ce podcho­dzi mu aż do gar­dła – i trwało to dopóty, do­póki nie podniósł strzelby do twarzy. Wówczas trzeba było my­śleć o czym in­nym. Czy zbliżyć się wię­cej, czy już strze­lać? Gdzie mie­rzyć? Im mniejsza odległość, tym strzał pew­niejszy... a zatem da­lej! dalej! kroków czterdzieści – jesz­cze za dużo... trzy­dzieści! dwa­dzie­ścia! Już powiew przy­nosi ostry zwie­rzęcy swąd...

Chłopiec stanął.

"Kula mię­dzy oczy albo po mnie! – po­myślał. – W imię Ojca i Syna!..."

A lew pod­niósł się, przeciągnął grzbiet i zniżył gło­wę. Wargi poczęły mu się odchy­lać, brwi na­sunęły się na oczy. Ta drobna ja­kaś istotka ośmieliła się podejść zbyt blisko – więc goto­wał się do skoku przy­siadając, z drganiem ud, na tyl­nych ła­pach...

Lecz Staś przez jedno mgnienie oka do­strzegł, że muszka sztucera przypada na czole zwie­rza, i pocią­gnął za cyn­giel.

Huknął strzał. Lew wspiął się tak, że przez chwilę wy­prostował się na całą wysokość, po czym ru­nął na wznak, czte­rema łapa­mi do góry.

I w ostatniej konwulsji stoczył się ze skały na ziemię.

Staś trzy­mał go jesz­cze przez kilka minut pod strza­łem, lecz widząc, że drgawki ustają i że płowe ciel­sko wyprę­żyło się bezwład­nie, otwo­rzył strzelbę i założył nowy ładu­nek.

Ściany ska­liste roz­brzmiewały jeszcze gromkim echem. Ge­bhr, Cha­mis i Bedu­ini nie mo­gli zrazu dojrzeć, co się stało, gdyż po­przed­niej nocy padał deszcz i z powodu wil­goci powie­trza dym za­słonił wszystko w ciasnym wąwo­zie. Dopiero gdy dym opadł, po­częli krzy­czeć z ra­do­ści i chcieli sko­czyć ku chłopcu, ale na próż­no, gdyż żadna siła nie mogła zmusić koni do kroku naprzód.

A Staś za­wrócił, ob­jął wzro­kiem czte­rech Ara­bów i wpił oczy w Ge­bhra.

Ach, dość! – rzekł zaci­skając zęby. – Przebra­łeś miarę. Nie zamor­dujesz ani Nel, ani ni­kogo wię­cej!

I nagle uczuł, że nos i po­liczki bled­ną mu zno­wu, ale było to inne zim­no, płynące nie ze stra­chu, lecz ze strasznego i nie­ubłaga­nego po­sta­no­wienia, od którego serce w piersiach czyni się na razie żela­zne.

Tak! To przecie ło­try, katy, mordercy, a Nel w ich ręku!...

Nie za­mordujesz jej! – powtó­rzył.

Zbliżył się ku nim – znów stanął – i nagle z błyskawicz­ną szybko­ścią pod­niósł strzel­bę do twa­rzy. Dwa strzały je­den za dru­gim targnę­ły echem wą­wozu: Gebhr runął na ziemię jak wór pia­sku, a Cha­mis pochy­lił się w kul­bace i ude­rzył krwa­wym czo­łem o kark koński.

Dwaj Bedu­ini wydali okropny okrzyk prze­rażenia i ze­skoczywszy z koni rzuci­li się ku Stasiowi. Zakręt był za nimi nie­da­leko i gdyby byli ucie­kali za siebie, cze­go Staś ży­czył sobie w duszy, byli­by mogli uchronić się przed śmiercią. Ale zaśle­pionym trwogą i wściekło­ścią wy­dało się, że do­padną chłopca wpierw, nim zdoła zmie­nić naboje, i za­dźgają go nożami. Głupcy! Led­wie przebiegli kilkanaście kroków, szczęknęła znów zło­wroga strzelba, wąwóz ode­grzmiał echem no­wych strza­łów i obaj padli twa­rzami na zie­mię, rzu­cając się i tłukąc jak wyjęte z wody ryby.

Jeden – go­rzej w po­śpiechu strzelony – podniósł się jeszcze i wsparł na rękach, ale w tej chwili Saba zato­pił mu kły w karku.

Nastała śmiertelna cisza.

Przerwały ją dopiero jęki Kalego, któ­ry rzucił się na kolana i wyciągnąw­szy przed się ręce krzyczał w łamanym ję­zyku ki–swahili:

Bwana ku­bwa! (Panie wielki!) za­bić lwa, za­bić złych lu­dzi, ale nie zabijać Ka­lego!

Staś jednak nie zważał na jego wo­łanie. Czas jakiś stał jak błędny, po czym spostrzegł­szy zbielałą twarzyczkę Nel i jej na wpół przy­tomne, roz­sze­rzone z przerażenia oczy sko­czył ku niej:

Nel! nie bój się!... Nel! jeste­śmy wolni!...

........................................................................................................................

Jakoż byli istotnie wol­ni, ale i za­błąkani w dzikiej bez­ludnej puszczy, w czeluściach "czarnego lądu".

 

 

Rozdział 22

Zanim Staś i młody Mu­rzyn pood­ciągali na boki wąwo­zu zabitych Arabów i ciężkie ciel­sko lwa, słońce zni­żyło się jeszcze i wkrótce miała za­paść noc. Ale niepo­dobna było nocować w sąsiedztwie trupów, więc cho­ciaż Kali ukazu­jąc na zabi­tego zwierza gła­skał się po pier­siach i po­wtarzał mla­skając językiem: "Msuri ny­ama" (do­bre, dobre mięso), Staś nie dał mu się za­jąć nyamą, a nato­miast kazał mu ła­pać konie, które po­uciekały po strzałach. Czarny chłopak wy­wiązał się z tego nad­zwyczaj zręcznie, za­miast bo­wiem gonić je wąwo­zem, w któ­rym to ra­zie by­łyby ucie­kały coraz dalej, wy­drapał się na górę i skracając sobie drogę przez wymi­janie zakrę­tów, za­biegł spłoszonym rumakom drogę od przodu. W ten sposób schwy­tał z łatwością dwa, a dwa inne napę­dził na Sta­sia. Tylko koni Ge­bh­ra i Chami­sa nie moż­na już było odszu­kać, ale i tak po­zostały czte­ry, nie li­cząc obju­czonego na­miotem i rzeczami kłapoucha, który wobec tragicznych wypadków okazał prawdzi­wie fi­lozo­ficzny spokój. Znaleziono go za zakrę­tem, szczy­piącego do­kładnie, ale bez pośpie­chu, trawę ro­snącą na dnie wąwo­zu.

Mierzyny sudańskie przyzwycza­jone są w ogóle do widoku dzi­kich zwie­rząt, ale boją się lwów, było więc sporo trudno­ści z prze­prowa­dze­niem ich obok skały, przy której czerniała kałuża krwi. Konie chra­pały rozdy­mając noz­drza i wy­cią­gając szyje ku za­krwa­wion­ym ka­mie­niom, wsze­lako gdy osioł po­strzygłszy tylko nieco uszyma prze­szedł spokojnie, przeszły i one. Noc była tuż, ujechali jednak oko­ło kilome­tra i za­trzymali się dopiero w miejscu, w którym wąwóz roz­sze­rzał się znów w małą, amfi­teatralną do­linkę, po­ro­śniętą gę­sto cier­niem i krze­wami kol­czastej mi­mozy.

Panie – rzekł miody Murzyn – Kali napalić ogień, duży ogień!

I wziąwszy sudański, szeroki miecz, który zdjął był z trupa Gebh­ra, począł ścinać nim ciernie, a nawet i większe drzewka. Po na­pale­niu ognia ści­nał jeszcze, póki nie na­gromadził tak wielkie­go zapasu, że mogło wystarczyć go na całą noc.

Po czym obaj ze Sta­siem usta­wili namio­cik dla Nel pod wysoką prostopadłą ścianą doli­ny, a na­stępnie oto­czyli go pół­koli­stym, szero­kim i wy­so­kim kolcza­stym pło­tem, czyli tak zwaną zeribę. Staś wiedział z opisów afry­kańskich wędrówek, że podróż­nicy ubez­pieczają się w ten spo­sób przed na­padami dzikich zwierząt. Konie jed­nak nie mo­gły się za płotem po­mieścić, więc chłop­cy rozkulba­czywszy je i zdjąw­szy z nich na­czy­nia blasza­ne i worki popętali je tylko, by nie oddaliły się zanadto w poszuki­waniu trawy lub wody. Mea znala­zła zresztą wodę w po­bliżu, we wgłę­bieniu skalnym tworzącym jakby mały basen, pod przeciwle­głymi skała­mi. Było jej sporo, tak że star­czyło i dla koni, i na ugo­towa­nie pen­ta­rek, za­strze­lo­nych rano przez Cha­misa. W ju­kach, które wraz z na­miotem dźwigał osioł, znala­zło się też około trzech garn­cy durry i kilka garści soli oraz wiązka su­szonych ko­rzeni ma­nioku.

Starczyło więc na ob­fitą wiecze­rzę. Korzy­stali z niej jednak prze­ważnie tylko Kali i Mea. Młody Mu­rzyn, które­go Ge­bhr głodził w okropny spo­sób, zjadł taką ilość pokar­mu, jaka mogła na­sycić dwóch lu­dzi. Ale też był za to ca­łym sercem wdzięczny swoim no­wym pań­stwu i na­tych­miast po wie­cze­rzy padł na twarz przed Stasiem i Nel na znak, że pragnie do końca życia zostać ich niewol­nikiem, a następnie zło­żył rów­nie pokorną czołobit­ność strzel­bie Stasia rozumiejąc wi­docz­nie, że bezpiecz­niej jest zjednać so­bie łaskę tak groźne­go narzę­dzia. Po czym oświadczył, że podczas snu "pana wiel­kiego" i bibi będzie czuwał na przemian z Meą, by ogień nie zgasł – i siadł przy nim w kucki mru­cząc z cicha coś w ro­dzaju pio­senki, w której po­wtarzały się co chwila wyrazy: Simba kufa! Bimba kufa!, co znaczy w ję­zyku ki–swa­hili: lew zabity.

Ale "panu wielkiemu" ani małej bibi nie było do snu. Nel na wielkie prośby Sta­sia prze­łknęła zaled­wie parę kawał­ków pen­tar­ki i kilka ziar­nek roz­go­towanej durry. Mó­wiła, że nie chce się jej ani jeść, ani spać, tylko pić. Stasia chwyciła obawa, czy nie dostaw gorączki, ale prze­ko­nał się, że ręce ma chłodne, a nawet aż nadto zim­ne. Namó­wił ją jed­nak, aby weszła pod namiot, gdzie przy­go­tował dla niej posia­nie, ob­szu­kaw­szy wpierw sta­rannie, czy w trawie nie ma skorpio­nów. Sam siadł na ka­mieniu ze sztucerem w ręku, by bronić jej od na­padu dzi­kich zwie­rząt, w ra­zie gdyby ogień oka­zał się nie­dosta­teczną obroną. Ogarnęło go nie­zmierne zmęczenie i wyczerpa­nie. W du­szy powta­rzał so­bie: "Zabi­łem Ge­bhra i Cha­misa, zabiłem Be­duinów, za­biłem lwa i jesteśmy wolni". Ale było to tak, jakby te sło­wa szep­tał mu kto inny i jakby on sam nie ro­zu­miał do­brze, co to znaczy. Miał tylko poczu­cie, że są wolni, ale że stało się zarazem coś okrop­nego, co na­peł­niało go niepoko­jem i przy­gnia­tało mu piersi jak ciężki ka­mień. Wreszcie myśli po­częły mu drętwieć. Długi czas patrzył na wielkie ćmy krą­żące nad płomie­niem, a w końcu jął ki­wać się i drze­mać. Kali drze­mał także, ale budził się co chwi­la i dorzu­cał gałęzi do ognia.

Noc uczyni­ła się głę­boka i co rzadko zda­rza się pod zwrotnika­mi, bardzo cicha. Sły­chać tylko było trzask płoną­cych cierni i sy­czenie pło­mie­nia, któ­ry rozświe­cał zatoczo­ne półko­lem wiszary skalne. Księżyc nie rozjaśniał głębin wą­wozu, ale w górze migo­tały roje nie­zna­nych gwiazd. Po­wietrze sta­ło się tak chłodne, że Staś zbudził się, otrzą­snął senne odrę­twienie i począł troszczyć się o to, czy chłód nie doku­czy malej Nel.

Lecz uspo­koił się przypo­mniawszy sobie, że zostawił jej pod namio­tem na woj­łokach pled, który Dinah za­brała jesz­cze z Faju­mu. Przy­szło mu też na myśl, że jadąc od sa­mego Nilu ciągle, lubo nieznacz­nie, pod górę, mu­sieli przez tyle dni za­je­chać już dość wy­so­ko, a za­tem do krajów, w któ­rych febra nie grozi już tak jak w ni­skim łoży­sku rzeki. Dojmujący chłód noc­ny zdawał się potwier­dzać to przypusz­czenie.

I myśl ta dodała mu otuchy. Podszedł na chwilę pod namiot, by posłu­chać, czy Nel śpi spo­kojnie, po czym wró­cił, siadł bliżej ognia i znów po­czął drze­mać, a na­wet zasnął głęboko.

Nagle zbu­dziło go warczenie Saby, który poprzednio ułożył się do snu tuż przy jego nogach.

Kali ocknął się także i obaj poczęli spoglądać niespokoj­nie na bry­tana, który, wyciągnięty jak struna, nastawił uszy i ło­po­cąc noz­drzami wie­trzył w stro­nę, z której przybyli, wpatrując się zarazem w ciem­ność. Sierść zje­żyła mu się na karku i grzbiecie, a piersi wzdy­mały się od po­wie­trza, które war­cząc wcią­gał w płuca.

Młody nie­wolnik do­rzucił co prędzej su­chych gałę­zi na ogień.

Panie – szeptał – wziąć strzel­bę! wziąć strzelbę!

Staś wziął strzelbę i wysunął się przed ogień, by  widzieć le­piej mrocz­ną głąb wą­wozu. War­czenie Saby zmieniło się w urywane po­szcze­ki­wa­nie. Przez długą chwilę nie było nic słychać, po czym jed­nakże do uszu Kale­go i Stasia do­leciał z odległości głuchy tę­tent, jakby ja­kieś wiel­kie zwie­rzę­ta biegły szybko w stronę ognia. Tę­tent ów od­bijał się wśród ciszy echem o skalne ścia­ny i stawał się co­raz gło­śniej­szy.

Staś zrozu­miał, że zbliża się śmiertelne niebezpie­czeństwo. Ale co to być mogło? Może bawo­ły, może jaka para no­soroż­ców, która szuka wyj­ścia z wą­wozu? W ta­kim razie, jeśli huk strzału nie spłoszy ich i nie zawró­ci, nic nie ura­tuje ka­ra­wany, al­bowiem zwie­rzęta te, nie mniej zło­śliwe i napast­nicze od drapież­nych, nie boją się ognia – i roztra­tują wszystko po drodze...

Gdyby to był jednak jaki oddział Smaina, który, na­tknąwszy się na trupy w wąwozie, ściga mor­derców? Staś sam nie wie­dział, co by­łoby lep­sze: prędka śmierć czy nowa nie­wola? Prze­biegło mu przy tym przez gło­wę, że jeżeli sam Smain znaj­dzie się w oddziale, to ich może oszczę­dzi, ale jeśli go nie ma, to derwisze albo zamor­dują ich na­tych­miast, albo, co go­rzej, umę­czą ich przed śmiercią w okrutny spo­sób.

"Ach – po­myślał – daj Boże, żeby to były zwierzęta, nie ludzie!"

Tymczasem tętent rósł i zmienił się w grzmot kopyt – aż na koniec z ciemności wyłoniły się błyszczące oczy, rozdę­te chrapy i roz­wiane od biegu grzy­wy.

Konie! – zawołał Kali.

Jakoż były to konie Ge­bhra i Cha­misa. Przy­biegły oba w dzikim pędzie, gna­ne widocz­nie trwogą, lecz wpadł­szy w krąg światła i uj­rzaw­szy swych po­pętanych towarzy­szów wspię­ły się na za­dnich no­gach, po czym par­skając zary­ły się kopy­tami w zie­mię i pozo­stały przez chwilę nie­ruchome.

Lecz Staś nie odjął strzelby od twarzy. Był pewien, że za końmi wychyli się lada chwila kudłata gło­wa lwa lub pła­ska czaszka pan­tery. Ale cze­kał na próżno. Ko­nie uspoka­jały się z wolna, a co więcej, Saba prze­stał po nie­jakim cza­sie wie­trzyć, natomiast okrę­ciwszy się kil­ka­krot­nie na miej­scu, jak czynią zwy­kle psy, po­łożył się, zwinął w kółko i za­mknął oczy. Widocznie, jeśli jaki zwierz dra­pieżny ści­gał ko­nie, to po­czuw­szy dym lub zobaczyw­szy od­blask ognia na skałach, cofnął się z daleka.

Musiało jednak coś mocno je nastraszyć – rzekł do Kalego Staś – skoro nie bały się przebiec obok tru­pów ludzi i lwa.

Panie – odrzekł chłopak – Kali domy­ślać się, co się stało. Dużo, dużo hien i sza­kali wejść do wąwozu i iść do tru­pów. Konie przed nimi ucie­kać, ale hieny ich nie gonić, bo one jeść Gebhra i tamtych in­nych...

Być może; ale ty teraz idź, rozsiodłaj konie, za­bierz naczy­nia i worki i przynieś tu. A nie bój się, bo strzelba cię obroni.

Kali się nie bać – odpowie­dział chło­pak.

I rozsunąw­szy nieco cierni przy samej ska­le, wysunął się za zeri­bę, a tym­czasem wy­szła z na­miotu Nel.

Saba pod­niósł się natychmiast i trącając ją nosem, upominał się o zwykłe pieszczoty. Ale ona wy­ciągnąwszy zrazu rękę cofnęła ją na­tych­miast jakby ze wstrętem.

Stasiu, co się stało? – spytała.

Nic. Przy­biegły tam­te konie. Czy to ich tętent cię rozbudził?

Obudzi­łam się już przedtem i chciałam nawet wyjść z namiotu, ale...

Ale co?

Myślałam, że się może rozgnie­wasz.

Ja? na ciebie?

A Nel pod­niosła oczy i poczęła na niego spo­glądać ja­kimś szcze­gólnym wzrokiem, takim, ja­kim nie pa­trzyła nigdy przed­tem. Po twa­rzy Sta­sia prze­mknęło wielkie zdzi­wienie, al­bowiem w jej słowach i spojrzeniu wyczytał wy­raźnie oba­wę.

"Ona się mnie boi!" – pomyślał.

I w pierw­szej chwili odczuł jak­by prze­błysk zado­wolenia. Pochlebiła mu myśl, że po tym, cze­go dokonał, nawet Nel uważa go nie tylko za czło­wieka zupełnie dorosłego, ale za groź­nego wo­jownika roz­siewającego wokół trwo­gę. Ale trwało to krótko, al­bowiem nie­dola rozwi­nęła w nim umysł i dar spostrze­gawczy, po­miarkował przeto, że w zanie­poko­jo­nych oczach dziewczynki widać obok trwogi jakby odrazę do tego, co się stało, do tej przelanej krwi i do tej okropności, której była dziś świad­kiem przy­pomniał so­bie, jak przed chwi­lą cofnęła rękę nie chcąc po­gła­skać Saby, który dodusił jed­nego z Be­duinów. Tak! Staś sam czuł przecie na pier­siach zmorę. Inna rzecz była czy­tać w Port–Sa­idzie o tra­pe­rach amerykań­skich za­bi­jających na Dalekim Za­chodzie tu­zinami czer­wonoskór­ych In­dian, a inna dokonać tego osobi­ście i wi­dzieć ży­wych przed chwilą ludzi chrapią­cych w drgaw­kach wśród kałuż krwi. Tak! Nel ma niezawod­nie w sercu pełno lęku, ale za­równo i odrazy, która w niej pozo­stanie na zawsze. "Będzie się mnie bała – pomyślał Staś – ale w głębi serca, mimo woli, nie prze­sta­nie mieć mi tego za złe i to będzie moja za­pła­ta za to wszystko, com dla niej zrobił".

Na tę myśl wielka go­rycz wezbra­ła mu w piersiach, albowiem zdawał so­bie dosko­nale spra­wę, że gdy­by nie Nel, to już daw­no albo zo­stałby za­bi­ty, albo był­by uciekł. Dla niej więc prze­cierpiał to wszystko, co przecier­piał, a te męki i gło­dy na to tyl­ko się przy­dały, że oto te­raz stoi przed nim spło­szona, jakby nie ta sama, mała siostrzyczka i wznosi ku niemu oczy nie z dawną ufnością, ale ze zdzi­wio­nym lę­kiem. Staś uczuł się na­gle bar­dzo nie­szczęśliwy. Po raz pierwszy w życiu zro­zu­miał, co to jest rozżale­nie. Łzy na­pływały mu mimo woli do oczu i gdyby nie to, że "groź­nemu wo­jow­nikowi" żadną miarą nie wypada­ło się roz­płakać, był­by to może uczynił.

Pohamował się jednak i zwróciwszy się do dziewczynki zapytał:

Czy ty się boisz, Nel?...

A ona od­powiedziała cicho:

Jakoś... tak strasz­no!

Na to Staś kazał Kale­mu przy­nieść wojło­ki spod sio­deł i na­krywszy jed­nym z nich kamień, na którym po­przednio drze­mał, drugi roze­słał na zie­mi i rzekł:

Siądź tu przy mnie koło ognia... Prawda, jaka noc chłodna? Jeśli sen cię zmorzy, to oprzesz o mnie głowę i za­śniesz.

Nel zaś po­wtórzyła:

Jakoś tak straszno!...

Staś owinął ją starannie pledem i przez czas jakiś sie­dzieli w mil­czeniu, wsparci o siebie i oświeceni różowym bla­skiem, który peł­gał po ska­łach i iskrzył się migotliwie na blasz­kach miki, którymi upstrzone były ka­mienne zło­my. Za zeri­bą sły­chać było par­ska­nie koni i chrzęst trawy w ich zę­bach.

Słuchaj, Nel – ozwał się Staś – ja musiałem to zrobić... Gebhr za­groził, że nas zakłuje, jeśli lew nie poprzesta­nie na Ka­lim i będzie ich da­lej go­nił. Sły­szałaś?:.. Pomyśl, że zagroził tym nie tylko mnie, ale i tobie. I był­by to zrobił! Ja powiem ci szczerze, że gdyby nie ta groź­ba, to jed­nak, choć my­ślałem już o tym dawniej, nie byłbym do nich strze­lał. Myślę, że nie mógłbym... Ale on prze­brał miarę. Wi­działaś, jak okrop­nie znęcał się przed­tem nad Ka­lim. A Cha­mis? jakże on nikczem­nie nas za­przedał! Przy tym czy wiesz, co by się stało, gdy­by oni nie byli zna­leźli Sma­ina? Oto Gebhr za­cząłby się znę­cać tak samo nad nami... nad tobą. Okropność po­myśleć, że biłby cię korba­czem i byłby nas oboje za­mę­czył, a po naszej śmierci wróciłby so­bie do Fa­szody i po­wiedział, że­śmy pomar­li z febry... Ja, Nel, nie z żad­nego okrucień­stwa tak zro­bi­łem, ale mu­sia­łem myśleć o tym, jak­by cię ura­tować... O ciebie tylko mi cho­dzi­ło...

I w głosie jego odbiło się wyraźnie to rozżale­nie, które przepełnia­ło mu ser­ce. Nel zro­zumiała to widocznie, gdyż przytu­liła się do niego moc­niej, on zaś opanowaw­szy chwilo­we wzrusze­nie tak mó­wił dalej:

Ja się przecie nie zmienię i będę cię strzegł i pil­nował jak poprzednio. Póki oni żyli, nie było żadnej nadziei ra­tunku. Te­raz mo­żemy uciec do Abi­synii. Abisyńczy­cy są czarni i dzicy, ale chrześcija­nie i nie­przyjaciele derwiszów. Byleś była zdrowa, to nam się to uda, bo do Abi­sy­nii nie jest bar­dzo daleko. A choćby nam się na­wet nie uda­ło, choćby­śmy wpadli w ręce Sma­ina, to nie myśl, że on się będzie na nas mścił. On nigdy w ży­ciu nie wi­dział ani Ge­bhra, ani Beduinów; znał tylko Chamisa, ale co mu tam Cha­mis! Może­my przy tym nie mó­wić wcale Sma­inowi, że Chamis z nami był. Jeśli nam się uda przedostać do Abisynii, to będziemy oca­leni, a jeśli nie, to i w takim ra­zie nie bę­dzie ci go­rzej tylko le­piej, bo ta­kich okrut­ników jak tamci nie ma chyba więcej na świecie... Nie bój się ty mnie, Nel!...

I chcąc wzbudzić jej zaufanie, a zarazem do­dać otuchy, począł ją głaskać po płowej główce. Dziewczyn­ka słuchała pod­nosząc nie­śmiało na niego oczy. Wi­doczne było, że chce coś powiedzieć, ale się ocią­ga i waha – i obawia. Na koniec schyliła głowę, tak że włosy za­kryły cał­kiem jej twarz, i za­pytała jesz­cze ciszej niż po­przednio i trochę drżą­cym gło­sem:

Stasiu...

Co, ko­chanie?

A oni tu nie przyjdą?...

Kto? – za­pytał ze zdziwieniem Staś.

Tamci... zabici?

Co ty mó­wisz, Nel?...

Boję się! boję się!...

I pobladłe usta poczę­ły się jej trząść.

Zapadło milczenie. Staś nie wierzył, by zabici mo­gli zmar­twychwstać, ale ponie­waż była noc i ciała ich leżały nie­daleko, więc uczyni­ło mu się ja­koś dziw­nie nieswo­jo: dreszcz przebiegi mu po ple­cach.

Co ty mó­wisz, Nel? – powtórzył. – To Dinah nauczyła cię bać się duchów... Umarli nie...

I nie skoń­czył, bo w tej chwili stało się coś przera­żającego. Oto wśród ciszy noc­nej w głę­biach wąwo­zu, w tej stro­nie, gdzie leżały trupy, roz­legł się na­gle jakiś nieludzki okropny śmiech, w którym drgała roz­pacz i ra­dość, i okru­cień­stwo, i ból, i łkanie, i szyder­stwo – rozdzie­ra­jący i spa­zmatyczny śmiech obłąkanych lub potę­pieńców.

Nel krzyknę­ła i z całych sił objęła Stasia ra­mionami. A jemu wszystkie włosy sta­nęły dę­bem. Saba zerwał się i po­czął war­czeć.

Lecz siedzą­cy opodal Kali pod­niósł spo­kojnie gło­wę i rzeki prawie we­soło:

To hieny śmiać się z Gebhra i z lwa.

 

 

Rozdział 23

Wielkie wy­padki po­przedniego dnia i wra­żenia nocne tak wymę­czyły Stasia i Nel, że gdy wresz­cie zmorzył ich sen, za­snęli oboje ka­mien­nym snem i dziewczyn­ka dopiero koło połu­dnia ukaza­ła się przed namiotem. Staś zerwał się nieco wcze­śniej z wojłoku roz­cią­gniętego bli­sko ogni­ska i w ocze­kiwaniu na towa­rzyszkę ka­zał Kalemu zająć się śniada­niem, które ze względu na późną go­dzinę miało być zara­zem obia­dem.

Jasne świa­tło dnia roz­pędziło nocne stra­chy; oboje zbudzili się nie tylko wypoczęci, ale i pokrze­pieni na du­chu. Nel wy­glądała le­piej i czuła się sil­niej­sza, że zaś oboje chcieli od­jechać jak najdalej od miejsca, w którym leże­li po­strzela­ni Su­dań­czycy, więc zaraz po po­siłku siedli na koń i ru­szyli przed siebie.

O tej porze dnia wszy­scy podróż­nicy po Afryce za­trzymują się na połu­dniowy wy­poczynek i nawet kara­wany złożo­ne z Murzy­nów chro­nią się pod cień wiel­kich drzew, są to bo­wiem tak zwane "bia­łe godziny" – godziny upału i mil­czenia, pod­czas któ­rych słońce praży nie­miło­sier­nie i spogląda­jąc z wyso­ka, zdaje się szukać, kogo by za­bić. Wszelki zwierz za­szywa się wówczas w największe gąszcze; ustaje śpiew pta­ków, ustaje brzęczenie owadów i cała natura zapada w ci­szę, przyta­ja się, jakby chcąc uchronić się przed okiem złego bóstwa. Lecz oni je­chali wą­wo­zem, w któ­rym jedna ze ścian rzu­cała głę­boki cień, więc mogli posuwać się na­przód nie naraża­jąc się na spiekę. Staś nie chciał opusz­czać wąwozu na­przód dlate­go, że na górze mogli być dostrze­żeni z dala przez od­działy Sma­ina, a po wtóre, że ła­twiej w nim było zna­leźć w roz­pa­dlinach skal­nych wodę, która w miej­scach od­krytych wsiąkała w ziemię lub zmieniała się pod wpływem promieni sło­necz­nych w parę.

Droga cią­gle, lubo nieznacz­nie, szła w górę. Na ścianach skalnych widać było miejscami żółte złogi siarki. Woda w szcze­linach prze­jęta była także jej zapa­chem, co obojgu dzieciom przypomi­nało w nie­miły spo­sób Omdur­man i mah­dy­stów, któ­rzy namasz­czali głowy tłusz­czem ugnie­cio­nym z proszkiem siarczanym. W innych natomiast miej­scach czuć było koty piżmo­we, a tam, gdzie z wy­sokich wi­szarów spa­dały aż na dół wąwozu prze­pyszne kaskady lia­nów, roz­cho­dziła się upa­jająca woń wanilii. Mali wę­drowcy chętnie za­trzy­mywali się w cieniu tych ko­tar hafto­wa­nych kwie­ciem pur­pu­rowym i lila, które wraz z liść­mi dostar­czało pokar­mu dla koni.

Zwierząt nie było widać, tylko gdzie­niegdzie na zrębach skał sie­działy w kucki mał­py, podob­ne na tle nieba do ta­kich fan­ta­stycz­nych bo­żyszcz po­gań­skich, jakie w Indiach zdobią kra­wędzie świątyń. Wielkie grzywiaste samce po­kazywały Sa­bie zęby lub wy­cią­gały w trąb­kę paszcze na znak zdumienia i gniewu, podskaku­jąc jedno­cześnie, mru­gając oczyma i dra­piąc się po bokach. Ale Saba, przy­zwy­cza­jony już do ich ciągłe­go widoku, niewiele zwracał na te groźby uwagi.

Jechali raź­nie. Radość z odzyska­nej wolno­ści spędziła z piersi Sta­sia tę zmo­rę, która dławiła go w nocy. Głowę miał obecnie za­jętą tylko my­ślą, co dalej czy­nić, jak wy­prowadzić Nel i siebie z okolic, w których gro­ziła im po­nowna nie­wola u der­wiszów, jak ra­dzić so­bie pod­czas dłu­giej po­dróży przez puszczę, by nie umrzeć z głodu i pragnienia, i na koniec: do­kąd iść? Wiedział jeszcze od Hatima, że z Fa­szody w pro­stej li­nii do granicy abi­syńskiej nie ma wię­cej niż pięć dni drogi – i wyracho­wał, że wy­niesie to około stu mil angiel­skich. Owóż od wy­jazdu ich z Fa­szo­dy upłynęło blisko dwa ty­godnie, ja­sną więc było rzeczą, że nie szli tą najkrót­szą drogą, lecz w po­szukiwa­niu Smaina mu­sieli skręcić znacznie na południe. Przypo­mniał so­bie, że w szóstym dniu podró­ży przebyli rzekę, która nie była Ni­lem, a po­tem, zanim kraj za­czął się wzno­sić, przejeż­dżali koło jakichś du­żych błot. W szkole w Port–Sa­idzie uczo­no bardzo do­kładnie geografii Afryki i Sta­siowi zo­sta­ła w pa­mię­ci nazwa Ballor, oznaczająca rozlewisko mało znanej rzeki Sob­bat, wpada­jącej do Nilu. Nie był wpraw­dzie pewny, czy pomi­nę­li te wła­śnie roz­lewiska, ale przy­puszczał, że tak było. Przyszło mu do gło­wy, że Sma­in chcąc na­łapać nie­wolni­ków nie mógł ich szukać wprost na wschód od Fa­szody, gdyż kraj był tam już cał­kowicie wylud­niony przez derwi­szów i ospę, lecz mu­siał iść ku połu­dniowi, w oko­lice do­tych­czas przez wy­prawy nie nawie­dzane. Staś wy­wniosko­wał z tego, że idą śladami Smaina – i ta myśl prze­straszy­ła go w pierw­szej chwili.

Począł więc zastanawiać się, czy nie należy po­rzucić wą­wozu, który skręcał co­raz wyraź­niej na po­łudnie, i iść wprost na wschód. Lecz po chwili roz­wagi zanie­chał tego zamiaru. Owszem, ciągnąć w trop za ban­dą Smaina na odle­głość dwóch lub trzech dni – wy­dało mu się naj­bez­pieczniej, gdyż było zupełnie nieprawdo­podobne, by Smain wracał z to­warem ludz­kim tą samą kołującą drogą za­miast skie­rować się wprost do Nilu. Staś zrozumiał też, że do Abisynii można się było prze­dostać tylko od strony połu­dnio­wej, w któ­rej kraj ten styka się z dziką pusz­czą, nie zaś od granicy wschodniej, pil­nie strze­żonej przez derwiszów.

I wskutek tych myśli postanowił zapuścić się jak naj­dalej w stro­nę połu­dniową. Można tam było wpraw­dzie na­tknąć się na Murzy­nów, bądź zbie­głych znad brzegów Białego Nilu, bądź miejsco­wych. Ale z dwojga złe­go Staś wo­lał mieć do czy­nienia z czarnymi niż z mah­dy­stami. Li­czył przy tym i na to, że na wypa­dek spotka­nia zbiegów lub osad miejsco­wych Kali i Mea mogą mu być po­mocni. Na młodą Mu­rzynkę dość było spoj­rzeć, aby odgadnąć, że należy do plemie­nia Dinka lub Szylluk, miała bo­wiem nie­zmier­nie długie i cienkie nogi, ja­kimi odznaczają się oba te szczepy za­mieszkując­e po­brzeża Nilu i bro­dzące na podobień­stwo żurawi lub bocia­nów po jego rozle­wi­skach. Kali nato­miast, lubo pod ręką Ge­bhra stał się podob­ny do ko­ściotrupa, miał zupeł­nie inną po­stać. Był krępy i mocno zbu­do­wany; ra­miona miał silne, a sto­py w po­rów­naniu ze stopami Mei sto­sun­kowo małe.

Ponieważ nie mówił prawie wca­le po arab­sku, a źle językiem ki–swahili, którym można roz­mówić się prawie w ca­łej Afryce i któ­rego Staś wy­uczył się jako tako od Zanziba­rytów pra­cujących przy kanale, widoczne więc było, że po­cho­dził z ja­kichś odle­głych stron.

Staś posta­nowił wyba­dać go, z ja­kich.

Kali, jak się zowie twój naród? – zapytał.

Wa–hima – odpowie­dział młody Murzyn.

Czy to jest duży naród?

Wielki, który wojuje ze złymi Samburu i zabiera im bydło.

A gdzie leży twoja wieś?

Daleko! daleko!... Kali nie wie gdzie.

Czy w ta­kim kraju jak ten?

Nie. Tam jest wielka woda i góry.

Jak nazy­wacie tę wodę?

Nazywa­my ją: "Ciemna Woda".

Staś pomy­ślał, że chłopiec może po­chodzić z okolic Al­bert–Nian­za, które były do­tychczas w rękach Emi­na paszy, więc chcąc to spraw­dzić py­tał dalej:

Czy nie mieszka tam biały naczelnik, który ma czarne dy­miące ło­dzie i woj­sko?

Nie. Sta­rzy ludzie mówić u nas, że wi­dzieli bia­łych ludzi (tu Kali roz­stawił pal­ce) raz, dwa, trzy!... Tak. Było trzech w dłu­gich bia­łych suk­niach. Szu­kali kłów... Kali ich nie widział, bo nie był jesz­cze na świe­cie, ale oj­ciec Kalego przyjmować ich i dać im dużo kłów.

Czym jest twój ojciec?

Królem Wa–hima.

Stasiowi pochlebiło to trochę, że ma za sługę króle­wicza.

Czy chciałbyś zobaczyć ojca?

Kali chcieć zo­baczyć mat­kę.

A co byś uczynił, gdybyśmy spotkali Wa–hima, i co by oni uczynili?

Wa–hima paść na twarz przed Kalim.

Więc za­prowadź nas do nich, to wówczas ty zostaniesz z nimi i bę­dziesz pa­nował po ojcu, a my pójdziemy dalej aż do morza.

Kali do nich nie tra­fić i nie zo­stać, bo Kali kocha pana wiel­kiego i cór­kę księżyca.

Staś zwrócił się wesoło do towa­rzyszki i rzekł:

Nel, zo­stałaś córką księżyca!

Lecz spoj­rzawszy na nią posmut­niał nagle, przyszło mu bowiem na myśl, że zbiedzona dziewczyn­ka wygląda ze swoją bladą i prze­zro­czy­stą twa­rzyczką istotnie wię­cej na księ­życową niż na ziemską istotę.

Młody Mu­rzyn zamilkł na chwilę, po czym powtórzył:

Kali ko­chać bwana kubwa, bo bwana ku­bwa nie za­bić Kalego, tylko Gebh­ra, a Kale­mu dać dużo jeść. I począł gła­dzić się po pier­siach po­wta­rzając z widoczną rozkoszą:

Mnóstwo mięsa, mnóstwo mięsa!

Staś chciał jeszcze do­wiedzieć się, jakim sposobem chłopiec dostał się w niewolę do derwiszów, ale pokaza­ło się, że od czasu gdy pew­nej nocy złapa­no go przy dołach wy­kopanych na zebry, przechodził przez tyle rąk, iż z od­po­wiedzi jego nie można było wcale wywnio­sko­w­ać, przez ja­kie kraje i którędy pro­wadzono go aż do Fa­szody. Za­sta­nowiło Stasia to tylko, co mówił o "Ciemnej Wodzie", gdyby bo­wiem po­cho­dził z okolic Al­bert–Nian­za, Albert–Edward–Nianza albo Wik­toria–Nianza, przy którym leża­ły pań­stwa Unioro i Uganda, byłby nie­wątpli­wie sły­szał coś o Eminie–paszy, o jego woj­skach i o parowcach, które wzbu­dzały po­dziw i strach w Murzy­nach. Tanga­nika była zbyt odle­gła, po­zo­stało za­tem tylko przypusz­czenie, że naród Kale­go ma swe siedziby gdzieś bli­żej. Z tego po­wodu spotkanie się z ludźmi Wa–hima nie było całkiem nie­po­dobne.

Po kilku go­dzinach jaz­dy słońce poczęło się zniżać. Upał zmniejszył się znacz­nie. Trafili na szeroką dolinę, w której była woda i ro­sło kil­ka­na­ście dzikich fig,15 więc zatrzymali się, by dać wytchnienie koniom i pokrzepić się zapasa­mi. Ponie­waż ściany skaliste były w tym miej­scu niż­sze, Staś rozkazał Ka­lemu, by wydostał się na górę i zobaczył, czy w okoli­cy nie wi­dać jakich dymów.

Kali spełnił rozkaz i w mgnieniu oka znalazł się na kra­wędzi skał. Rozejrzaw­szy się do­brze na wszystkie strony, zsu­nął się po gru­bej ło­dy­dze lianu i oświadczył, że dymu nie ma, ale jest nyama. Ła­two się było domyślić, że mówi nie o pentar­kach, lecz o grubszej ja­kiejś zwie­rzy­nie; uka­zawszy bo­wiem na strzelbę Stasia przy­łożył na­stępnie pal­ce do głowy na znak, że jest to zwie­rzyna roga­ta.

Staś wdra­pał się z ko­lei na górę i wychyliwszy ostrożnie głowę po­nad kra­wędź, po­czął patrzeć przed sie­bie. Nic nie za­słaniało mu wi­doku w dal, gdyż dawna, wy­soka dżun­gla była spalona, a nowa, która puściła się już ze sczer­niałej ziemi, miała zaled­wie kilka cali wy­so­kości. Jak okiem się­gnąć, widać było rzadko rosnące wielkie drzewa z osmolo­ny­mi przez ogień pnia­mi. Pod cie­niem jed­ne­go z nich pa­sło się stadko an­ty­lop gnu,16 podobnych z kształtów ciała do koni, a z głów do ba­wołów. Słońce, przedziera­jąc się przez liście ba­obabu, rzucało drgające świe­tliste plamy na ich brunat­ne grzbiety. Było ich dziewięć sztuk. Odle­głość wyno­siła nie wię­cej jak sto kroków, ale wiatr wiał od zwierząt ku wą­wozo­wi, pasły się więc spokojnie, nie podej­rzewając niebezpie­czeństwa. Staś, chcąc zaopa­trzyć ka­rawanę w mięso, strzelił do najbli­żej stoją­cej sztuki, która runęła jak piorunem rażona na ziemię. Reszta sta­da pierz­chła, a wraz z nią i wiel­ki ba­wół, któ­rego nie dostrzegli po­przednio, gdyż leżał ukryty za kamieniem. Chło

piec, nie z potrzeby, ale przez żyłkę my­śliwską, upatrzywszy chwilę, w której zwierz zwró­cił się nieco bokiem, po­słał i za nim kulę. Bawół za­chwiał się silnie po strzale, po­ciągnął za­dem, ale pobiegł da­lej i nim Staś zdążył zmienić na­boje, znikł w nierówno­ściach gruntu.

Zanim dym się rozwiał, Kali siedział już na anty­lopie i roz­cinał jej brzuch no­żem Gebh­ra. Staś podszedł ku niemu chcąc się bliżej zwie­rzę­ciu przy­patrzyć – i wielkie było jego zdzi­wienie, gdy po chwili młody Mu­rzyn podał mu za­krwa­wionymi rę­koma dy­miącą jesz­cze wą­trobę anty­lopy.

Dlaczego mi to da­jesz? – za­pytał.

Msuri, msuri! Bwa­na kubwa jeść zaraz.

Zjedzże sam! – od­powiedział Staś, obu­rzony pro­pozycją.

Kali nie dał sobie tego dwa razy powtarzać, lecz natych­miast po­czął rwać zębami wą­trobę i ły­kać z chci­wością su­rowe kawa­ły, a wi­dząc, że Staś pa­trzy na nie­go z obrzy­dzeniem, nie przesta­wał między jednym a drugim sy­kiem powta­rzać: "Msu­ri! msuri!"

Zjadł w ten sposób przeszło pół wątroby, po czym zabrał się do opra­wiania anty­lopy. Czynił to nadzwy­czaj szybko i umiejęt­nie, tak że nie­ba­wem skóra była zdjęta i udziec od­dzielony od grzbietu. Wówczas Staś, zdzi­wiony nie­co, że Saba nie znalazł się przy tej robocie, gwizd­nął na niego, by zaprosić go na walną ucztę z przednich części zwie­rzę­cia.

Lecz Saba nie pojawił się wcale, natomiast schylony nad antylo­pą Kali pod­niósł głowę i rzekł:

Wielki pies pole­cieć za ba­wołem.

Widziałeś? – zapytał Staś.

Kali wi­dzieć.

To rzekłszy założył na głowę polę­dwicę anty­lopy, a dwa udźce na ra­miona i ru­szył do wą­wozu. Staś gwizdnął jesz­cze kil­ka razy i cze­kał, ale wi­dząc, że czyni to na próżno, po­szedł za nim. W wą­wozie Mea zajęta już była ścina­niem cierni na ze­ribę, Nel zaś sku­biąc swymi ma­łymi pa­lusz­kami ostat­nią pentarkę za­pytała:

Czy to na Sabę gwiz­dałeś? on poleciał za wami.

Poleciał za bawo­łem, które­go postrze­liłem, i je­stem bar­dzo niespo­kojny – od­powiedział Staś.

To są zwierzęta ogromnie zawzięte, a tak silne, że lew nawet boi się na nie napa­dać. Z Sabą może być źle, jeśli roz­pocz­nie walkę z ta­kim prze­ciw­nikiem.

Usłyszaw­szy to Nel zaniepoko­iła się bar­dzo i oświadczy­ła, że nie pójdzie spać, póki Saba nie wróci. Staś widząc jej zmar­twienie zły był na sie­bie, że nie zataił przed nią niebezpie­czeństwa, i począł ją pocieszać.

Poszedł­bym za nimi ze strzelbą – mówił – ale muszą już być bardzo daleko, a wkrótce za­padnie noc i ślady sta­ną się nie­wi­dzialne. Ba­wół jest mocno strzelony i mam na­dzieję, że padnie. W każdym ra­zie osłabi go utrata krwi i jeśli nawet rzuci się na Sabę, to Saba potrafi uciec... Tak! Wróci może dopiero w nocy, ale wróci na pewno.

I mówiąc to sam nie bardzo wie­rzył we wła­sne słowa, pamiętał bowiem, co czytywał o niesłycha­nej mściwo­ści afry­kań­skiego ba­wołu, który na­wet cięż­ko ranny obiega ko­łem i zasa­dza się przy ścieżce, którą idzie myśliwy, a potem ata­kuje nie­spodzianie, po­rywa go na rogi i wy­rzuca w górę. Z Sabą mogło się wyda­rzyć coś po­dobnego, nie mó­wiąc o innych niebezpie­czeństwach, które grozi­ły mu w po­wrotnej dro­dze – w nocy.

Jakoż nie­bawem noc zapadła. Kali i Mea urządzili ze­ribę, rozpa­lili ogień i zajęli się wieczerzą. Saba nie wracał.

Nel strapio­na była co­raz więcej i w końcu za­częła pła­kać.

Staś zmusił ją nieled­wie, żeby się położy­ła, obiecu­jąc, że bę­dzie czekał na Sabę, a jak tylko się rozwidni, pójdzie sam go szukać i przy­pro­wa­dzi. Nel po­szła wpraw­dzie pod namiot, ale co chwila wychylała główkę spod jego skrzy­deł py­tając, czy pies nie wrócił. Sen zmo­rzył ją do­piero po północy, gdy Mea wyszła, by zastąpić Ka­lego, który czu­wał nad ogniem.

Czemu córka księ­życa płakać? – zapytał Sta­sia młody Murzyn, gdy obaj pokładli się do snu na czaprakach. – Kali tego nie chce.

Żal jej Saby, które­go bawół pewno za­bił.

A może nie zabił – odrzekł czarny chło­pak.

Po czym umilkł i Staś zasnął głęboko. Było jednak jeszcze ciemno, gdy się obudził, al­bowiem po­czął mu do­kuczać chłód. Ogień przy­gasł. Mea, która miała go pilno­wać, zdrzemnęła się i od pewnego czasu prze­stała dorzu­cać chru­stu na węgle.

Wojłok, na którym spał Kali, był pu­sty.

Staś sam dorzucił pa­liwa, po czym trącił Murzynkę i spytał:

Gdzie jest Kali?

Chwilę pa­trzyła na niego nie­przytomnie, po czym roztrzeźwiw­szy się na­leżycie, rze­kła:

Kali wziął miecz Ge­bhra i po­szedł za ze­ribę. Myśla­łam, że chce naciąć więcej chru­stu, ale on wcale nie wrócił.

Dawno wyszedł?

Dawno.

Staś czekał przez pe­wien czas, ale gdy Mu­rzyna  nie było długo widać, mimo woli zadał sobie pytanie:

Uciekł?

I serce ści­snęło mu się przy­krym uczu­ciem, jakie budzi za­wsze niewdzięczn­ość ludz­ka. Przecie on ujmował się za tym Kalim i bro­nił go wów­czas, gdy Gebhr znę­cał się nad nim po ca­łych dniach, a następnie ocalił mu życie. Nel była zawsze dla niego dobra i pła­kała nad jego niedo­lą, a oboje obchodzili się z nim jak najle­piej. On zaś uciekł! Sam przecie mó­wił, że nie wie, w któ­rej stronie leżą osady Wa–hima, i że nie zdo­łałby do nich trafić, a jednak uciekł! Sta­siowi znów przypo­mniały się podróże afrykańskie czy­tane w Port–Sa­idzie i opo­wiadania po­dróżni­ków o głu­po­cie Mu­rzynów, któ­rzy porzu­ca­ją ładunki i uciekają na­wet wów­czas, gdy ucieczka grozi im niechybną śmiercią. Oczy­wi­ście, że i Kali, mając za całą broń tylko su­dański miecz Ge­bhra, musi umrzeć z głodu lub – o ile nie wpad­nie w ponowną niewolę u derwi­szów – stać się łu­pem dzi­kich zwie­rząt.

Ach! Nie­wdzięcznik i głupiec!

Staś począł następnie rozmyślać i nad tym, o ile podróż bez Kalego będzie trud­niejsza dla nich i kło­potliwsza, a praca cięż­sza. Poić ko­nie i pę­tać na noc, rozpinać namiot, bu­dować zeri­bę, pilno­wać w cza­sie drogi, by nie pogi­nęły zapasy i juki z rze­czami, ob­dzierać i dzie­lić za­bi­tą zwie­rzynę – wszystko to, w braku młodego Murzyna, miało teraz spaść na niego, a on przyznawał w duchu, że o niektó­rych czyn­no­ściach, na przy­kład o ob­dziera­niu ze skóry zwierzyny, nie ma naj­mniej­szego pojęcia.

"Ha! trudno – rzekł so­bie – trzeba!..."

Tymczasem słońce wy­sunęło się zza widno­kręgu i – jak zawsze bywa pod zwrotnikami – dzień zro­bił się w jednej chwi­li. Nieco później woda do mycia, któ­rą Mea przy­gotowała na noc dla pa­nienki, po­częła chlu­pać pod na­miotem, co znaczyło, że Nel wstała i ubiera się. Ja­koż wkrótce uka­zała się ubrana już, ale z grze­bieniem w ręku i z na­stro­szoną jeszcze czu­prynką.

A Saba? – zapytała.

Nie ma go dotąd.

Usta dziew­czynki po­częły zaraz drgać.

Może jeszcze wró­ci – rzekł Staś. – Pa­miętasz, że na pustyni nie bywało go czasem po dwa dni, a potem za­wsze nas do­ganiał.

Mówiłeś, że pójdziesz go poszu­kać?...

Nie mogę.

Dlaczego, Stasiu?

Bo nie mogę zosta­wić cię tyl­ko z Meą w wąwozie.

A Kali?

Kalego nie ma.

I zamilkł nie wiedząc sam, czy ma jej po­wiedzieć całą praw­dę; ale po­nieważ rzecz nie mogła się ukryć, więc pomy­ślał, że lepiej jest wyja­wić ją od razu.

Kali za­brał miecz Gebhra – rzekł – i w nocy po­szedł nie wiadomo dokąd. Kto wie, czy nie uciekł. Mu­rzyni często tak ro­bią, nawet na wła­sną zgu­bę. Żal mi go... Ale może jesz­cze zrozu­mie, że głupstwo zrobił, i...

Dalsze sło­wa przerwa­ło mu rado­sne szcze­kanie Saby, które napeł­niło cały wąwóz. Nel rzuciła grze­bień na zie­mię i chcia­ła biec na spo­tka­nie – wstrzymały ją jednak ciernie zeri­by.

Staś począł je co prę­dzej rozrzu­cać, zanim wszelako otworzył przejście, naprzód zja­wił się Saba, a za nim Kali, tak świe­cą­cy i mo­kry od rosy jak­by po naj­większym deszczu.

Radość ogromna ogarnęła oboje dzieci i gdy Kali, nie mogąc złapać tchu ze zmęcze­nia, znalazł się za pło­tem zeriby, Nel zarzuci­ła mu swoje białe rączki na czarną szyję i uści­skała go z całej siły.

A on rzekł:

Kali nie chce wi­dzieć bibi płakać, więc Kali znaleźć psa.

Dobry Kali! – od­powiedział Staś klepiąc go po ra­mieniu. – A nie bałeś się spotkać po nocy lwa albo pante­ry?

Kali bać się, ale Kali pójść – od­powiedział chłopak.

Słowa te zjednały mu jeszcze bar­dziej serca dzieci. Staś na prośby Nel wydobył z jednego toboła sznurek szkla­nych pa­ciorków, w które przy wy­jeździe z Omdurma­nu zaopa­trzył ich Grek Kalio­puli, i przy­ozdobił nim wspaniale szyję Kale­go, ów zaś, uszczęśli­wiony z po­darku, spoj­rzał zaraz z wielką dumą na Meę i rzekł:

Mea nie mieć pa­ciorków, a Kali mieć, bo Kali jest "wielki świat".

W ten spo­sób zostało nagrodzone poświęce­nie czarne­go chłopca. Saba nato­miast otrzy­mał ostrą burę, z któ­rej po raz wtóry od czasu służ­by u Nel do­wiedział się, że jest zu­pełnie brzydki i że jeśli jeszcze raz zrobi coś podob­nego, to bę­dzie prowa­dzony na sznurku jak małe szcze­nię. On słu­chał tego kiwając w dość dwu­znaczny sposób ogonem. Nel jednak twierdziła, iż widać mu było z oczu, że się wsty­dzi, i że z pew­nością się zaczer­wienił, cze­go nie moż­na było zo­baczyć tyl­ko dlatego, że ma pasz­czę pokrytą sier­ścią.

Potem na­stąpiło śniadanie złożone z wybornych dzikich fig i z combra gnu, a pod­czas śnia­dania Kali opowiadał swe przygo­dy. Staś zaś tłu­ma­czył je nie rozu­miejącej ję­zyka ki–swahili Nel na angiel­ski. Bawół, jak się po­kazało, uciekł da­le­ko. Kalemu trudno było zna­leźć ślad, ponie­waż noc była bezk­siężycowa. Na szczę­ście dwa dni przed­tem padał deszcz i zie­mia nie była zbyt twarda, skutkiem czego raci­ce cięż­kie­go zwierzę­cia wybijały w niej za­głębienia. Kali szukał ich za po­mocą pal­ców u nóg i szedł dłu­go. Bawół padł wresz­cie i musiał paść nie­ży­wy, gdyż nie było żadnych śladów wal­ki między nim a Sabą. Gdy Kali ich znalazł, Saba zżarł już był więk­szą część przedniej łopatki ba­wołu, ale choć więcej już jeść nie mógł, nie po­zwalał jednak zbli­żyć się do mięsa dwom hie­nom i kilku­nastu sza­kalom, któ­re stały na­okół czeka­jąc, aż sil­niej­szy dra­pież­nik ukończy ucztę i odej­dzie.

Chłopiec skarżył się, że pies war­czał także i na niego, ale on wów­czas zagro­ził mu gnie­wem "pana wielkiego" i bibi, po czym wziął go za ob­ro­żę i odcią­gnął od ba­wołu, a pu­ścił dopiero w wąwozie.

Na tym skończyło opowiada­nie noc­nych przy­gód Kalego, po czym wszyscy w dobrych hu­morach sie­dli na konie i poje­chali dalej.

Jedna tylko długonoga Mea, lubo cicha i po­korna, spo­glądała z zazdrością na naszyj­nik młode­go Murzyna i na ob­rożę Saby i my­ślała ze smut­kiem w duszy:

"Oni obaj są "wielki świat", a ja mam tylko mosiężną obrączkę na jednej no­dze".

 

 

Rozdział 24

Przez na­stępne trzy dni jechali wciąż wąwo­zem i za­wsze w górę. Dni były prze­ważnie upalne, noce na przemian chłodne albo parne. Zbli­żała się pora dżdży­sta. Zza wid­nokręgu wy­suwały się tu i ówdzie chmury, białe jak mleko, ale głębokie i zawalne. Stro­nami widać było już smugi dżdżu i da­lekie tęcze. Nad ranem trzeciego dnia jedna z ta­kich chmur pę­kła nad ich głowami jak beczka, z której zle­ciała ob­ręcz, i po­kropiła ich cie­płym i obfi­tym, ale na szczę­ście krótko­trwałym desz­czem. Potem po­goda uczy­niła się jed­nak piękna i mogli je­chać da­lej. Pen­tarki uka­zy­wały się znów w takiej ilości, że Staś strzelał do nich nie zsiadając z ko­nia i zabił w ten spo­sób pięć sztuk, co li­cząc nawet z Sabą aż nadto star­czyło na jedno­razo­wy posi­łek. Podróż w odświeżo­nym powie­trzu nie była wcale uciąż­liwa, a obfitość zwie­rzyny i wody usu­wała obawę głodu i pra­gnie­nia. W ogóle szło im ła­twiej, niż się spo­dziewali, to­też Stasia nie opusz­czał dobry humor i ja­dąc obok dziew­czynki gwa­rzył z nią wesoło, a chwilami i żartował.

Wiesz co, Nel – mó­wił, gdy na chwilę za­trzymali ko­nie pod wielkim drzewem chlebowym, z którego Kali z Meą ob­cinali po­dobne do ogrom­nych melonów owoce – czasem mi się zdaje, że ja jestem błędny ry­cerz.

A co to jest błędny rycerz? – zapytała Nel zwracając ku niemu swą śliczną główkę.

Dawno, dawno temu, w średnich wiekach, byli tacy ry­cerze, któ­rzy jeździli po świecie i szukali przygód. Walczyli z ol­brzymami i smo­kami i wiesz? każ­dy miał swoją damę, którą opiekował się i której bronił.

To ja je­stem taka dama?

Staś zasta­nowił się przez chwi­lę, po czym odrzekł:

Nie – tyś na to za mała. Tam­te wszystkie były doro­słe.

I ani przez głowę mu nie prze­szło, że może żaden błędny ry­cerz nie uczynił tyle dla swej damy, ile on dla tej małej sio­strzyczki – po pro­stu wy­da­wało mu się, że to, co uczy­nił, rozu­miało się samo przez się.

Lecz Nel uczuła się pokrzyw­dzona jego słowami, więc wysu­nąwszy z nadąsaną minką usta rzekła:

A mówi­łeś raz w pustyni, że postąpiłam jak osoba trzynastolet­nia? Aha!

No to raz. Ale masz lat osiem.

To za dziesięć będę miała osiemna­ście!

Wielka rzecz! A ja dwudziesty czwarty! W takim wieku człowiek nie myśli już o żadnych da­mach, bo ma co inne­go do robo­ty. Rozu­mie się!

A co bę­dziesz robił?

Będę in­żynierem albo mary­narzem, albo jeśli w Polsce bę­dzie wojna, to pojadę się bić jak mój ojciec.

Ona zaś spytała nie­spokojnie:

Ale wró­cisz do Port–Saidu?

Pierwej musimy tam powró­cić oboje.

Do tatu­sia! – odpo­wiedziała dziewczyn­ka.

I oczy jej zamgliły się smutkiem i tęsknotą. Na szczę­ście nadle­ciało w tej chwili stad­ko prze­ślicznych papug, sza­rych, z ró­żowymi gło­wami i z ró­żową pod­szewką pod spodem skrzydeł. Dzieci zapo­mniały na­tychmiast o poprzed­niej rozmowie i poczęły śle­dzić oczy­ma ich lot.

Stadko za­kręciło nad grupą eu­forbii i spa­dło na ro­snący opo­dal syko­mor, wśród którego ga­łęzi rozległy się zaraz głosy po­dobne do ga­da­tli­wej na­rady lub kłótni.

To są pa­pugi, które najłatwiej uczą się mówić rzekł Staś. – Gdy zatrzymamy się gdzie na dłużej, po­staram się zła­pać taką dla ciebie.

O Stasiu! Dziękuję! – odpowie­działa z ra­dością Nel. – Będzie się nazywała Daisy...

Tymczasem Mea i Kali, naobcinaw­szy owoców z chlebow­ca, obłado­wali nimi konie i mała kara­wana ruszy­ła dalej. Po po­łudniu za­częło się jed­nak znów chmu­rzyć i chwi­lami przela­tywały krót­kie dżdże napełniając wodą wszystkie załamy i wgłębienia gruntu. Kali przepowia­dał wielką ulewę, więc Stasiowi przyszło do głowy, że wąwóz, któ­ry zacie­śniał się znów coraz bardziej, nie będzie dość bez­piecznym na noc schronie­niem, albo­wiem zmie­nić się może w po­tok. Z tego powodu po­stanowił no­cować na górze, a po­stanowienie to ucieszyło i Nel, zwłaszcza gdy wysła­ny na zwia­dy Kali po­wrócił i oświadczył, że niedale­ko znajduje się lasek zło­żony z rozmaitych drzew, a w nim dużo ma­łych małpek, nie tak brzyd­kich i złych jak pa­wia­ny, które spotykali dotychczas.

Trafiwszy zatem na miejsce, w którym ściany skal­ne były ni­skie i roz­chylały się łagodnie, wyprowadzi­li konie i za­nim się ściem­niło, rozta­so­wali się na noc­leg. Namiot Nel stanął w miejscu wy­sokim i su­chym, pod wielkim kopcem ter­mitów, któ­ry zamykał cał­kiem przy­stęp z jed­nej stro­ny i ułatwiał przez to ro­botę zeriby.

Blisko wznosiło się potężne drzewo o szeroko roz­postartych konarach, te zaś, okry­te gęstym liściem, mogły dać dobrą ochronę od desz­czu. Przed zeri­bą rosły po­jedyncze kępy drzew, a dalej zbity i powiązany pnączami las, po­nad którym wy­strzelały wy­soko koro­ny jakichś dziwacz­nych palm, podobne jakby do ol­brzymich wachlarzy albo do roz­winiętych pawich ogo­nów.17

Staś dowie­dział się od Kalego, że przed drugą porą dżdży­stą, a więc w jesieni, niebez­piecznie jest noco­wać pod tymi palma­mi, al­bo­wiem doj­rzałe wów­czas, ogromne ich owoce obrywają się niespo­dzianie i spadają ze znacznej wysokości z taką siłą, że mogą zabić człowieka, a na­wet i ko­nia. Obec­nie jednak owoce były dopiero w zawiązku, i z dala, za­nim słońce zaszło, wi­dać było pod ko­rona­mi śmi­gają­ce małe mał­peczki, które w we­so­łych sko­kach uga­niały się wzajem za sobą.

Staś wraz z Kalim przy­gotowali wielki zapas drzewa, tak aby starczy­ło go na całą noc, a ponieważ chwilami zrywały się silne po­dmu­chy go­rą­cego wia­tru, więc wzmocnili zeribę koł­kami, które młody Mu­rzyn poza­ostrzał mie­czem Ge­bh­ra i po­zaty­kał w zie­mię. Ostroż­ność ta nie była wcale zby­teczna, gdyż silny wicher mógł poroz­rzucać kol­czaste gałę­zie, z któ­rych wznie­siona była zeriba, i ułatwić na­pad dra­pieżni­kom.

Jednakże zaraz po za­chodzie słońca wiatr ustał, nato­miast po­wietrze sta­ło się parne i ciężkie. W przerwach między chmurami prze­świe­ca­ły z po­cząt­ku tu i ów­dzie gwiaz­dy, ale na­stępnie noc zapadła zu­pełnie czar­na, tak że na krok nie było nic wi­dać. Mali wędrowcy zgro­ma­dzili się przy ogniu, na­słuchując wrzasków i skrzeczenia małp, które w pobliskim lesie czyni­ły prawdzi­wy jar­mark. Wtórowało im skomle­nie szakali i rozma­ite inne nie­zna­ne głosy, w któ­rych znać było niepokój i strach przed tym, co pod osłoną ciemności grozi w puszczy każdej ży­wej isto­cie.

Nagle zrobi­ło się cicho jak makiem siał, albo­wiem w mrocznych głębinach rozległo się stękanie lwa.

Konie, które pasły się opodal wśród mło­dej dżungli, poczęły zbliżać się do światła, podskaku­jąc na spę­tanych przednich nogach, wa­leczny zaś zwykle Saba zjeżył sierść i z wciśnię­tym ogo­nem tulił się do ludzi szukając wi­docznie ich opieki.

Stękanie rozległo się znowu – rzekłbyś, spod ziemi głębokie, ciężkie, wy­silone, jak­by zwierz z trudnością wydoby­wał je ze swych po­tęż­nych płuc. Szło nisko nad ziemią, na przemian wzmagało się i cichło, przecho­dząc chwila­mi w głu­che, ogrom­nie posęp­ne jęki.

Kali! do­rzuć do ognia! – ozwał się Staś.

Murzyn do­rzucił tak skwapliwie na ognisko naręcze ga­łęzi, że na­przód buch­nęły całe snopy iskier, po czyn dopie­ro strze­lił w górę wy­soki pło­mień.

Stasiu, lew nas nie napadnie?... prawda? – szepnęła Nel pocią­gając chłopca za rękaw.

Nie. Nie napadnie. Patrz, jaka zeriba wy­soka...

I mówiąc tak, wierzył istotnie, że niebezpie­czeństwo im nie gro­zi, ale lękał się o konie, które coraz bliżej cisnę­ły się do płotu i mo­gły go stra­to­wać.

Tymczasem stękanie przeszło w przeciągły, grzmiący ryk, od któ­rego tru­chleje wszelkie żywe stwo­rzenie, a lu­dziom, na­wet nie zna­ją­cym trwo­gi, drgają tak nerwy, jak drgają szyby od dalekich strzałów ar­matnich.

Staś rzucił przelotne spojrzenie na Nel i wi­dząc jej trzęsącą się bródkę i wilgotne oczy rzekł:

Nie bój się! nie płacz!

A ona od­powiedziała tak samo jak niegdyś w pustyni:

Ja nie chcę pła­kać... tylko mi się... oczy pocą! Oj!

Ostatni wy­krzyk wy­rwał jej się z ust dlate­go, że  w tej chwili od strony lasu zagrzmiał drugi ryk jeszcze po­tężniejszy od pierw­szego, bo bliż­szy. Ko­nie poczęły wprost pchać się na zeribę i gdyby nie długie i twarde jak stal kolce aka­cjowych gałęzi, były­by ją przeła­mały. Saba war­czał i za­ra­zem drżał jak liść, Kali zaś jął powtarzać przerywa­nym gło­sem:

Panie! dwa! dwa!... dwa!...

A lwy, po­czuwszy się wzajem, nie ustawały te­raz ryczeć i straszliwy koncert trwał w ciemno­ściach cią­gle, albo­wiem gdy jeden zwierz milk­nął, po­czynał dru­gi. Staś nie mógł wkrót­ce rozpo­znać, skąd dochodzą ich głosy, gdyż echo powtarzało je w wąwo­zie, skała od­syłała je skale, szły górą i dniem, na­pełniały las, dżunglę, nasycały całą ciem­ność grzmotem i trwogą.

Jedna tylko rzecz zda­wała się chłopcu pewna, a mianowicie, że zbliżały się coraz bardziej. Kali zmiar­kował rów­nież, że lwy obie­gają obo­zo­wi­sko za­taczając coraz mniejsze kręgi i że powstrzy­mywane od napadu tyl­ko blaskiem pło­mienia, wy­powiada­ją rykiem swe nieza­do­wole­nie i obawę.

Widocznie jednak i on sądził, że niebezpie­czeństwo grozi jedy­nie koniom, gdyż rozsta­wiwszy pal­ce rzekł:

Lwy zabić jeden, zabić dwa – nie wszystkie! nie wszyst­kie!...

Dorzuć do ognia! – po­wtórzył Staś.

Buchnął znów żyw­szy pło­mień; ryki ustały na­gle. Ale Kali podniósł głowę i pa­trząc w górę począł na­słuchiwać.

Co tam? – zapytał Staś.

Deszcz! – odrzekł Mu­rzyn.

Staś nasta­wił z kolei uszu. Kona­ry drzewa osłaniały namiot i całą zeribę, więc na zie­mię nie spadła jesz­cze żadna kropla, ale w gó­rze sły­chać było szelest li­ści. Ponie­waż parne­go powie­trza nie po­ruszał naj­mniejszy powiew, ła­two się było do­myślić, że to deszcz po­czyna szem­rać w gę­stwinie.

Szelest wzmagał się z każdą chwilą i po niejakim czasie dzie­ci ujrzały krople spły­wające z li­ści, podob­ne przy bla­sku ognia do wiel­kich, ró­żo­wych pereł. Jak przepowie­dział Kali, rozpoczyna­ła się ule­wa. Szelest zmienił się w szum. Spadało co­raz więcej kro­pel, a wreszcie przez gę­stwę poczę­ły przenikać całe sznurki wody.

Ognisko pociemnia­ło. Próżno Kali dorzu­cał całe na­ręcza. Z wierzchu mokre gałę­zie dymiły tylko, a od spodu sy­czały wę­gle – i pło­mień co się wzmógł, to przygasał.

Gdy ule­wa zaleje ogień, bę­dzie nas broniła jeszcze zeri­ba – rzekł Staś dla uspokoje­nia Nel.

Po czym wprowadził dziewczyn­kę pod na­miot i otulił ją pledem, ale sam wy­szedł co prędzej, gdyż krót­kie, urywa­ne ryki ozwały się na nowo. Tym razem rozległy się one bliżej i brzmiała w nich jakby radość.

Ulewa po­tężniała z każdą chwi­lą. Deszcz dudnił po twardych li­ściach na­baku i plu­skał. Gdyby ognisko nie było pod osłoną ko­na­rów, by­łoby zgasło od razu, ale i tak unosił się nad nim przeważnie dym, wśród którego przebłyski­wały wą­skie, błękit­ne płomyki. Kali dał za wy­graną i nie dokła­dał więcej suszu. Na­tomiast, za­rzuciwszy naokoło drzewa po­wróz, wspi­nał się za pomocą niego co­raz wyżej po pniu.

Co robisz? – zawołał Staś.

Kali wła­zić na drze­wa.

Po co? – krzyknął chłopiec, oburzony samolub­stwem Mu­rzyna:

Jasna, prze­raźliwa bły­skawica roz­darła ciem­ność, a od­powiedź Ka­lego zgłu­szył nagły grzmot, któ­ry wstrzą­snął nie­bem i pusz­czą. Jedno­cze­śnie ze­rwał się wi­cher, tar­gnął kona­rami drze­wa, rozmiótł w mgnieniu oka ogni­sko, porwał rozżarzone jeszcze pod po­piołem węgle i wraz ze sno­pami iskier po­niósł je w dżunglę.

Nieprzebita ciemność ogarnęła chwilowo obozowi­sko. Strasz­na pod­zwrotnikowa burza roz­szalała się na ziemi i niebie. Grzmot na­stępo­wał po grzmocie, błyskawica po błyska­wicy. Krwa­we zygzaki piorunów rozdzierały czarne jak kir niebo. Na pobli­skich ska­łach pojawi­ła się dziw­na, błę­kitna kula, która przez czas jakiś toczy­ła się wzdłuż wą­wozu, a na­stępnie buchnęła oślepiają­cym świa­tłem i pękła z hu­kiem tak okrop­nym, iż zda­wało się, że skały rozsy­pią się w proch od wstrzą­śnie­nia.

Potem znów nastała ciemność.

Staś zląkł się o Nel i poszedł omackiem do namiotu. Namiot, osłonięty kopcem ter­mitów i ol­brzymim pniem, stał jeszcze, ale pierwsze sil­niej­sze uderzenie wichru mo­gło potar­gać sznury i ponieść go Bóg wie do­kąd. A wi­cher to opa­dał, to zry­wał się ze wściekłą siłą, nio­sąc fale dżdżu i całe chmary liści i gałęzi nałamanych w pobliskim lesie. Stasia ogarnęła roz­pacz. Nie wiedział, czy zosta­wić Nel w na­miocie, czy ją z nie­go wy­pro­wa­dzić. W pierwszym razie mogła zaplątać się w sznury i zostać po­rwana wraz ze zwojami płótna, w drugim gro­ziło jej prze­mo­czenie i także po­rwanie, gdyż i Staś, lubo bez porównania silniejszy, z najwięk­szym tru­dem utrzy­mywał się na nogach.

Sprawę roz­strzygnął wicher, któ­ry w chwilę później po­rwał dach namiotu. Płócienne ściany nie dawały już żadnego schronie­nia. Nie po­zo­sta­wało nic innego, jak czekać na przejście burzy, w ciemno­ściach, wśród któ­rych krążyły dwa lwy.

Staś przy­puszczał, że może i one schroniły się w pobli­skim lesie przed na­wałnicą, ale był zupełnie pewien, że po jej przej­ściu wrócą. Grozę poło­że­nia zwięk­szało i to, że wiatr roz­miótł do szczętu zeri­bę.

Wszystko groziło zgu­bą. Strzelba Stasia nie mogła przy­dać się na nic. Jego energia również. Wobec bu­rzy, pioru­nów, hu­ra­ganu, dżdżu, ciem­ności i wobec lwów, które przytaiły się może o kil­ka kroków, czuł się bezbronny i bez­radny. Szar­pane wichrem płó­cienne ściany oble­wały ich ze wszyst­kich stron wodą, więc oto­czywszy ra­mieniem Nel wypro­wadził ją z na­miotu, po czym oboje przytulili się do pnia nabaku cze­kając śmier­ci lub boże­go zmiłowa­nia.

A wtem, między jed­nym a dru­gim uderze­niem wia­tru, doszedł ich głos Ka­lego zaled­wie dosły­szalny wśród plu­ska­nia dżdżu:

Panie wielki, na drzewo, na drzewo!

I jednocze­śnie koniec spuszczo­nego z góry mokrego sznura do­tknął ramie­nia chłop­ca.

Przywią­zać bibi, a Kali ją wcią­gnąć! – wo­łał dalej Murzyn.

Staś nie wa­hał się ani chwili. Otu­liwszy Nel wojłokiem, by powróz nie wpił się w jej ciało, obwiązał ją nim w pa­sie, następ­nie pod­niósł na wy­cią­gnię­tych ramionach w górę i za­wołał:

Ciągnij!

Pierwsze konary drzewa wy­rastały dość nisko, więc powietrzna podróż Nel trwała krót­ko. Kali chwycił ją niebawem swymi sil­nymi ręko­ma i umie­ścił między pniem a ol­brzymim konarem, gdzie było dość miej­sca nawet i na pół tuzi­na ta­kich drobnych istotek. Ża­den wiatr nie mógł jej stamtąd wy­dmuchnąć, a prócz tego, cho­ciaż po ca­łym drzewie spływała woda, jed­nakże gruby na kilkana­ście stóp pień chronił ją przy­naj­m­niej od nowych fal deszczu, niesionych przez wi­cher uko­śnie.

Zabezpie­czywszy małą bibi Murzyn spuścił znów po­wróz dla Stasia, lecz ów jak kapi­tan, który z tonącego okrętu ustę­puje ostat­ni, ka­zał wła­zić przed sobą Mei.

Kali nie po­trzebował jej wcale ciągnąć, gdyż w jed­nej chwili wdrapała się po po­wrozie z taką wprawą i zręczno­ścią, jakby była ro­dzo­ną sio­strą szympansa. Stasiowi poszło znacznie trudniej, lecz i on dość był na to dobrym gimnasty­kiem, by przezwycię­żyć ciężar własnego ciała oraz strzelby i kilkunastu naboi, któ­rymi napeł­nił kiesze­nie.

W ten spo­sób wszy­scy czworo znaleźli się na drzewie.

Staś tak przyzwycza­ił się my­śleć w każ­dym poło­żeniu o Nel, że i teraz za­jął się przede wszystkim sprawdze­niem, czy jej nie grozi upa­dek, czy ma dosyć miejsca i czy może wygodnie się położyć. Uspokojony pod tym względem, począł ła­mać głowę, jakby zabez­pie­czyć ją od deszczu. Ale na to nie było rady. Zbu­dować jakiś daszek nad jej głową byłoby ła­two w dzień, ale teraz otaczała ich taka ciem­ność, że nie widzieli się wza­jem wcale. Gdy­byż przynaj­mniej ta bu­rza przeszła i gdyby udało się rozpalić ogień, moż­na by osu­szyć ubra­nie Nel! Staś z roz­paczą my­ślał, że przemoczo­na do ostat­niej nitki dziewczyn­ka dostanie niezawod­nie naza­jutrz pierw­szego ataku febry.

Bał się, że nad ranem, po burzy, zrobi się chłodno, jak bywało poprzed­nich nocy. Dotychczas jednak ude­rzenia wia­tru były ra­czej go­rące i deszcz jak ugrzany Dziwiła tyl­ko Stasia jego upo­rczywość, gdyż wie­dział, że bu­rze pod­zwrotnikowe im bardziej szaleją, tym trwają kró­cej.

Po długim dopiero czasie uci­chły grzmo­ty i uderze­nia wiatru osłabły, ale deszcz pa­dał ciągle, mniej wprawdzie ulewny niż po­przednio, ale ciężki i tak gęsty, że liście na­baku nie dawały żad­nej przed nim ochro­ny Z dołu docho­dził szum wody, jakby cała dżungla zmieniła się w jedno je­zioro. Staś pomyślał, że w wąwo­zie czekała­by ich śmierć nie­chybna. Ogrom­nym żalem przej­mo­wała go też myśl, co się stanie z Sabą – i nie śmiał mó­wić o nim z Nel. Miał wszelako trochę na­dziei, że zmyślny pies znaj­dzie bez­pieczny przytułek wśród skał sterczą­cych nad wąwo­zem. Nie było jednak możno­ści przyjść mu z jakąkol­wiek pomo­cą.

Siedzieli więc jedno przy drugim wśród roz­łożystych konarów, moknąc i czekając dnia. Po upływie jeszcze kil­ku godzin powietrze po­częło się ochładzać i deszcz na koniec ustał. Woda spłynęła też już widocz­nie po po­chyłości na niższe miej­sca, gdyż nie było słychać plu­sku ni szu­mu. Staś zauważył poprzed­nich dni, że Kali umie rozniecić ogień nawet z mo­krych gałęzi, przy­szło mu więc do gło­wy, by ka­zać Murzy­nowi zejść i spróbo­wać, czy mu się to nie uda i tym razem. Lecz w chwili, w której zwró­cił się do niego, stało się coś ta­kiego, co wszyst­kim czworgu zmro­ziło krew w ży­łach.

Oto głęboką ciszę nocną rozdarł na­gle kwik koński, straszny, przeraźliwy, pełen bólu, trwogi i śmiertelne­go przera­że­nia. Zako­tło­wało się coś w ciem­ności, roz­legł się krótki char­kot, następ­nie głuche jęki, chra­panie, drugi kwik koń­ski, jeszcze przeraźliw­szy, po czym wszystko umil­kło.

Lwy, pa­nie wielki! lwy zabijać konie! – szeptał Kali.

Było coś tak okrop­nego w tym nocnym na­padzie, w tej przemo­cy potwo­rów i w tym nagłym morder­stwie bez­bron­nych zwierząt, że Staś stru­chlał na chwilę i za­pomniał o strzelbie. Na co zresz­tą przydało­by się strze­lać wśród ta­kiej ćmy? Chyba na to, by ci nocni mor­dercy, je­śli świa­tło i huk ich przestraszy, porzucili za­bite już ko­nie, a po­gnali za tymi, które rozproszyły się i odle­ciały od obozo­wiska tak da­leko, jak na spę­ta­nych no­gach mo­gły odlecieć.

Stasia prze­szły ciarki na myśl, co by się stało, gdyby byli pozostali na dole. Przy­tulona do niego Nel dygotała tak, jakby już chwy­cił ją pierw­szy atak febry, ale drzewo zabezpie­czało ich przynaj­mniej od napadu. Kali ocalił im po pro­stu życie.

Była to jed­nak strasz­na noc – najstrasz­niejsza w całej podró­ży.

Siedzieli jak zmokłe pta­ki na gałęzi, nadsłuchu­jąc, co się dzieje na dole. A tam przez jakiś czas trwało głębokie mil­czenie, lecz nie­ba­wem ozwały się pomru­ki, odgłos jakby chłep­tania, cmo­kanie od­dzieranych kawałów mięsa oraz chrapliwy od­dech i postękiwa­nie po­two­rów.

Woń suro­wizny i krwi doszła aż do drzewa, gdyż lwy ucztowały nie więcej jak o dwa­dzieścia kroków od zeriby.

I ucztowały tak długo, że Stasia porwała w końcu złość. Chwycił strzelbę i wypalił w kierunku odgłosów.

Ale odpo­wiedział mu tylko urywa­ny, gniewli­wy ryk, po czym roz­legł się trzask gru­chotanych w potęż­nych szczę­kach ko­ści. W głębi po­ły­ski­wały błękitno i czerwono oczy hien i szakali cze­kających na swoją kolej.

I tak upły­wały długie godziny nocy.

 

 

Rozdział 25

Słońce wze­szło naresz­cie i roz­świeciło dżunglę, kępy drzew i las. Lwy znikły, za­nim pierw­szy pro­mień zabły­snął na wid­nokręgu. Staś ka­zał Ka­lemu roz­niecić ogień, a Mei wydo­być rzeczy Nel ze skó­rzanego worka, w którym były upakowane, wysuszyć je i przebrać dziew­czyn­kę jak naj­prędzej. Sam, wziąw­szy strzel­bę, poszedł zwiedzić obozowi­sko, a zara­zem przypa­trzyć się spustosze­niu, jakiego narobiła bu­rza i dwaj nocni mor­dercy.

Zaraz za ze­ribą, z któ­rej zostały tylko kołki, leżał pierw­szy koń zżarty pra­wie do po­łowy, o sto kroków dru­gi, ledwie na­po­częty, a zaraz za nim trzeci z wyszarpa­nym brzu­chem i ze zgruchota­nym łbem. Wszystkie straszny przedsta­wiały wi­dok, oczy bo­wiem miały otwarte, peł­ne zakrze­płego prze­ra­żenia, i wyszczerzo­ne zęby. Ziemia była strato­wana, w zagłę­bie­niach całe kałuże krwi. Stasia po­rwała taka złość, że w tej chwili prawie ży­czył sobie, żeby zza ja­kiejś kępy wychyliła się kudłata głowa ocię­żałego po nocnej uczcie roz­bójnika i żeby mógł wpa­kować w nią kulę. Ale musiał odłożyć ze­mstę na czas póź­niejszy, obecnie bo­wiem miał co innego do ro­boty. Należało odnaleźć i po­łapać po­zo­stałe ko­nie. Chło­piec przy­puszczał, że mu­siały schronić się w lesie, rów­nież jak i Saba, któ­rego trupa nigdzie nie było widać. Na­dzieja, że wierny to­wa­rzysz nie­doli nie padł ofiarą drapieżni­ków, urado­wała tak Stasia, że nabrał lep­szej otuchy, a jego ra­dość po­więk­szyło jesz­cze od­nale­zienie osła. Po­ka­zało się, że mądry dłu­gouch nie chciał na­wet utru­dzać się zbyt daleką ucieczką. Zaszył się po pro­stu na ze­wnątrz zeriby w kąt utwo­rzony przez ko­piec termi­tów i drze­wo – i tam, mając zabez­pieczon­ą głowę i boki, cze­kał, co się sta­nie dalej, gotów w da­nym razie ode­przeć napad za po­mocą bo­haterskiego wierzgania. Ale lwy naj­wi­doczniej nie dostrze­gły go wca­le, więc gdy słońce wze­szło i niebezpie­czeńs­two mi­nęło, uwa­żał za sto­sowne poło­żyć się i od­po­cząć po drama­tycz­nych wraże­niach noc­nych.

Staś krążąc koło obozo­wiska odna­lazł wresz­cie na roz­miękłej zie­mi wyciski kopyt koń­skich. Śla­dy szły w stronę lasu, a potem skrę­cały ku wą­wo­zowi. Była to oko­liczność po­myślna, al­bowiem po­łapanie koni w wą­wozie nie przedsta­wiało wiel­kich trudno­ści. O kilka­naście kro­ków dalej znalazło się w trawie pęto, które jeden z koni zerwał w ucieczce. Ten mu­siał odbiec tak daleko, że na razie można go było uwa­żać za straco­ne­go. Nato­miast dwa inne do­strzegł Staś za niską skałą, nie w samym pa­rowie, lecz na jego brzegu. Je­den z nich tarzał się, drugi szczy­pał młodą, jasnozielo­ną trawę. Oba wyglą­dały niesły­chanie zmę­czone jakby po długiej drodze. Ale światło dzienne wy­gnało trwo­gę z ich serc, gdyż powi­tały Stasia krót­kim, przyja­znym rże­niem. Koń, który się ta­rzał, zerwał się na nogi, przy czym chłopiec za­uwa­żył, że i ten wy­swo­bodził się także z pęt, na szczę­ście jed­nak wolał wi­docznie zo­stać przy to­warzyszu niż ucie­kać, gdzie go oczy ponio­są.

Staś zosta­wił oba pod skałą i po­szedł nad brzeg wąwo­zu, by prze­konać się, czy dalsza nim podróż jest możli­wa. Jakoż obaczył, że z po­wodu wiel­kiego spadku woda już spłynęła i że dno jest prawie su­che. Po chwili uwa­gę jego zwrócił ja­kiś białawy przedmiot zaplą­tany w pnącze zwie­szające się z prze­ciwległej ściany skal­nej. Pokaza­ło się, że był to dach na­miotu, który ude­rzenie wi­chru przy­niosło aż tutaj i wbiło w gę­stwinę, tak że woda nie mogła go po­rwać. Namiot za­pew­niał, bądź co bądź, małej Nel lepsze schro­nienie niż skle­co­ny napręd­ce z gałęzi sza­łas, więc odnalezie­nie tej zgu­by ura­dowa­ło Stasia mocno.

Ale radość jego zwięk­szyła się jeszcze, gdy z niszy skal­nej ukrytej nieco wyżej pod lianami wyskoczył Saba trzy­mający w zębach ja­kieś zwie­rzę, któ­rego głowa i ogon zwie­szały się po obu stro­nach jego paszczy. Potężny pies wydra­pał się w mgnieniu oka na górę i złożył u nóg Sta­sia prę­gowaną hienę z pogruchotan­ym grzbie­tem i odgry­zioną nogą, po czym jął machać ogonem i po­szczeki­wać ra­do­śnie, jakby chciał mó­wić: "Stchó­rzyłem, wy­znaję, przed lwami, ale co prawda, to i wy sie­dzieliście na drzewie jak pentar­ki. Patrz jednak, żem nie zmar­no­wał nocy".

I tak był dumny z siebie, że Staś zaled­wie zdołał go skłonić, by zostawił na miejscu cuchnące zwierzę i nie zanosił go w podarun­ku Nel.

Gdy powró­cili obaj, w obozie palił się już suty ogień, a w naczyniach wrzała woda, w której goto­wały się ziarna dur­ry, dwie pen­tarki i wę­dzone pa­ski polę­dwicy z gnu. Nel była już przebrana w suchą odzież, ale wyglądała tak mizer­nie i blado, że Staś zląkł się o nią i wziąw­szy ją za rękę, by się przeko­nać, czy nie ma gorącz­ki, zapytał:

Nel, co to­bie jest?

Nic, Sta­siu, tylko mi się bar­dzo chce spać.

Wierzę! Po takiej nocy! Ręce, chwała Bogu, masz zimne. Ach! co to była za noc! Oczywiście, że ci się chce spać. I mnie także. Ale czy nie czu­jesz się chora?

Boli mnie trochę gło­wa.

Staś poło­żył jej dłoń na czole. Główka była zimna tak jak i ręce, to jednak dowodziło właśnie ogromnego wyczerpa­nia i osłabie­nia, więc chło­piec westchnął i rzekł:

Zjesz coś ciepłego, a potem zaraz położysz się spać i będziesz spała aż do wieczora. Dziś pogo­da przynaj­mniej pięk­na i nie bę­dzie tak jak wczo­raj.

A Nel spoj­rzała na nie­go ze stra­chem.

Ale my tu nie będzie­my nocowa­li?

Tu nie, bo tu leżą za­gryzione konie; wy­bierzemy ja­kie inne drzewo lub też poje­dziemy do wąwozu i tam urządzi­my taką ze­ribę, jakiej świat nie wi­dział. Bę­dziesz tak spała spo­kojnie jak w Port–Sa­idzie.

Lecz ona złożyła rącz­ki i poczęła go prosić ze łzami, żeby jechali dalej, gdyż w tym strasznym miejscu nie będzie mo­gła oka zmru­żyć i za­cho­ruje z pewnością. I tak go bła­gała, tak powtarzała patrząc mu w oczy: "Co, Stasiu? do­brze?" – że zgodził się na wszyst­ko.

Więc po­jedziemy wąwozem – rzekł – bo tam jest cień. Przy­rzeknij mi tylko, że je­śli ci zbrak­nie sił albo będzie ci słabo, to mi po­wiesz.

Nie zbrak­nie, nie zbraknie! Przywiążesz mnie do siodła i usnę w dro­dze dosko­nale.

Nie. Siądę na tego sa­mego konia i będę cię trzymał, Kali i Mea pojadą na drugim, a osioł ponie­sie namiot.

Dobrze! dobrze!

Zaraz po śniadaniu musisz się trochę prze­spać. Nie możemy i tak wyru­szyć przed południem, ponieważ jest dużo do roboty. Trzeba po­ła­pać ko­nie, złożyć na­miot, urzą­dzić inaczej juki. Część rzeczy zo­stawimy, bo teraz mamy wszystkiego dwa konie. Zej­dzie nam na tym parę go­dzin, a ty tymczasem prześpisz się i wzmocnisz. Dziś będzie upał, ale pod drze­wem cienia nie zbrak­nie.

A ty i Mea, i Kali? Mnie tak przykro, że ja jedna będę spała, a wy się musicie męczyć...

Owszem znajdzie się i dla nas czas. O mnie się nie troszcz. Ja w Port–Saidzie w czasie egza­minów nie sypiałem często po ca­łych no­cach, o czym nawet i mój ojciec nie wie­dział... Ko­ledzy nie sypiali tak­że. Ale co mężczyzna, to nie taka mała mu­cha jak ty. Nie masz poję­cia, jak dziś wy­glą­dasz... Zu­pełnie jak szklana! Zo­stały tylko oczy i czu­pryna, a twarzy wca­le nie ma.

Mówił to żartobliwie, ale w duszy się bał, gdyż przy mocnym świetle dziennym Nel miała twarz po prostu cho­rą, i po raz pierwszy zro­zu­miał ja­sno, że je­śli tak dalej pójdzie, to biedne dziecko nie tylko może, ale musi umrzeć. I na tę myśl zady­gotały pod nim nogi, albo­wiem po­czuł na­gle, że w ra­zie jej śmierci on także nie miałby ani po co żyć, ani po co wracać do Port–Saidu.

"Bo cóż bym miał wtedy do roboty?" – pomyślał.

Na chwilę odwrócił się, by Nel nie dostrze­gła w jego oczach żalu i lęku, a na­stępnie po­szedł do złożonych pod drze­wem rzeczy, od­rzucił woj­łok, któ­rym była okryta szka­tułka z na­bojami, otworzył ją i począł cze­goś szukać.

Chował tam w małej szklanej flaszce ostatni pro­szek chini­ny i strzegł go jak oka w głowie na "czarną go­dzinę", to jest na wy­pa­dek, gdy­by Nel do­stała febry. Ale teraz był prawie pewien, że po takiej nocy pierw­szy atak przyjdzie niezawod­nie, więc postanowił mu za­po­biec. Czy­nił to z ciężkim sercem, myśląc, o tym, co bę­dzie póź­niej, i gdy­by nie to, że mężczyźnie i naczelni­kowi kara­wany nie wy­padało pła­kać, był­by się nad tym ostat­nim prosz­kiem roz­pła­kał.

Więc chcąc pokryć wzruszenie, przybrał wielce suro­wą minę i wróciwszy do dziew­czynki, rzekł:

Nel, weź przed jedze­niem resztę chininy.

Ona zaś spytała:

A jeśli ty dostaniesz febry?

To się będę trząsł. Weź, mówię ci.

Wzięła bez dalszego oporu, al­bowiem od czasu jak pozabijał Sudańczy­ków, bała się go tro­chę mimo wszelkich sta­rań, ja­ki­mi ją ota­czał, i do­broci, jaką jej okazy­wał. Zasie­dli potem do śniada­nia i po zmęczeniu nocnym go­rący rosół z pen­tarki smakował im wybor­nie. Nel za­snęła za­raz po posiłku i spała przez kilka go­dzin. Staś, Kali i Mea urządzili przez ten czas kara­wanę, przy­nieśli z wą­wozu wierzch na­miotu, po­sio­dłali ko­nie, obju­czyli i osła – i zakopali pod korze­niami naba­ku te rze­czy, których nie mogli zabrać. Sen morzył ich przy tej ro­bocie okropnie, ale Staś z obawy, by nie zaspać, po­zwolił so­bie i im na kolejną tylko drzemkę.

Była może godzina druga, gdy wyruszyli w dalszą dro­gę. Staś trzymał przed sobą Nel, Kali je­chał z Meą na drugim koniu. Nie zje­chali jed­nak od razu do parowu, ale posuwa­li się mię­dzy jego brzegiem a lasem. Mło­da dżungla pod­rosła przez tę jed­ną dżdżystą noc bar­dzo znacz­nie, grunt jed­nak pod nią był czarny i nosił ślady ognia. Ła­two było odgadnąć, że albo przechodził tędy ze swo­im oddzia­łem Smain, albo że po­żar, przy­gnany z da­leka wi­chrem, le­ciał suchą dżunglą i wreszcie trafiwszy na wilgotny las przesunął się niezbyt sze­rokim szla­kiem mię­dzy nim a wąwo­zem i poszedł dalej. Sta­siowi chcia­ło się sprawdzić, czy na tym szlaku nie znajdą się jakie ślady obo­zowisk Sma­ina albo wyci­ski kopyt – i z przyjem­nością prze­konał się, że nic po­dobnego nie było wi­dać. Kali, który się na takich rze­czach znał dobrze, twierdził stanow­czo, że ogień musiał być przyniesio­ny przez wiatr i że od tego czasu upłynęło już dni kil­kana­ście.

To dowo­dzi – zauwa­żył Staś – że Smain ze swoimi mahdysta­mi jest już Bóg wie gdzie – i że w żadnym razie nie wpad­niemy w jego ręce.

Po czym oboje z Nel zaczęli przy­patrywać się ciekawie roślinności, ponieważ dotychczas nigdy nie przejeżdżali tak bli­sko pod­zwrotni­ko­wego lasu. Jecha­li teraz sa­mym jego brzegiem, aby mieć nad głową cień. Ziemia tu była wil­gotna i miękka, za­rośnięta ciem­nozie­lo­nawą tra­wą, mchami i pa­procią. Gdzienie­gdzie leżały stare, spróchniałe pnie, pokry­te, jakby ko­biercem, prześliczny­mi storczy­kami o pstrych, po­dob­nych do motyli kwia­tach, z rów­nież pstrym dzbankiem w środku ko­rony.18 Gdzie do­chodziło słońce, tam zie­mia zło­ciła się od in­nych dziw­nych stor­czyków, drobnych i żółtych, w których dwa płatki kwia­tu wznosząc się po bo­kach płatka trze­ciego czyniły po­dobień­stwo do głowy zwie­rzątka o du­żych, ostro za­koń­czonych uszach. W niektó­rych miejscach las podszy­ty był krza­kami dzikie­go ja­śminu, upię­tymi w gir­landy z cien­kich pnączów kwit­nących różowo. Płyt­kie pa­rowy i wgłę­bienia pora­stały papro­cie zbite w je­den nie­prze­niknion­y gąszcz: to ni­skie i roz­łoży­ste, to wysokie, z pniami po­obwijanym

i jakby ką­dzielą, się­gające aż do pierw­szych kona­rów drzew i rozpostarte pod nimi w delikatną, zieloną ko­ronkę. W głębi nie było jed­no­li­tych drzew: dak­tylowce, ra­fie, palmy wachlarzo­we, syko­mory, chle­bowce, eu­forbie, ol­brzymie od­miany sene­cjonów, akacji, drze­wa o uli­ścieniu ciem­nym i lśniącym, i jasnym lub czerwonym jak krew, ro­sły obok siebie, pień przy pniu, splątane ga­łęziami, z których strze­lały kwiaty żółte i purpu­ro­we, podob­ne do świeczni­ków. W nie­których ostę­pach nie było wcale widać drzew, gdyż od ziemi aż do wierz­choł­ków po­krywały je pnącze przerzu­ca­jąc się z pnia na pień, two­rząc jakby wielkie lite­ry: W i M, zwieszając się na kształt fe­sto­nów, fi­ranek i ca­łych ko­tar. Liany kau­czukowe dusiły wprost w ty­siącznych wężowych skrętach drzewa i zmie­niały je w piramidy zasy­pane białym kwieciem jak śnie­giem. Na­okół więk­szych lia­nów ob­wija­ły się mniejsze i gmatwanina stawała się tak niesły­chana, że przetwa­rzała się niemal w ścianę, przez którą ani czło­wiek, ani zwierz nie zdołałby się przedrzeć.

Miejscami tylko, gdzie przedzierały się słonie, których sile nic nie po­trafi się oprzeć, były powybijane w gąszczu jakby głę­bokie i krę­te ko­ry­ta­rze.

Śpiewu pta­ków, który tak umila lasy euro­pejskie, nie było wcale słychać, na­tomiast wśród wierzchoł­ków drzew rozle­gały się naj­dzi­wacz­niej­sze wo­łania, po­dobne to do odgłosu, jaki wydaje piła, to do bicia w ko­tły, to do klekota­nia bocia­nów, to do skrzy­pienia sta­rych drzwi, to do kla­ska­nia w ręce, do miauczenia kotów lub nawet do głośnej podnieco­nej rozmo­wy ludzkiej. Kiedy nie­kiedy wzbi­jało się po­nad drzewa stadko pa­pug sza­rych, zielo­nych, bia­łych lub gromadka ja­skrawo upierzo­nych tuka­nów, o ci­chym fali­stym locie. Na śnież­nym tle kauczuko­wych pną­czy mi­gały niekiedy jak leśne duchy małe małp­ki żałob­niczki, czarne zu­pełnie, z wyjątkiem bia­łego ogona, bia­łych pa­sów po bo­kach i ta­kichże fa­wo­rytów ota­czają­cych twarz barwy wę­gla.

Dzieci pa­trzyły z po­dziwem na ten dziewi­czy las, na który może jeszcze nig­dy nie spoj­rzały oczy białego człowieka. Saba dawał co chwila nurka w gąszcze, skąd do­chodziło jego wesołe szczekanie. Małą Nel pokrzepiła chinina, śniadanie i wy­poczy­nek. Twa­rzyczka jej ożywiła się i nabrała lek­kich kolo­rów, oczki patrzyły we­selej. Co chwila wy­pytywała Stasia o na­zwy rozma­itych drzew i ptaków, o on od­po­wiadał, jak umiał. Na ko­niec oświad­czy­ła, że chce zejść z ko­nia i nazbie­rać dużo kwiatów.

Lecz chło­pak uśmiechnął się i od­rzekł:

Zaraz by cię tam zja­dły siafu.

Co to sia­fu? czy to co gorsze­go od lwa?

I gorsze­go, i nie gorszego. To są mrówki ką­sające ogromnie. Pełno ich na gałę­ziach, z któ­rych spada­ją ludziom na plecy jak deszcz ogni­sty. Ale chodzą i po ziemi. Spró­buj tylko zsiąść z ko­nia i pójść trochę w las, a zaraz zaczniesz pod­skaki­wać i pisz­czeć jak małpka. Na­wet od lwa ła­twiej się obronić. Czasem idą w ogrom­nych szere­gach i wte­dy wszystko im ustępuje z drogi.

Ale ty dał­byś sobie z nimi radę?

Ja? Rozu­mie się!

A jak?

Za pomo­cą ognia albo ukro­pu.

Ty to so­bie zawsze potrafisz poradzić – rzekła z głę­bokim prze­konaniem.

Stasiowi pochlebiły wielce te słowa, więc odpowie­dział zaro­zumiale, ale zarazem i wesoło:

Byleś była tylko zdrowa, to resztę mo­żesz zdać na mnie.

Mnie już nawet i gło­wa nie boli.

Chwała Bogu, chwała Bogu!

Tak rozma­wiając mi­nęli las, który jed­nym tylko bokiem do­chodził do parowu. Słońce sta­ło jeszcze wysoko na nie­bie i do­piekało po­tęż­nie, gdyż po­goda uczyniła się wspaniała i na niebie nie było żadnej chmurki. Konie obla­ły się po­tem, a Nel poczęła bar­dzo narze­kać na go­rąco. Z tego powodu Staś, upa­trzywszy od­powiednie miejsce, skręcił do wąwozu, w któ­rym za­chodnia ściana rzu­cała głę­boki cień. Było tam chłod­niej i woda, pozostała we wgłębie­niach po wczorajszej ulewie, była również sto­sunkowo chłodna. Nad gło­wa­mi małych po­dróżni­ków przela­tywały cią­gle z jedne­go brzegu pa­rowu na drugi tuka­ny o purpu­rowych gło­wach, nie­bieskich pier­siach i żółtych skrzy­dłach, więc chło­piec jął opo­wia­dać Nel to, co o ich obycza­jach wie­dział z ksią­żek.

Wiesz – mówił – są takie tuka­ny, które w porze lęgu wyszukują dziuplę w drzewie; tam samica znosi jaja i siada na nich, a sa­miec oble­pia otwór gliną, tak że tylko jej głowę wi­dać, i do­piero gdy pisklęta się wylęgną, tłucze swo­im wielkim dzio­bem glinę i wy­puszcza sa­micę na wol­ność.

A co ona przez ten czas je?

Samiec ją karmi. Lata ciągle na­około i przynosi jej rozmaite ja­gody.

A czy jej pozwala spać? – py­tała dalej sennym głosem.

Staś uśmiechnął się.

Jeśli pani tukanowa ma taką ochotę jak ty w tej chwili, to jej pozwala.

Jakoż w chłodnym wąwozie po­czął dziew­czynkę mo­rzyć nie­przeparty sen, gdyż od rana do wczesnego popołudnia za mało jej było wy­po­czynku. Staś miał szczerą chęć pójść za jej przy­kładem, lecz nie mógł, po­nieważ mu­siał ją trzy­mać oba­wiając się, by nie spa­dła, a przy tym było mu ogrom­nie niewy­godnie sie­dzieć po męsku na płaskim i szerokim siodle, jakie Hatim wraz z Seki–Ta­malą urzą­dzili dla małej jesz­cze w Fa­szodzie. Nie śmiał jed­nak poru­szać się i prowadził konia jak najwolniej, by jej nie rozbudzić.

Ona tym­czasem, przechyliw­szy się w tył, oparła mu główkę na ramieniu i rozespała się na do­bre.

Ale oddy­chała tak równo i spokojnie, że Staś przestał ża­łować ostat­niego proszku chininy. Czuł słu­chając jej odde­chu, że niebez­pie­czeń­stwo fe­bry zostało na razie usunięte, i tak począł rozmyślać:

"Wąwóz idzie ciągle w górę, a te­raz nawet dość stro­mo. Jeste­śmy coraz wyżej i kraj jest coraz suchszy. Trzeba tylko bę­dzie zna­leźć ja­kie miej­sce wy­niosłe, do­skonale za­słonięte, przy bystrej wodzie, tam się rozgo­spodarzyć, dać małej parę tygo­dni wypo­czynku, a może i prze­czekać całą mas­sikę. Niejedna nie wytrzy­małaby i dziesiątej części tych tru­dów, ale trzeba, aby wypo­częła! Po takiej nocy inna dosta­łaby natych­miast febry, a ona – jak to so­bie śpi do­skonale! Chwała Bogu!"

I myśli te wprawiły go w doskona­ły humor, toteż spo­glądając z góry na główkę Nel opartą na jego pier­siach mówił sobie weso­ło, ale za­ra­zem nie bez pewnego zdziwienia:

"Szczególna jednak rzecz, jak ja tę małą mu­chę lubię! Co prawda lubiłem ją zawsze, ale teraz to co­raz więcej!"

I nie wie­dząc, jak sobie tak osobliwy objaw wy­tłumaczyć, wpadł na następujące przypusz­czenie:

"To pewnie dlatego, że­śmy tyle ra­zem prze­szli i że ona jest na mo­jej opiece".

Tymczasem trzymał tę "muchę" z wielką ostrożno­ścią prawą ręką za pa­sek, żeby mu nie zle­ciała z sio­dła i nie po­tłukła sobie no­ska. Po­su­wali się noga za nogą i w milczeniu, tylko Kali podśpiewy­wał sobie pod nosem na chwałę Stasia:

Pan wielki zabić Gebh­ra, zabić lwa i bawo­łu! yah! pan wielki zabić jeszcze dużo lwów! yah! Mnó­stwo mięsa! mnó­stwo mięsa! yah! yah!...

Kali – za­pytał cicho Staś – czy Wa–hima polują na lwy?

Wa–hima bać się lwów, ale Wa–hima kopać głę­bokie doły i jeśli lew w nocy wpad­nie, to Wa–hima śmiać się.

Cóż wtedy robicie?

Wa–hima rzucać dużo oszczepów, aż lew jak jeż. Wtedy go wycią­gnąć z dołu i zjeść. Lew dobry.

I wedle swe­go zwyczaju pogładził się po żo­łądku. Sta­siowi nie bardzo po­dobał się ten sposób polowania, więc po­czął wypytywać, jaka inna zwie­rzyna znajduje się w kraju Wa–hima, i roz­mawiali da­lej o antylo­pach, stru­siach, żyra­fach i no­so­rożcach do­póty, do­pó­ki do uszu ich nie do­szedł szum wodospadu.

Co to? – zawołał Staś – rzeka przed nami i wodospad?

Kali pokiwał głową na znak, że wi­docznie tak jest.

I przez czas jakiś jechali bardziej sporym kro­kiem, na­słuchując szumu, któ­ry stawał się coraz wyraźniej­szy.

Wodo­spad! – po­wtórzył za­ciekawiony Staś.

Lecz zaled­wie minęli jeden i dru­gi zakręt, gdy nagle przeszkoda do nieprze­bycia zata­mowała im dalszą dro­gę.

Nel, którą poprzednio uśpił ruch koński, roz­budziła się zaraz.

Czy już stajemy na nocleg? – zapytała.

Nie, ale patrz! – od­powiedział Staś – skała zamyka wą­wóz.

To cóż zrobimy?

Przeci­snąć się obok niej niepodob­na, bo tu ciasno, więc trzeba się będzie trochę wró­cić, wydo­stać się na górę i obje­chać prze­szkodę, ale do wie­czora jeszcze ze dwie godzi­ny, a zatem mamy czas. Niech też i konie tro­chę ode­tchną. Sły­szysz wodo­spad?

Słyszę.

Zatrzyma­my się przy nim na noc­leg.

Po czym zwrócił się do Kalego, kazał mu wydrapać się na brzeg parowu i zo­baczyć, czy dalej dno wąwozu nie jest za­wa­lo­ne po­dob­nymi prze­szko­dami, sam zaś po­czął przypa­trywać się uważnie skale i po chwili zawo­łał:

Ona ode­rwała się i runęła nie­dawno. Wi­dzisz, Nel, ten odłam? Przypatrz się, jaki świeży. Nie ma na nim żadnych mchów ani ro­ślin. Ro­zu­miem już – rozu­miem!

I ręką wska­zał dziew­czynce na rosnący nad brze­giem wąwo­zu baobab, którego ogromny korzeń zwie­szał się po ścianie wzdłuż odłamu.

To ten ko­rzeń zapu­ścił się w szparę mię­dzy ścianą i skałą i roz­rastając się odłupał w końcu ska­łę. To jest rzecz bar­dzo osobli­wa, bo prze­cie ka­mień twardszy jest od drzewa, wiem jed­nak, że w górach czę­sto tak bywa. Byle co trąci po­tem taki głaz, który się le­dwie trzyma – i głaz się od­rywa.

Ale co go mogło trą­cić?

Trudno powiedzieć. Może daw­niejsza bu­rza, może wczorajsza.

W tej chwili Saba, który poprzednio pozostał był za karawa­ną, nadle­ciał, stanął nagle jakby pociągnięty z tyłu za ogon, za­wietrzył, na­stęp­nie wci­snął się w wąskie przejście między ścianą a oderwaną skałą, ale natychmiast począł się cofać ze zje­żoną sier­ścią.

Staś zsiadł z konia, by zobaczyć, co mogło psa prze­straszyć.

Stasiu, nie chodź tam – prosi­ła Nel – tam może być lew.

Chłopiec zaś, który był trochę junak–sa­mochwał i który od wczorajszej nocy miał nadzwyczaj­ną urazę do lwów, od­rzekł:

Wielka rzecz lew – w dzień!

Zanim jed­nak zbliżył się do przejścia, rozległ się z góry głos Kalego:

Bwana ku­bwa! Bwana kubwa!

Co takie­go? – zapy­tał Staś.

Murzyn zsu­nął się w mgnieniu oka po ło­dydze pną­cza. Z twa­rzy łatwo mu było wy­czytać, że przynosi ja­kąś ważną no­winę.

Słoń!

Słoń?

Tak – od­powiedział młody Mu­rzyn macha­jąc rękoma. –Tam grzmiąca woda, a tu skała. Słoń nie móc wyjść. Pan wielki zabić sło­nia, a Kali go jeść, och, jeść, jeść!

I na tę myśl opanowała go taka ra­dość, że jął skakać, uderzać dłońmi po kolanach i śmiać się jak szalony, przewra­ca­jąc przy tym oczy i poły­skując bia­łymi zęba­mi.

Staś nie zrozumiał zrazu, dla­czego Kali mówi, że słoń nie może wyjść z wąwozu, więc chcąc zobaczyć, co się stało, siadł na koń i po­wie­rzyw­szy Nel Mei, by w danym razie mieć wolne do strzału ręce, kazał Kalemu siąść za sobą, po czym za­wró­cili wszyscy i poczęli szukać miejsca, przez które by mogli wydostać się na górę. Po drodze Staś wypy­tywał się, ja­kim spo­sobem słoń mógł zna­leźć się tam, gdzie był i z od­powie­dzi Ka­lego wy­miarko­wał mniej wię­cej, co za­szło.

Oto słoń uciekał wi­docznie wą­wozem pod­czas pożaru dżungli przed ogniem; po drodze otarł się silnie o nadwerę­żo­ną skałę, a ta zwaliła się i prze­cięła mu odwrót. Po­tem dobie­głszy do końca paro­wu znalazł się nad brzegiem przepaści, w którą spa­dała rzeka, i w ten spo­sób został za­mknięty.

Po pewnym czasie mło­dzi podróż­nicy znaleź­li wyjście, ale dość strome, tak że trzeba było zsiąść z koni i pro­wadzić je za sobą. Po­nie­waż, we­dle zapew­nień Murzy­na, do rzeki było bardzo blisko, więc ruszyli dalej piechotą. Doszli na koniec na wysoki cy­pel ograni­czony z jed­nej strony rzeką, z dru­giej paro­wem i spoj­rzawszy w dół ujrzeli na dnie ko­tliny słonia.

Olbrzymi zwierz leżał na brzuchu i ku wielkie­mu zdziwie­niu Stasia nie zerwał się na ich widok, tylko gdy Saba po­czął do­padać do brzegu wą­dołu i szczekać za­jadle, poru­szył na chwilę ogromnymi uszami i podniósł trąbę, ale opu­ścił ją natych­miast.

Dzieci trzy­mając się za ręce dłu­go patrzyły na niego w milczeniu, które prze­rwał dopie­ro Kali.

On umie­rać z głodu! – zawołał.

Rzeczywi­ście słoń wychudzo­ny był do tego stop­nia, że jego grzbiet two­rzył wzdłuż ciała jakby sterczący grzebień; boki miał za­padłe, pod skórą, mimo jej grubości, rysowały się wyraźnie żebra – i ła­two było odgadnąć, że nie wsta­je dlatego, że nie ma już sił.

Wąwóz, dość przy ujściu sze­roki, zmie­niał się w zamkniętą z obu boków pionowymi skałami ko­tlinkę, na której dnie ro­sło kilka drzew. Otóż drzewa te były poła­mane, kora na nich ob­darta, na gałęziach ani listka. Pnącze zwieszające się ze skał były rów­nież po­zdzierane i obje­dzone, a trawa w ko­tlinie wy­skubana do ostatniego źdźbła.

Staś, rozpa­trzywszy się dokładnie w położeniu, jął dzielić się swymi spostrzeże­niami z Nel, ale pod wra­żeniem nie­unik­nionej śmierci ol­brzy­miego zwierzęcia mówił ci­cho, jakby się bał, by nie zamącić mu ostat­nich chwil życia.

Tak, on rzeczywi­ście umiera z głodu. Siedzi już prawie ze dwa tygo­dnie, to jest od czasu, gdy pożar spalił starą dżun­glę. Zjadł wszystko, co było do zjedzenia, a teraz męczy się tylko, tym bar­dziej że tu na górze ro­sną chle­bowce i akacje o wielkich strąkach, a on je widzi i nie może się do nich dostać.

I przez chwilę pa­trzyli znów w milcze­niu, a słoń także zwra­cał na nich raz w raz swe małe, gasnące oczka – i coś w ro­dzaju gul­go­tania wy­do­by­wało mu się z gardła.

Doprawdy – ozwał się chłopiec – lepiej bę­dzie skrócić mu tę mękę.

To rzekłszy podniósł strzelbę do twarzy, lecz Nel chwyci­ła go za kurtkę i opierając się na obu nóżkach po­częła od­cią­gać go z ca­łej siły znad brzegu pa­rowu.

Stasiu, nie rób tego! Sta­siu, dajmy mu jeść! on taki biedny! Ja nie chcę, żebyś ty go zabijał, nie chcę! nie chcę!

I tupiąc nóżkami nie przestawała go ciągnąć, a on spoj­rzał na nią z wielkim zdumie­niem, lecz widząc jej oczy pełne łez, rzekł:

Ależ, Nel!...

Nie chcę! nie dam go zabić! Ja dostanę fe­bry, jeśli go zabijesz!...

Dla Stasia dość było tej groźby, by się wy­rzec zabój­czych za­miarów – i względem tego słonia, którego mieli przed sobą, i wzglę­dem wszyst­kich in­nych na świecie. Przez chwi­lę milczał jeszcze, nie wiedząc, co małej odpo­wiedzieć, po czym rzekł:

No, do­brze! do­brze!... Mó­wię ci, że dobrze! Nel, puść mnie!

A Nel uści­skała go za­raz i przez jej zapłaka­ne oczy przebłysnął uśmiech. Teraz cho­dziło jej tyl­ko o to, by jak najprę­dzej dać sło­niowi jeść. Kali i Mea zdziwili się bardzo, gdy dowie­dzieli się, że bwana kubwa nie tylko go nie zabije, ale że mają na­tychmiast na­rwać dla niego tyle melonów z drzewa chlebowe­go, tyle strąków akacji i tyle wszelkiego ro­dzaju ziel­ska, liści i traw, ile tyl­ko zdo­łają. Obo­sieczny sudański miecz Ge­bhra przy­dał się Ka­lemu do tych czyn­no­ści bar­dzo i gdyby nie on, ro­bota nie po­szłaby ła­two. Nel jednak nie chciała cze­kać na jej ukoń­czenie i gdy tylko pierwszy melon spadł z drzewa, po­rwała go w obie ręce i niosąc go do wąwozu po­wtarzała prędko, jak­by z obawą, by jej nie chciał kto inny wy­rę­czyć:

Ja! ja! ja!

Lecz Staś nie myślał bynajmniej pozbawiać jej tej roz­koszy, z obawy tyl­ko, by ze zbytku za­pału nie zle­ciała razem z me­lo­nem, chwycił ją za pa­sek i zawołał:

Ciskaj!

Ogromny owoc poto­czył się po stromej po­chyłości i padł przy nogach sło­nia, ów zaś wyciągnął w mgnieniu oka trąbę, pochwycił go, po­tem ją zgiął, jak­by chciał włożyć so­bie melon pod szyję – i tyle go dzieci wi­działy!

Zjadł! – zawołała uszczęśli­wiona Nel.

Spodzie­wam się! – odpowie­dział śmie­jąc się Staś.

A słoń wy­ciągnął ku nim trąbę, jakby chciał prosić o więcej, i odezwał się potężnym głosem:

Hrrumf!

Chce jesz­cze!

Spodzie­wam się! – powtórzył Staś.

Drugi me­lon poszedł w ślad za pierwszym i zniknął w jednej chwi­li tak samo, potem trze­ci, czwarty, dziesiąty, na­stępnie zaczęły zla­ty­wać strąki aka­cji i cale wiązki traw i wielkich li­ści. Nel nie pozwoliła się nikomu zastąpić, i gdy jej małe ręce zmęczyły się ro­botą, spy­chała nóż­kami co­raz nowe za­pasy, słoń zaś jadł i podnosząc kiedy nie­kiedy trąbę wygłaszał swoje grzmiące: "hrrumf", na znak, że chce jesz­cze wię­cej i – jak utrzy­mywała Nel – na znak, że dziękuje.

Lecz Kali i Mea zmę­czyli się na koniec ro­botą, którą spełniali bardzo gor­liwie, ale tylko w tej myśli, że bwana ku­bwa pra­gnie na­przód od­paść słonia, a potem do­piero go za­bić. Wresz­cie jednak bwana ku­bwa kazał im przestać, gdyż słońce zniżyło się już mocno i czas był roz­począć bu­dowę ze­riby. Na szczęście, nie była to rzecz trud­na, albo­wiem dwa boki trój­kąt­nego cypla były zu­peł­nie niedo­stępne, tak że nale­żało tylko za­gro­dzić trzeci. Aka­cyj z okrutnymi kolcami nie bra­kło tak­że.

Nel nie od­stępowała ani na krok od wąwozu i siedząc w kucki nad jego brze­giem oznaj­miała z dala Stasiowi, co słoń robi, i raz w raz rozle­gał się jej cienki głosik:

Szuka koło siebie trąbą!

Albo:

Rusza uszami. Ogromne ma uszy!

A wreszcie:

Stasiu! Stasiu, wstaje! Oj!

Staś zbliżył się szybko i chwycił Nel za rękę. Słoń wstał rzeczywi­ście i teraz dopiero dzieci mo­gły przypa­trzyć się jego ogro­mowi. Wi­działy one po­przednio kilka razy wielkie sło­nie, które przez Kanał Sueski przewożono na okrę­tach z Indii do Europy, ale żaden z nich nie mógł się porów­nać z tym kolo­sem, który istotnie wy­glądał jak wielka szy­frowej bar­wy skała, chodząca na czterech no­gach. Różnił się także od tam­tych nie­zmierny­mi kłami, które do­chodziły do pięciu lub więcej stóp długości, i jak to za­uważyła już Nel, bajecz­nymi wprost uszami. Przed­nie jego nogi były bardzo wysokie, ale stosun­kowo cienkie, czego przy­czyną był zapewne post wielo­dniowy.

Oto liliput – zawołał Staś. – Gdy­by wspiął się i wycią­gnął dobrze trąbę, mógł­by cię zła­pać za nóż­kę.

Ale kolos nie myślał ani się wspinać, ani łapać nikogo za nóżkę. Chwiejnym krokiem zbliżył się do wylotu wąwozu, po­pa­trzył przez chwilę w prze­paść, na której dnie kotło­wała się woda, po­tem zwrócił się do ścia­ny leżącej bliżej wodo­spadu, skie­rował ku niemu trąbę i zanu­rzyw­szy ją, jak mógł najdo­kładniej, począł pić.

Jego szczęście – rzekł Staś – że mógł do­stać trąbą do wody. Inaczej był­by zdechł.

Słoń pił tak długo, że w końcu nie­pokój ogar­nął dziew­czynkę.

Stasiu, czy on so­bie nie za­szkodzi? – zapytała.

Nie wiem – odpowie­dział śmie­jąc się – ale skoro wzię­łaś go w opiekę, to go teraz przestrzeż.

Więc Nel przechyliła się nad kra­wędzią i nuż wołać:

Dosyć, kochany słoniu, do­syć!

A kochany słoń, jakby zrozumiał, o co cho­dzi, przestał zaraz pić, a natomiast począł tylko oblewać się wodą: na­przód oblał sobie nogi, po­tem grzbiet, a następnie oba boki.

Ale tymcza­sem ściem­niło się, więc Staś odprowadził dziewczyn­kę do zeri­by, gdzie czekała już na nich wie­czerza.

Oboje byli w doskona­łych humo­rach: Nel dlatego, że uratowała słoniowi ży­cie, a Staś dlatego, że widział jej błysz­czące jak dwie gwiazdki oczy i roz­ra­dowaną twa­rzyczkę, która wyglą­dała czer­stwiej i zdrowiej niż kiedykol­wiek od cza­su wy­jazdu z Chartumu. Do za­dowo­lenia chłop­ca przy­czy­niało się i to, że obie­cywał sobie spokojną i doskonałą noc. Niedo­stępny z dwóch stron cypel za­bezpie­czał ich zu­pełnie od napa­ści, a z trze­ciej strony Kali z Meą wznieśli tak wysoką ścianę z kolczastych gałęzi aka­cji i passi­flory, że nie mogło być mowy o tym, by ja­kiekolwiek dra­pieżne zwierzę zdo­łało się przez taką zaporę prze­dostać. Po­goda przy tym uczyni­ła się pięk­na i niebo zaraz po za­cho­dzie słońca ob­sypało się gwiazdami. Chłodna­wym z po­wodu bli­skości wo­dospadu powietrzem, przesy­co­nym zapa­chem dżun­gli i świeżo po­łama­nych gałęzi, przy­jemnie było oddy­chać.

"Nie dosta­nie ta mu­cha febry!" – myślał z radością Staś.

Następnie zaczęli roz­mawiać o słoniu, gdyż Nel nie była zdolna roz­mawiać o czym innym i nie prze­stawała się uno­sić nad jego wzro­stem, trąbą i kłami, któ­re rzeczywi­ście miał olbrzymie. W końcu za­pytała:

Stasiu, prawda, jaki on rozum­ny?

Jak Salo­mon – od­powiedział Staś. – Ale z czego to wnosisz?

Bo jak go poprosiłam, żeby więcej nie pił, za­raz mnie usłuchał.

Jeśli przedtem nie brał lek­cyj języka angielskie­go, a jed­nak go ro­zumie, to istotnie cu­downe.

Nel pomiar­kowała, że Staś stroi sobie z niej żarty, więc fuknęła na niego jak kotka, po czym rze­kła:

Mów so­bie, co chcesz, a ja jestem pew­na, że on jest bardzo rozumny i że się zaraz oswoi.

Czy zaraz, nie wiem, ale oswoić się może. Słonie afry­kańskie są wprawdzie dziksze od azjatyckich, jednakże my­ślę, że na przy­kład Hanni­bal po­sługiwał się afrykań­skimi.

A kto to był Hanni­bal?

Staś spoj­rzał na nią z wyrozumia­łością, ale i z politowa­niem.

Oczywi­ście – rzekł – w twoim wieku nawet takich rze­czy się nie wie. Hanni­bal był to wielki wódz kartagiński, który uży­wał słoni do wojny z Rzy­miana­mi, a ponie­waż Kartagi­na leżała w Afryce, więc musiał uży­wać afry­kańskich...

Dalszą roz­mowę prze­rwał im roz­głośny ryk słonia, któ­ry najadłszy się i napiw­szy począł sobie trą­bić, nie wia­domo czy z radości, czy z tę­sk­noty za zupełną wolnością. Saba zerwał się i jął szczekać, a Staś rzekł:

Masz to­bie! Teraz zwołuje to­warzyszów. Ładnie bę­dziemy wy­glądali, je­śli nadcią­gnie tu całe stado.

On powie innym, że­śmy byli dla niego dobrzy! – odrzekła pośpiesznie Nel.

Lecz Staś, który nie za­niepokoił się napraw­dę, albo­wiem liczył, że gdyby nawet stado nadbiegło, to spłoszy je blask ognia – uśmiechnął się przekor­nie i rzekł:

Dobrze, dobrze! A jeśli się sło­nie pokażą, to ty nie bę­dziesz ze strachu pła­kała, o nie! tylko będą ci się oczy po­ciły, jak już było dwa razy.

I począł ją przedrzeź­niać:

Ja nie płaczę, tyl­ko mi się oczy pocą...

Nel jednak widząc jego wesołą minę domy­śliła się, że żadne niebezpieczeńs­two im nie grozi:

Jak go oswoimy – rzekła – to nie będą mi się oczy po­ciły, choćby dziesięć lwów rycza­ło.

Dlaczego?

Bo on nas obroni.

Staś uciszył Sabę, który nie przesta­wał słonio­wi odpowia­dać, po czym zasta­nowił się nieco i tak mówił:

Nie pomy­ślałaś o jed­nej rzeczy, Nel. Prze­cież my tu na wieki nie zostaniemy, ale poje­dziemy da­lej. Nie mó­wię, że za­raz... Ow­szem: miej­sce jest do­bre i zdro­we, posta­nowiłem więc tu zo­stać... może tydzień, może dwa, bo i tobie, i nam wszyst­kim należy się wypo­czy­nek. No, do­brze! Póki tu zo­staniemy, będziemy słonia kar­mili, cho­ciaż to dla wszystkich robota ogromna. Ale on jest przecie za­mknięty i nie mo­żemy wziąć go z sobą. Więc co później? Pój­dziemy, a on tu zo­stanie i znów się będzie mę­czył z gło­du, póki nie zdechnie. Wtedy tym bar­dziej bę­dzie go nam żal...

Nel zasmu­ciła się bar­dzo i czas jakiś sie­działa w milczeniu, nie wiedząc widocznie, co odpowie­dzieć na te słuszne uwagi, lecz po chwili pod­nio­sła głowę i od­rzuciwszy czuprynkę, która jej spadła na oczy, zwró­ciła pełny ufności wzrok na chłopca:

Wiem – rzekła – że jak ty ze­chcesz, to go wypro­wadzisz z wąwozu.

Ja?

A ona wy­ciągnąwszy paluszek, dotknęła nim ręki Stasia i po­wtórzyła:

Ty.

Mała, chytra kobietka ro­zumiała, że jej zaufanie pochlebi chłopcu i że od tej chwili zacznie roz­myślać, jak by uwol­nić sło­nia.

 

 

Rozdział 26

Noc zeszła spokojnie i lubo na po­łudniowej stronie nie­ba nagro­madziło się dużo chmur, ra­nek uczynił się pogod­ny. Z rozka­zu Stasia Kali i Mea zajęli się za­raz po śnia­daniu gro­madzeniem melonów, strąków akacjowych i świeżych liści oraz trawy i wszel­kiego rodzaju żywno­ści dla sło­nia, którą skła­dali następ­nie nad brzegiem wąwozu. Ponieważ Nel chciała ko­niecznie karmić oso­bi­ście swe­go no­wego przyja­ciela, więc Staś wyciął dla niej z mło­dego roso­cha­tego fi­gowca coś w rodzaju wideł, aby jej łatwiej było spy­chać zapasy na dno wą­wozu. Słoń trąbił od rana, upo­mi­nając się wi­docznie o posi­łek, a gdy następ­nie ujrzał na krawędzi tę samą bia­łą istotkę, która nakar­miła go wczoraj, po­witał ją ra­do­snym gulgo­ta­niem i na­tychmiast wyciągnął ku niej trą­bę. Przy świetle po­ranku wydał się dzie­ciom jesz­cze bar­dziej ol­brzymi niż wczo­raj. Chudy był bardzo, ale wyglądał już raźniej i zwracał ku Nel swe małe, by­stre oczy prawie we­soło. Nel twier­dziła nawet, że przednie jego nogi pogrubimy przez jedną noc, i po­częła spy­chać żyw­ność z ta­kim zapa­łem, że Staś musiał ją po­wstrzy­mywać, a w końcu, gdy się zadysza­ła za­nadto, zastą­pić w ro­bocie. Oboje bawi­li się wybor­nie, a zwłaszcza bawiły ich "grymasy" słonia. Jadł on z po­cząt­ku wszyst­ko, co mu pod nogi wpadło, lecz wkrótce zaspokoiw­szy pierw­szy głód począł prze­bierać. Tra­fiwszy na roślinę, któ­ra mniej mu sma­ko­wała, otrzepywał ją o przed­nie nogi, po czym odrzu­cał ją trąbą w górę, jak­by chciał mówić: "Zjedzcie sami ten przy­smak". Wreszcie, po zaspoko­jeniu głodu i pra­gnie­nia, jął wa­chlo­wać się swymi ogromnymi uszami z wi­docz­nym zadowole­niem.

Jestem pewna – mówiła Nel – że gdyby­śmy do nie­go teraz ze­szli, nie zro­biłby nam nic złego.

I poczęła nań wołać:

Słoniu, kochany słoniu, prawda, że nie zrobił­byś nam nic złego?

A gdy słoń kiwnął w odpowiedzi trąbą, zwró­ciła się do Stasia:

Widzisz, powiada, że tak.

Być może – odrzekł Staś. – Są to zwierzęta bardzo inte­ligentne i ten zrozu­miał już niezawod­nie, że obo­je jesteśmy mu potrzeb­ni. Kto wie, czy nie od­czuwa też i trochę wdzięczno­ści dla nas; lepiej jed­nak jeszcze nie próbo­wać, a zwłaszcza niech nie próbuje Saba, gdyż jego za­biłby z pewno­ścią. Ale z czasem może się i oni poprzy­jaźnią.

Dalsze za­chwyty nad słoniem przerwał im Kali, który przewidu­jąc, że bę­dzie musiał co dzień pracować na wyżywie­nie ol­brzy­ma, zbli­żył się do Sta­sia z zachę­cającym uśmiechem i rzekł:

Pan wielki zabić sło­nia, a Kali go jeść, za­miast zbie­rać trawę i gałęzie.

Lecz "pan wielki" był już o sto mil od chę­ci zabicia słonia, a że przy tym był z natury niezmiernie żywy, odpo­wiedział na poczeka­niu:

Jesteś osioł.

Na nie­szczęście zapomniał, jak jest osioł w ję­zyku ki–swahili, i powiedział po angiel­sku donkey. Kali zaś nie rozu­miejąc po angiel­sku po­czy­tał wi­docz­nie ten wy­raz za jakiś komple­ment czy ja­kąś po­chwałę dla siebie, gdyż w chwilę później dzieci usły­szały, jak zwró­ciwszy się do Mei mó­wił cheł­pliwie:

Mea mieć czarną skó­rę i czarny mózg, a Kali jest donkey.

Po czym dodał z dumą:

Sam pan wielki po­wiedział, że Kali jest donkey.

Tymczasem Staś przyka­zawszy obojgu, by pilnowali jak oka w głowie pa­nienki i w razie jakie­gokolwiek wypadku przy­wołali go na­tych­miast, wziął strzelbę i poszedł do owej ode­rwanej ska­ły, która za­mykała wą­wóz. Przy­bywszy na miejsce obejrzał ją uważnie, zba­dał wszyst­kie jej pęk­nię­cia, wsunął pręt w szpa­rę, którą znalazł w dolnej czę­ści głazu, zmierzył starannie jej głębo­kość, na­stępnie wró­cił wol­nym kro­kiem do obo­zo­wiska i otworzyw­szy puszkę z nabojami począł je li­czyć.

Zaledwie doliczył jed­nak do trzy­stu, gdy z baobabu ro­snącego o pięćdziesiąt kroków od namiotu rozległ się głos Mei:

Panie, pa­nie!

Staś zbliżył się do ol­brzymiego drzewa, któ­rego pień, wypróchnia­ły przy zie­mi, wyglą­dał jak wie­ża, i zapy­tał:

Czego chcesz?

Niedaleko widać dużo zebr, a dalej pasą się an­tylopy.

Dobrze. Wezmę strzelbę i pójdę, bo trzeba bę­dzie nawę­dzić mięsa. Ale po coś ty wlazła na drzewo i co tam ro­bisz?

Dziewczyna odpowie­działa na to swoim smutnym, śpiewnym głosem:

Mea zoba­czyła gniaz­do szarych papug, i chciała przynieść młodej pa­nience, ale gniazdo jest puste, więc Mea nie do­stanie pa­cior­ków na szyję.

Dosta­niesz za to, że kochasz panienkę.

Młoda Mu­rzynka zla­zła co prę­dzej po chropowatej korze i z oczyma błyszczący­mi radością jęła powta­rzać:

O tak! tak! Mea kocha ją bardzo – i paciorki także!

Staś pogła­skał ją ła­skawie po głowie, po czym wziął strzelbę, za­mknął pu­dło z nabo­jami i udał się w stro­nę, w której pa­sły się ze­bry. Po upły­wie pół godziny od­głos strzału doszedł do obozowi­ska, a po godzinie mały myśli­wy wrócił z dobrą nowi­ną, że zabił młodą ze­brę i że oko­lica peł­na jest zwie­rzyny, wi­dział bo­wiem z wy­niosłości prócz zebr i liczne stada an­tylop–arielów oraz gro­madkę water–buc­ków, to jest ko­złów wod­nych, pasą­cych się w pobliżu rze­ki.

Następnie kazał Kale­mu wziąć konia i wy­prawił go po zabitą sztukę, sam zaś począł oglądać sta­rannie ol­brzymi pień ba­obabu, obcho­dzić go na­około i stukać kol­bą w chro­powatą korę.

Co robisz? – zapytała Nel.

On zaś od­rzekł:

Patrz, co za ogrom. Piętnastu ludzi wziąw­szy się za ręce nie ob­jęłoby tego drzewa, któ­re pamięta może czasy fara­onów. Ale pień w dol­nej czę­ści jest spróchniały i pusty Wi­dzisz ten otwór, przez który łatwo się dostać do środka. Można by tam urzą­dzić jakby wielką izbę, w której wszy­scy mo­gliby­śmy za­mieszkać. Przyszło mi to do gło­wy, gdym zo­baczył Meę mię­dzy gałęziami, a potem pod­chodząc ze­bry cią­gle już o tym my­ślałem.

Ale my mamy prze­cie uciekać do Abisynii.

Tak. Trze­ba jednak wypocząć i mówiłem ci wczoraj, że postanowi­łem zostać tu tydzień lub nawet dwa. Ty nie chcesz opuszczać swego sło­nia, a ja się boję dla ciebie pory dżdżystej, która już się rozpoczęła i w czasie której febra jest pewna. Dziś jest pogoda, wi­dzisz jed­nak, że chmury gromadzą się coraz gęstsze – i kto wie, czy deszcz nie lunie jesz­cze przed wieczorem. Namiot nie osła­nia cię dostatecz­nie, a w ba­oba­bie, je­śli nie jest spróch­niały aż do wierz­chołka pnia, może­my sobie żartować z największej ulewy. Było­by też w nim i bez­pieczniej niż w na­miocie, gdyby się bowiem za­ło­żyło cier­niem każde­go wieczoru i ten otwór, i okienka, które by­śmy poro­bi­li dla świa­tła, to mo­głoby so­bie ry­czeć na­okół drzewa tyle lwów, ile by chcia­ło. Pora dżdżysta wiosenna nie trwa dłu­żej niż miesiąc i coraz bar­dziej my­ślę, że trzeba nam ją prze­czekać. A jeśli tak, to lepiej tu niż gdzie in­dziej i lepiej w tym ol­brzymim drzewie niż pod namio­tem.

Nel zgadza­ła się za­wsze na wszystko, czego chciał Staś, więc zgodzi­ła się i te­raz, tym bardziej że myśl pozo­stania przy słoniu i za­miesz­ka­nia w ba­obabie podobała jej się nad­zwyczajnie. Zaczęła też zaraz obmy­ślać, jak so­bie urzą­dzą pokoje, jak je umeblują i jak będą się wza­jem za­pra­szali na five o'c­locki i na obiady. W końcu roz­bawili się oboje – i Nel chciała zaraz rozej­rzeć się w nowym mieszkaniu, ale Staś, który z każ­dym dniem nabie­rał więcej do­świad­czenia i przezorno­ści, po­wstrzymał ją od zbyt nagłej go­spo­darki.

Zanim sami tam zamieszka­my – rzekł – trzeba wy­prosić po­przednich mieszkań­ców, jeśli się tam jacy znajdują.

To rzekłszy kazał Mei wrzucić kil­ka zapalo­nych i moc­no dymią­cych, bo świeżych, gałęzi do wnętrza ba­obabu.

Jakaż poka­zało się, że dobrze uczynił, gdyż olbrzy­mie drzewo było za­mieszkane, i to przez ta­kich gospo­darzy, na któ­rych go­ścin­ność nie można było liczyć.

 

 

Rozdział 27

Otworów było w drze­wie dwa: je­den obszer­ny, na pół metra od ziemi, drugi mniejszy, na wysoko­ści mniej więcej pierw­szego pię­tra w do­mach miej­skich. Zaled­wie Mea wrzuci­ła do niż­szego zapa­lone dymią­ce gałęzie, natychmiast z wyż­szego poczęły wy­laty­wać wielkie nie­to­pe­rze i ośle­pione bla­skiem słońca lata­ły, piszcząc, jak błędne wokół drze­wa. Lecz po chwili z dol­nego wysu­nął się jak błyska­wica praw­dziwy gospodarz, to jest ol­brzymi boa, który tra­wił widocznie w pół­śnie resztki ostatniej uczty i do­piero gdy dym zakrę­cił mu w noz­drzach, zbudził się i pomy­ślał o ratunku. Na widok żela­z­nego ciel­ska, które na kształt potwornej sprę­żyny wyskoczyło z dy­miącej w drzewie cze­lu­ści, Staś porwał na ręce Nel i począł z nią uciekać w stronę otwartej dżungli. Ale płaz, sam przerażony, nie my­ślał ich ści­gać, natomiast wijąc się wśród trawy i rozłożo­nych pa­kunków umykał z niesły­chaną szybko­ścią w stronę wąwozu, chcąc skryć się wśród skal­nych za­ła­mów i roz­pa­dlin. Dzieci ochłonęły. Staś po­sta­wił na ziemi Nel i sko­czył po strzelbę, a następnie za wę­żem w kie­runku wąwozu, a Nel po­bie­gła w jego ślady. Lecz po kilkuna­stu kro­kach tak nadzwy­czajny wi­dok uderzył ich oczy, że sta­nęli obo­je jak wryci. Oto wysoko nad wąwo­zem ukaza­ło się na jedno mgnienie oka ciało węża i za­kreśliwszy zygzak w powietrzu spa­dło znów na dół. Po chwili uka­zało się po raz drugi i znów spa­dło. Dzieci do­biegłszy do krawę­dzi ujrzały ze zdumie­niem, że to nowy ich przyjaciel, słoń, zaba­wiał się w ten sposób z wę­żem i wyprawiw­szy go na­przód w po­dwójną po­dróż napo­wietrzną, obecnie roz­deptywał dokładnie jego głowę swą olbrzy­mią, podob­ną do kłody nogą. Skoń­czywszy tę opera­cję podniósł znów trąbą drga­jące jesz­cze cia­ło, jednakże tym ra­zem nie rzucił go w górę, ale wprost do wodo­spadu. Po czym kiwa­jąc się w obie strony i wachlując się uszami jął spoglą­dać bystro na Nel, a w końcu wy­ciągnął ku niej trąbę, jakby dopo­mina­jąc się o nagrodę za swój za­razem bo­ha­terski i wielce roz­tropny uczynek.

A Nel po­biegła na­tychmiast do namiotu i wróciwszy z podoł­kiem peł­nym dzikich fig poczęła mu rzucać po kilka na­raz, on zaś wy­szu­ki­wał je w tra­wie starannie i wkładał jed­ną za drugą do paszczy. Te, które wpadały w głębsze szczeliny, wy­dmuchi­wał przy tym z taką siłą, że ra­zem z fi­ga­mi wyla­ty­wały w górę kamienie wielkości pięści ludz­kiej. Dzieci przyjmo­wa­ły oklaska­mi i śmie­chem te po­pisy. Nel wra­cała kil­ka­krotnie po nowe za­pasy nie przestając twierdzić za każdą figą, że on jest już zupełnie oswojony i że mo­głaby choćby w tej chwili zejść do niego.

Widzisz, Stasiu – oto będziemy mieli obrońcę!... Bo on się nie boi ni­kogo w pu­styni: ani lwa, ani węża, ani kroko­dyla. I jest bar­dzo do­bry, i ko­cha nas z pewnością.

Jeśli się oswoi – rzekł Staś – i jeśli będę mógł zosta­wiać cię pod jego opieką, to rzeczywi­ście z ca­łym spoko­jem będę chodził na polo­wa­nie, bo lepszego obrońcy nie mógłbym ci w całej Afry­ce znaleźć.

Po chwili zaś dodał:

Tutejsze słonie są dziksze, ale czytałem, że na przykład azjatyckie mają dziw­ną słabość do dzieci. Nigdy nie było w In­diach wy­padku, żeby słoń dziec­ko ukrzyw­dził, i jeśli wpadnie we wściekłość, co się cza­sem zdarza, to kornacy miej­scowi wysyłają dla uspo­koje­nia go dzie­ci.

A widzisz, a widzisz!

W każdym razie do­brześ postą­piła, żeś nie dała mi go zabić.

Na to źreni­ce Nel za­płonęły z radości jak dwa zielo­nawe ogni­ki. Wspiąw­szy się na paluszki po­łożyła Sta­siowi na ra­mio­nach obie ręce i prze­chy­liw­szy w tył główkę, py­tała patrząc mu w oczy:

Postąpi­łam, jak­bym miała ile lat? po­wiedz! jak­bym miała ile?

A on od­rzekł:

Najmniej siedemdzie­siąt.

Ty sobie zawsze żar­tujesz.

Gniewaj się, gnie­waj! a kto uwolni sło­nia?

Usłyszaw­szy to Nel poczęła się zaraz łasić jak mała kotka.

Ty – i będę cię za to bardzo kochała, i on także.

Ja myślę o tym – rze­ki Staś – ale to będzie trudna ro­bota i nie zrobię jej zaraz, tylko dopiero wówczas, gdy będzie­my mieli wyru­szyć w dal­szą dro­gę.

Dlaczego?

Dlatego, że gdybym go uwolnił, nim się zu­pełnie oswoi i do nas przy­wiąże, to by sobie zaraz poszedł.

O! on ode mnie nie odejdzie.

Ty my­ślisz, że on to już tak jak ja! – od­parł z pew­ną niecier­pliwością Staś.

Dalszą roz­mowę po­wstrzymało przybycie Kalego, któ­ry przyniósł zabitą zebrę i jej młode zagryzione przez Sabę. Było to szczęście dla bry­tana, że pobiegł­szy za Ka­lim nie był przy rozpra­wie z pyto­nem, byłby bowiem po­gonił za nim i dości­gnąwszy go zginął w jego mor­der­czych skrę­tach, za­nim Staś zdołałby mu przyjść na ratunek. Za zagry­zie­nie źrebię­cia zebry dostał jed­nak za uszy od Nel, cze­go nie wziął zresztą zbyt do serca, gdyż nie schował na­wet wywie­szonego ozora, z któ­rym przyle­ciał z polo­wania.

Staś oznaj­mił tymcza­sem Kale­mu, że za­mierza urzą­dzić miesz­kanie w drzewie, i opowiedział mu, co zaszło w czasie wy­kurzania pnia dy­mem oraz jak słoń poradził sobie z wężem. Myśl zamieszkania w baobabie, który mógł dać ochronę nie tylko przed desz­czem, ale i przed dzikimi zwierzętami, podobała się Murzynowi bardzo, natomiast po­stępek słonia nie zy­skał wcale jego uznania.

Słoń jest głupi – rzekł – więc wrzucił nio­kę (węża) do grzmiącej wody, ale Kali wie, że nioka jest dobra, więc jej za grzmiącą wodą po­szuka i upie­cze, gdyż Kali jest mądry i donkey.

Donkey jesteś, zgo­da! – odpo­wiedział Staś – ale przecie nie będziesz jadł węża?

Nioka do­bra – po­wtórzył Kali.

I ukazując na zabitą zebrę do­dał:

Lepsza niż ta ny­ama.

Po czym obaj udali się do ba­obabu i za­jęli urządza­niem miesz­kania. Kali wyszukał nad rzeką płaski ka­mień wiel­ko­ści du­że­go sita i wsta­wiw­szy go w pień nasypał nań rozżarzo­nych węgli, a następnie dosypywał coraz no­wych, uwa­żając tylko, by próchno we­wnątrz pnia nie za­jęło się i nie wywoła­ło pożaru całego drze­wa. Mówił, że czyni to dlatego, żeby "nic nie ukąsić pana wiel­kiego i bibi". Jakoż okazało się, że nie była to ostroż­ność zby­teczna, gdyż jak tyl­ko czad wy­pełnił wnę­trze drzewa i rozszedł się nawet na zewnątrz, z roz­padlin kory po­czę­ły wy­pełzać naj­roz­mait­sze istoty: chrząszcze czarnej i wi­śniowej bar­wy, wielkie jak śliwki wło­chate pająki, lisz­ki po­kryte jakby kol­ca­mi, na pa­lec grube – i wstrętne, a zara­zem ja­do­wite sko­lopendry, których ukąszenie może nawet śmierć wy­wołać. A wobec tego, co się dzia­ło na ze­wnętrznej stro­nie pnia, łatwo się było do­myślić, ile podobnych stworzeń musiało wy­ginąć od węglo­wego czadu we­wnątrz. Te, które z kory i z niższych ga­łęzi spa­dały w tra­wę, Kali roz­gniatał nie­mi­łosier­nie kamienia­mi, spoglą­dając przy tym wciąż na górną i na dolną dziu­plę, jak­by się oba­wiał, że lada chwila wyj­rzy z której z nich jesz­cze coś no­wego.

Czego tak patrzysz? – zapytał Staś – czy my­ślisz, że drugi wąż może się ukrywać w drzewie?

Nie; Kali bać się Mzi­mu.

Cóż to jest Mzimu?

Zły duch.

Widziałeś kiedy w ży­ciu Mzimu?

Nie, ale Kali słyszał okropny ha­łas, który Mzimu robi w chatach czarowni­ków.

To jednak wasi cza­rownicy się go nie boją?

Czarowni­cy umieją go zakląć, a potem cho­dzą po cha­tach i mó­wią, że Mzi­mu się gniewa, więc Murzy­ni znoszą im ba­nany, miód, po­mbę, jaja i mięso, aby przebła­gać Mzimu.

Staś wzru­szył ramio­nami.

Widać do­brze być u was czarow­nikiem. Ale to może ten wąż był Mzi­mu?

Kali potrzą­snął głową:

W takim razie nie słoń by za­bić Mzimu, ale Mzimu zabić sło­nia. Mzimu jest śmierć...

Jakiś dziw­ny łoskot i szum we­wnątrz drze­wa przerwa­ły mu nagle opowiada­nie. Z dol­nej dziupli buchnęła dziwna, ruda ku­rza­wa, po czym roz­legł się po­wtórnie jeszcze sil­niejszy niż poprzednio łoskot.

Kali rzucił się w mgnieniu oka twarzą na ziemię i począł krzy­czeć prze­raźliwie:

Aka! Mzi­mu! Aka! aka! aka!

Staś w pierwszej chwili cof­nął się tak­że, ale nie­bawem od­zyskał zim­ną krew i gdy Nel z Meą nadbie­gły, począł im tłuma­czyć, co się stać mo­gło.

Prawdo­podobnie – mówił – całe zwały próchna we­wnątrz pnia rozszerzając się od gorą­ca runęły wreszcie na dół i zasy­pały wę­gle. A on my­śli, że to Mzi­mu. Niech jednak Mea chlustnie kilka razy wodą w otwór, jeśli bowiem wę­gle z braku po­wietrza nie zgasły i próchno się od nich za­tli, to drze­wo może spłonąć.

Po czym wi­dząc, że Kali wciąż leży i nie przestaje powtarzać z przeraże­niem: "Aka! aka!", wziął tę strzelbę, z której strze­lał zwy­kle do pen­ta­rek, wy­pa­lił w otwór i rzekł trąca­jąc chłopca kolbą:

Twój Mzi­mu zabity. Nie bój się?

A Kali pod­niósł się, ale pozostał na klęcz­kach.

O, pan wielki! wiel­ki!... Pan nie bać się nawet Mzi­mu?

Aka! aka!– zawołał przedrzeź­niając Mu­rzyna Staś.

I począł się śmiać.

Kali uspo­koił się po pewnym czasie zu­pełnie i gdy zasiadł do przygotowa­nego przez Meę jedze­nia, pokaza­ło się, że chwilowy prze­strach nie ode­brał mu wcale apetytu, al­bowiem prócz porcji wędzonego mięsa spo­żył jeszcze na su­rowo wątrobę źre­bięcia zebry nie licząc dzi­kich fig, których do­starczył w obfitości ro­snący w po­bliżu syko­mor. Na­stępnie obaj ze Sta­siem wrócili do drzewa, przy któ­rym dużo jesz­cze było ro­boty. Wy­rzuca­nie próchna, węgli, po­prażonych całych se­tek chrząsz­czy i wiel­kich sto­nóg oraz kilku­nastu upie­czonych nieto­perzy zajęło im przeszło dwie godzi­ny czasu. Sta­sia dzi­wiło to na­wet, że nie­toperze mo­gły miesz­kać w bez­pośred­nim sąsiedztwie z wę­żem, domyślił się jed­nak, że ol­brzymi pyton albo pogardzał tak drobną zwierzyną, albo nie mogąc się we wnętrzu pnia koło niczego owi­nąć, nie umiał się do nich do­stać. Żar węgli wywo­ławszy upa­dek pokła­dów próch­na oczyścił to wnętrze znako­micie – i widok jego na­peł­nił te­raz Stasia rado­ścią, albo­wiem było ono tak ob­szerne jak duży pokój i mogło dać schronienie nie czwor­gu, ale dzie­sięciu lu­dziom. Dol­ny otwór stanowił drzwi, gór­ny okno, dzięki które­mu w ol­brzymim pniu nie było ani ciemno, ani duszno. Staś umy­ślił podzie­lić całość za po­mocą płócien na­miotu na dwie izby, z których jed­ną prze­zna­czał dla Nel i Mei, drugą dla siebie, Kalego i Saby. Drze­wo nie było spróch­niałe aż do wierz­chu pnia, deszcz więc nie mógł prze­ciekać do środka i aby się zu­pełnie od niego za­bezpieczyć, dość było pod­nieść i po­deprzeć nad obu otworami korę w taki spo­sób, aby tworzy­ła dwa oka­py. Spód wnę­trza po­stanowili wysypać wyprażo­nym przez słońce pia­skiem znad rzeki i po­wierzch­nię jego wymo­ścić suchy­mi mchami.

Robota była istotnie ciężka, a szczególnie dla Kalego, musiał on bowiem obok tego wędzić mię­so, poić ko­nie i my­śleć o żywności dla sło­nia, który trąbił o nią usta­wicznie. Ale młody Mu­rzyn zabrał się do urzą­dzenia no­wej siedziby z wielką ochotą, a nawet i z za­pałem, któ­rego przy­czynę wy­łusz­czył Stasiowi jeszcze tego samego dnia w na­stępu­jący sposób:

Gdy pan wielki i bibi – mówił, biorąc się pod boki – zamieszkają w drzewie, Kali nie bę­dzie potrze­bował bu­dować na noc wielkiej ze­riby i bę­dzie mógł próżnować co wieczór.

To lubisz próżnować? – zapytał Staś.

Kali jest mężczyzną, więc Kali lubi próżno­wać, gdyż pracować powinny tyl­ko kobiety.

A widzisz jednak, że ja pracuję dla bibi.

Ale za to, gdy bibi do­rośnie, bę­dzie musia­ła pracować na pana wielkiego, a jeśli nie ze­chce, to pan wielki pewno ją bić.

Lecz Staś na samą myśl o bi­ciu bibi skoczył jak oparzony i krzyknął z gniewem:

Głupcze, czy ty wiesz, kto jest bibi?

Nie wiem – odpowie­dział z prze­strachem czarny chło­pak.

Bibi to jest... to jest... do­bre... Mzi­mu!

A Kali aż przysiadł.

I po skoń­czonej ro­bocie zbli­żył się nie­śmiało do  Nel, po czym padł przed nią na twarz i jął powta­rzać wpraw­dzie nie prze­rażo­nym, ale bła­gal­nym głosem:

Aka! aka! aka!...

Zaś "dobre Mzimu" wy­trzeszczyło na niego swoje ślicz­ne, koloru morskiej wody oczy, nie rozu­miejąc wca­le, co się stało i o co Ka­lemu cho­dzi.

 

 

Rozdział 28

Nowa sie­dziba, którą Staś nazwał "Krakowem", została urządzona w przeciągu trzech dni. Ale przed­tem złożono w "mę­skim po­koju" główne pa­kunki – i w chwilach wielkiej ule­wy młoda czwórka znajdowała w olbrzy­mim pniu jesz­cze przed wy­kończeniem mieszkania do­skonałe schro­nie­nie. Pora dżdżysta rozpoczęła się na do­bre, ale nie były to na­sze długie, jesienne deszcze, w cza­sie któ­rych niebo za­wleka się ciem­nymi chmurami i nudna, uciążliwa słota trwa przez całe tygo­dnie. Tu kilkana­ście razy na dzień wiatr przepędzał po niebie wzdęte ob­łoki, które zle­wały zie­mię obficie, po czym znów roz­błyskiwało słońce, ja­sne, jakby świeżo wy­kąpane, i zalewało zło­tym świa­tłem skały, rze­kę, drzewa i całą dżun­glę. Trawy rosły prawie w oczach. Drzewa po­krywały się ob­fitszym liściem i nim stary owoc opadł, tworzyły się zawiązki na nowy. Po­wie­trze, z powodu za­wieszo­nych w nim igie­łek wody, uczyniło się tak przeźro­czyste, że nawet i od­ległe przed­mioty sta­wały się zu­pełnie wy­raźne i wzrok się­gał w nie­zmiernie daleką prze­strzeń. Na niebie roz­wieszały się cudne, siedmio­barwne tę­cze, a wo­dospad był prawie cią­gle w nie ubrany. Krótko trwa­jące ranne i wie­czorne zorze grały tysią­cami tak świet­nych bla­sków, że na­wet i w Pu­styni Libij­skiej dzieci nie widziały nic podob­nego. Naj­niższe, bli­skie ziemi ob­łoki bar­wiły się wi­śniowo, górne, le­piej oświe­cone, rozle­wały się na kształt je­zior z pur­pury i złota, a drobne, wełniste chmurki mieniły się jak ru­biny, ametysty i opale. No­cami, mię­dzy jedną falą dżdżu a drugą, księ­życ zmie­niał w bry­lanty kro­ple rosy wi­szą­ce na li­ściach mi­moz i aka­cyj, a świa­tło zodiakal­ne świe­ciło w odświeżo­nym powie­trzu jaśniej niż w in­nych po­rach roku.

Z rozlewów, które czyni­ła rzeka po­niżej wodo­spadu, do­chodziło niespokoj­ne rechota­nie żab i melancho­lijne kum­kanie ro­puch, a po­dobne do wiel­kich błędnych gwiazd la­tarniki prze­latywały z brzegu na brzeg mię­dzy kępami bambusów i aru­mów.

Lecz gdy chmury po­krywały chwilami gwiaździste niebo i deszcz po­czynał pa­dać, czyniło się bardzo ciemno, a we wnę­trzu ba­obabu tak czarno jak w piwni­cy. Chcąc temu zara­dzić Staś kazał nato­pić Mei tłuszczu z zabitych zwie­rząt i urzą­dził z blaszanki lampę, któ­rą zawie­sił pod gór­nym otwo­rem, zwa­nym przez dzieci oknem. Światło bi­jące z tego okna, widne z daleka wśród ciem­ności, od­pędzało dzi­kie zwie­rzę­ta, ale nato­miast przy­cią­gało nie­toperze, a nawet i pta­ki, tak że w końcu Kali musiał urządzić w otworze ro­dzaj zasło­ny z cierni, po­dobnej do tej, którą zamykał na noc otwór dolny.

Jednakże w dzień, w chwilach pogody, dzieci opuszczały "Kraków" i krążyły po całym cy­plu. Staś wyprawiał się na anty­lopy–ariele i na stru­sie, któ­rych licz­ne stada pojawiły się w dole rze­ki, a Nel chodziła do swego sło­nia, który z początku trąbił tylko o żywność, a potem za­czął trą­bić i wów­czas, gdy mu się nudziło bez małej przy­jaciółki. Wi­tał też ją za­wsze z wy­raźną rado­ścią i na­sta­wiał natych­miast swoje ol­brzymie uszy, jak tylko usły­szał z dale­ka jej głos lub kroki.

Pewnego razu, gdy Staś po­szedł na po­lowanie, a Kali łowił ryby za wo­dospadem, Nel posta­nowiła pójść do skały zamy­kającej wą­wóz, aby zo­ba­czyć, jak też Staś z nią sobie poradzi i czy już cze­go nie do­konał. Zaję­ta obiadem Mea nie za­uwa­żyła jej odejścia, dziewczyn­ka zaś zbie­rając po dro­dze kwiatki oso­bliwej bego­nii, ro­snącej obfi­cie wśród zębów skal­nych, zbli­żyła się do pochy­łości, którą wyje­chali nie­gdyś z wą­wozu i ze­szedłszy na dół znalazła się przy skale. Wiel­ki głaz, ode­rwany od rodzimej ściany, za­mykał gar­dziel wąwo­zu jak i po­przednio. Nel jednak za­uważyła, że mię­dzy nim a ścia­ną jest przejście tak szero­kie, że na­wet doro­sły człowiek z ła­twością mógłby się nim przeci­snąć. Przez chwilę za­wa­hała się, po czym przeszła i znalazła się po drugiej stronie. Ale był tam za­kręt, który trzeba było mi­nąć, by dojść do sze­ro­kiego uj­ścia za­mkniętego wodospa­dem. Nel poczęła roz­myślać: "Pójdę jesz­cze tylko tro­chę da­lej, wyjrzę zza skały, raz spojrzę na słonia, który mnie wcale nie zobaczy, i wrócę". Tak rozmyśla­jąc posuwa­ła się krok za krokiem coraz dalej, aż wreszcie doszła do miejsca, w którym wą­wóz rozsze­rzał się na­gle w małą do­linkę, i zo­baczyła słonia. Stał odwrócony tyłem do niej, z trąbą zanurzoną w wodospa­dzie, i pił. To ją ośmieliło, więc przytu­liwszy się do ściany skal­nej po­stąpiła jesz­cze kilka kroków – i jeszcze kil­ka – a wtem ol­brzymi zwierz chcąc polać sobie boki odwrócił głowę, zo­baczył dziewczyn­kę i zoba­czywszy ru­szył natych­miast ku niej.

Nel zlękła się bardzo, ale ponie­waż nie było już czasu cof­nąć się, więc przyci­snąwszy ko­lanko do kolanka dy­gnęła sło­niowi, jak umiała naj­ład­niej, po czym wycią­gnęła rącz­kę z bego­niami i ozwała się trochę drżą­cym głosi­kiem:

Dzień do­bry, kocha­ny słoniu! Ja wiem, że nie zrobisz mi nic złe­go, więc przyszłam, żeby ci po­wiedzieć dzień do­bry .. i mam tyl­ko te kwiat­ki...

A kolos zbliżył się, wyciągnął trąbę, wyjął z paluszków Nel wiązkę begonii, lecz włożyw­szy ją do paszczy wy­puścił zaraz na ziemię, gdyż wi­docznie nie smakowały mu ani wło­chate liście, ani kwiaty. Nel ujrzała teraz nad sobą trąbę na kształt ogromnego czarnego węża, który wy­cią­gał się i prze­ginał: dotknął jej jednej rącz­ki i drugiej, potem obu ramion i na ko­niec opadłszy w dół począł się chwiać łagod­nie na obie strony.

Wiedzia­łam, że mi nie zrobisz nic złego – powtórzyła dziewczyn­ka, choć strach nie opuszczał jej jeszcze.

Słoń zaś cofnął w tył swoje ba­jeczne uszy, zwijając i rozwijając na prze­mian trąbę i gulgocąc radośnie, tak jak gul­gotał za­wsze, gdy dziew­czyn­ka zbliżała się do kra­wędzi wąwo­zu.

I jak nie­gdyś Staś ze lwem, tak teraz tych dwoje stało naprzeciw siebie – on ogrom, po­dobny do domu lub skały – i ona, drobna kru­szynka, którą mógł zgnieść jed­nym ru­chem, na­wet nie ze złości, ale przez nie­uwagę.

Lecz dobry i roztropny zwierz nie czynił żad­nych, ani gniewnych, ani nie­uważnych ruchów i wi­docznie rad był i uszczęśli­wiony z przyby­cia małego go­ścia.

Nel ośmieli­ła się stop­niowo, a wreszcie wzniosła oczy w górę i patrząc tak, jakby patrzyła na wysoki dach, zapy­tała wy­su­wając nie­śmiało rącz­kę:

Czy moż­na cię po­głaskać po trąbie?

Słoń nie umiał wprawdzie po angiel­sku, ale z ruchu jej ręki zmiar­kował od razu, o co idzie, i pod­sunął pod jej dłoń ko­niec swego dłu­giego na dwa metry nosa.

Nel jęła gła­skać trąbę, z początku jedną ręką i ostrożnie, potem dwie­ma, a wreszcie objęła ją obu ra­mionkami i przy­tuliła się do niej z całą dzie­cinną ufno­ścią.

Słoń prze­stępował z nogi na nogę i wciąż gul­gotał z ra­dości.

Po chwili zaś obwinął trąbą drob­ne ciało dziewczynki i podniósł­szy je w górę, po­czął kołysać ją lekko w prawo i w lewo.

Jeszcze! jeszcze! – wołała roz­bawiona Nel.

I zabawa trwała dość długo, a na­stępnie ośmielona już zupełnie dziewczyn­ka wymyśli­ła sobie inną. Oto znalazłszy się na ziemi próbo­wała wspinać się po przed­niej nodze słonia jak po drzewie albo chowa­jąc się pod niego pyta­ła go, czy ją znajdzie. Ale przy tych fi­glach spo­strze­gła jedną rzecz, a mianowi­cie, że w przednich, a zwłaszcza w tyl­nych nogach sło­nia tkwią liczne kol­ce, od któ­rych po­tęż­ne zwie­rzę nie umiało się uwolnić, raz dla­tego, że do tyl­nych nóg nie mogło do­sięgnąć swobodnie trąbą, a po wtóre, że obawiało się widocz­nie zra­nić się w palec, któ­rym trą­ba jest za­koń­czona i bez którego straciłaby całą swą zręczność i spraw­ność. Nel nie wie­działa o tym zupeł­nie, że takie kolce w no­gach są praw­dzi­wą plagą dla słoni w Indiach, a jeszcze bar­dziej w dżun­glach afrykań­skich, skła­dają­cych się przeważ­nie z roślin kol­cza­stych. Po­nie­waż jed­nak zrobiło jej się żal poczciwego olbrzyma, więc bez na­mysłu siadł­szy w kucki przy jego nodze po­częła wyj­mo­wać deli­katnie na­przód więk­sze, a po­tem mniej­sze za­dzio­ry, nie prze­stając przy tym szcze­biotać i za­pew­niać sło­nia, że nie pozosta­wi ani jed­nej. On zro­zu­miał wy­bor­nie, o co chodzi – i zginając nogi w kola­nie pokazy­wał tym sposo­bem, że i w pode­szwach mię­dzy kopy­ta­mi po­krywa­jącymi pal­ce tkwią tak­że kolce, które przy­czyniają mu jeszcze więk­sze do­legliwości.

Ale tymcza­sem nad­szedł z po­lowania Staś i po­czął zaraz wypytywać Meę, gdzie jest panien­ka. Otrzy­mawszy od­po­wiedź, że za­pewne jest w drze­wie, już miał zajrzeć do wnętrza baobabu, gdy wtem wydało mu się, że sły­szy jej głos w głębi wą­wozu. Nie wie­rząc wła­snym uszom sko­czył na­tych­miast do krawędzi i spojrzawszy w dół zmar­twiał. Dziew­czynka sie­działa przy nodze kolo­sa, a ów stał tak spo­koj­nie, że gdyby nie ruch trąby i uszu, moż­na by było pomyśleć, iż jest wyku­ty z kamie­nia.

Nel! – krzyknął Staś.

A ona, zaję­ta swoją ro­botą, odpo­wiedziała mu wesoło:

Zaraz, za­raz!

Na to chło­pak, który nie miał zwyczaju wahać się wobec niebezpieczeńs­twa, podniósł jedną ręką w górę strzelbę, drugą chwy­cił za ob­dartą z kory wyschłą ło­dygę lianu i objąwszy ją nogami, w mgnieniu oka zsunął się na dno wą­wozu.

Słoń poru­szył niespo­kojnie usza­mi, ale w tej chwili Nel wstała i ob­jąwszy trąbę zawołała pośpiesz­nie:

Nie bój się, słoniu, to Staś.

Staś spo­strzegł od razu, że nie ma dla niej żadnego niebezpie­czeństwa, lecz nogi trzęsły się jeszcze pod nim, serce biło mu gwał­tow­nie i nim ochło­nął z wraże­nia, począł mówić zdła­wionym, pełnym żalu i gniewu głosem:

Nel, Nel, jak ty mo­głaś to zro­bić?!...

Ona zaś po­częła się tłumaczyć, że nie zrobi­ła nic złego, bo słoń jest dobry i zu­pełnie jest oswojony; że chciała tylko raz na niego spoj­rzeć i wró­cić się, ale on ją zatrzy­mał i począł się z nią ba­wić, że ją huśtał bar­dzo ostroż­nie i że jeśli Staś chce, to i jego po­huśta.

To mówiąc jedną rącz­ką wzięła za koniec trą­by i zbliżyła ją do Sta­sia, drugą zaś ręką machnęła kilkakrotnie w prawo i w lewo, mó­wiąc jed­no­cze­śnie do słonia:

Pokołysz, słoniu, i Stasia.

Mądry zwierz znów odgadł z jej poruszeń, czego od niego chce – i Staś, chwycony za pasek przy spoden­kach, w jed­nej chwili znalazł się w po­wie­trzu. Było przy tym ta­kie jakieś dziwne i za­bawne prze­ciwieństwo między jego roz­gniewa­ną jeszcze miną a tym bujaniem się nad zie­mią, że małe Mzimu poczęło śmiać się do łez, kla­skać w ręce i krzyczeć tak jak po­przednio:

Jeszcze, jeszcze!

A ponieważ niepodobna jest zacho­wać należy­tej powagi i prawić mo­rałów wów­czas, gdy człowiek wisi na koń­cu słonio­wej trąby i mi­mo­wol­nie wy­kony­wa ruchy podobne do ruchów wa­hadła, więc chłopiec począł się w końcu śmiać tak­że. Ale po pewnym czasie zmiarko­waw­szy, że ru­chy trąby stają się wolniejsze i że słoń za­mierza po­stawić go na ziemi, wpadł niespodziewan­ie na nowy po­mysł: mia­nowi­cie, ko­rzysta­jąc z chwili, w której zna­lazł się w po­bliżu ol­brzymiego ucha, chwy­cił za nie obu ręko­ma, wdrapał się po nim w mgnieniu oka na gło­wę i siadł sło­niowi na karku:

Aha! – za­wołał z góry na Nel – niech zrozu­mie, że to on musi mnie słu­chać.

I jął klepać go dłonią po głowie, z miną wład­cy i pana.

Dobrze! – zawołała z dołu Nel – ale jak teraz zleziesz?

To mały kłopot – od­powiedział Staś.

I przewie­siwszy nogi przed czoło słonia objął nimi trąbę i zsunął się po niej jak po drzewie.

Ot, jak zlezę!...

Po czym oboje zajęli się wyjmo­waniem resztek kol­ców z nóg słonia, któ­ry poddawał się temu z nadzwyczaj­ną cier­pli­wo­ścią.

Tymczasem spadły pierwsze krople dżdżu, więc Staś posta­nowił od­prowadzić natychmiast Nel do "Kra­kowa" – ale tu za­szła nie­spo­dzie­wana trud­ność. Słoń za nic nie chciał się z nią rozstać i za każdym razem, gdy próbowała się oddalić, za­wracał ją trąbą i przy­cią­gał ku so­bie. Poło­że­nie stawa­ło się cięż­kie i wesoła zabawa wo­bec uporu zwie­rzęcia mogła się źle zakoń­czyć. Chło­piec nie wiedział, co po­cząć, gdyż deszcz pa­dał coraz gęstszy i groziła ule­wa. Oboje cofali się wprawdzie nieco ku wyjściu, ale bardzo nie­znacznie, i słoń posu­wał się za nimi.

Na koniec Staś stanął między nim a Nel, utkwił w jego oczach ostre spoj­rzenie, jed­nocześnie zaś rzekł ci­chym gło­sem do Nel:

Nie ucie­kaj, ale co­faj się cią­gle aż do wąskiego przejścia.

A ty, Sta­siu? – zapy­tała dziew­czynka.

Cofaj się – powtórzył z naciskiem – bo inaczej muszę za­strzelić sło­nia.

Dziewczyn­ka pod wpływem tej groźby po­słuchała rozkazu, tym bar­dziej że ma­jąc już nieograniczon­ą ufność w sło­niu była pewna, że on w żad­nym razie nie zrobi nic złego Stasiowi.

Chłopiec zaś stał o cztery kroki od olbrzy­ma nie spuszczając zeń oczu.

Upłynęło w ten sposób kilka minut. Nastała chwila wprost groźna. Uszy słonia poruszyły się kilka­krotnie, małe oczki bły­snęły ja­koś dziw­nie i trąba wzniosła się nagle do góry.

Staś uczuł, że blednie.

"Śmierć!" – pomyślał.

Ale kolos odwrócił się niespodzie­wanie ku krawędzi parowu, na której widy­wał zwykle Nel, i po­czął trąbić tak żało­śnie jak nigdy przed­tem.

A Staś po­szedł spo­kojnie ku przejściu i za skałą znalazł Nel, która nie chciała wra­cać bez nie­go do drze­wa.

Chłopak miał niepo­hamowaną ochotę po­wiedzieć jej: "Patrz, cze­goś narobi­ła! o małom przez ciebie nie zginął". Ale nie było czasu na wy­mówki, gdyż deszcz zmienił się w ulewę i trzeba było wracać jak najprędzej. Nel przemo­kła do nitki, choć Staś owinął ją we własne ubra­nie.

We wnętrzu drzewa ka­zał ją zaraz Murzynce przebrać – sam zaś od­wiązał na­przód w mę­skim poko­ju Sabę, którego po­przednio był przy­wią­zał z obawy, aby pobie­głszy w jego ślady nie płoszył mu zwierzy­ny, następ­nie począł prze­patry­wać raz jeszcze wszelkie ubra­nia i pa­kunki w na­dziei, że może znaj­dzie jaką za­pomnianą szczyptę chininy.

Ale nie zna­lazł nic. Tyl­ko na dnie słoika, któ­ry dał mu misjonarz w Chartumie, kryło się we wgłębie­niach tro­chę białego proszku, tak jed­nak mało, że starczyć go mogło zaled­wie na pobielenie końca pal­ca. Posta­nowił wsze­lako nalać do sło­ika ukropu i dać Nel do wy­picia tę płu­kankę.

Po czym, gdy ulewa przeszła i zaświeciło znów słoń­ce, wyszedł z drzewa, aby popa­trzyć na ryby, które przyniósł Kali. Mu­rzyn zło­wił ich kil­ka­na­ście na wędki po­czynione z cienkiego drutu. Po większej części były małe, ale znala­zły się trzy na sto­pę długie, srebrno na­kra­piane i za­dzi­wiają­co lek­kie. Mea, która wychowana nad brzega­mi Nilu Nie­bieskiego znała się na rybach, mó­wiła, że są one do­bre do je­dzenia i że pod wie­czór wy­skakują bar­dzo wysoko nad wodę. Jakoż przy opra­wianiu ich pokaza­ło się, że są tak lekkie dla­tego, iż we­wnątrz mają ogromne po­wietrzne pę­cherze. Staś wziął jedną z ta­kich baniek, dochodzącą do wielko­ści du­żego jabłka, i po­niósł poka­zać ją Nel.

Patrz – rzekł – to siedzi w ry­bach. Z kil­kunastu ta­kich pęche­rzy można by zrobić szybę w na­szym oknie.

I pokazał górny otwór w drzewie.

Lecz pomy­ślawszy po­tem przez chwilę do­dał:

I jeszcze coś więcej.

Co takie­go? – zapy­tała rozcie­kawiona Nel.

I latawce.

Takie, ja­kie puszcza­łeś w Port–Saidzie? O, dobrze! zrób!

Zrobię. Z pociętych, cieniutkich bambusów zbiję ramki, a tych błon użyję za­miast pa­pieru. To będzie na­wet lepsze od papieru, bo lżej­sze – i deszcz tego nie rozmoczy. Taki lata­wiec pój­dzie ogrom­nie w górę, a przy sil­nym wietrze zaleci Bóg wie dokąd...

Tu nagle uderzył się w czoło:

Mam jed­ną myśl.

Jaką?

Zoba­czysz. Jak sobie to jeszcze le­piej wyobra­żę, to ci po­wiem. Teraz ten słoń tak ryczy, że nie można się nawet roz­mó­wić...

Istotnie słoń z tęsk­noty za Nel, a może za obojgiem dzieci, trą­bił tak, aż cały wąwóz się trząsł ra­zem z pobli­skimi drze­wami.

Trzeba mu się po­kazać – rze­kła Nel – to się uspo­koi.

I poszli do wąwozu. Ale Staś cał­kiem zajęty swą myślą począł pół­głosem mó­wić:

"Nelly Rawlison i Stanisław Tarkowski z Port–Saidu, uciekłszy z Faszody od derwiszów, znajdują się.."

I zatrzymaw­szy się za­pytał:

Jak ozna­czyć, gdzie?...

Co, Sta­siu?

Nic, nic. Już wiem: "Znajdują się o mie­siąc drogi na wschód od Białego Nilu – i pro­szą o pręd­ką pomoc..." Gdy wiatr będzie dął na pół­noc albo na wschód, puszczę ta­kich lataw­ców dwa­dzieścia, pięćdzie­siąt, sto, a ty, Nel, po­możesz mi je kleić.

Latawce?

Tak – i powiem ci tylko tyle, że mogą nam one oddać więk­szą przysłu­gę niż dzie­sięć słoni.

Tymczasem doszli do krawędzi. I dopieroż za­częło się przestępy­wanie ol­brzyma z nogi na nogę, kiwa­nie się, ma­chanie uszami, gulgo­ta­nie i znów żało­sne trąbie­nie, gdy Nel próbowała się choć na chwilę od­dalić. W końcu dziew­czyn­ka po­częła tłumaczyć "ko­chane­mu sło­nio­wi", że nie może ciągle przy nim przesiady­wać, bo przecie musi spać, jeść, praco­wać i go­spodarzyć w "Krako­wie". Ale on uspokoił się dopiero wów­czas, gdy ze­pchnęła mu widełkami przygotowa­ną przez Ka­lego żyw­ność – a i to wieczo­rem zaczął znów po­trę­bywać.

Dzieci na­zwały go te­goż wieczo­ra: "King", gdyż Nel za­ręczała, że zanim do­stał się do wąwozu, był niezawod­nie królem wszystkich słoni w Afryce.

 

 

Rozdział 29

W ciągu kil­ku dni Nel spędzała wszystkie chwile, w których deszcz nie padał, u Kinga, który już nie sprzeciwiał się jej odej­ściu zrozu­miaw­szy, że dziewczyn­ka wraca po kilka razy dziennie. Kali, który w ogóle bał się słoni, patrzył na to z nad­zwy­czajnym zdu­mie­niem, ale w końcu do­szedł do przekona­nia, że po­tężne "do­bre Mzimu" oczarowało ol­brzyma, i począł go także odwie­dzać. King zachowywał się wzglę­dem niego jak rów­nież względem Mei życzli­wie, ale tyl­ko jedna Nel robiła z nim, co chciała, tak że po tygo­dniu ośmie­liła się na­wet przypro­wa­dzić mu i Sabę. Dla Stasia była to wielka ulga, gdyż mógł z ca­łym spoko­jem pozo­stawiać Nel pod opieką, czyli jak się wyrażał: pod trąbą sło­nia – i cho­dzić bez żadnej oba­wy na polo­wanie, a na­wet czasem zabierać z sobą Kale­go. Był też teraz pe­wien, że za­cne zwierzę nie opuści­łoby ich już w żadnym razie, i po­czął się na­myślać, jak je z za­mknięcia uwolnić.

A właściwie mówiąc, sposób wy­nalazł on już dawno, ale wyma­gający ta­kiej ofiary, że bił się z myślami, czy go użyć, a na­stępnie od­kła­dał to z dnia na dzień. Po­nieważ nie miał z kim o tym po­mówić, po­stanowił wtajemni­czyć osta­tecznie w swe zamiary Nel, chociaż uważał ją za dziecko.

Skałę można wy­sadzić pro­chem – rzekł – ale na to trzeba będzie po­psuć mnó­stwo ładun­ków, to jest powyciągać z nich kule, wysy­pać proch i zro­bić z niego jeden wielki nabój. Taki nabój wci­snę w naj­głębszą szparę, jaka się w środ­ku znaj­dzie, następnie zatkam i pod­palę. Wówczas skała roz­padnie się na kilka lub kilkanaście części i Kin­ga można będzie wy­prowadzić.

Ale jeśli będzie wiel­ki huk, to czy on się nie przelęk­nie?

To niech się przelęk­nie! – odpo­wiedział żywo Staś. –To mnie najmniej obchodzi. Z tobą do­prawdy nie warto po­ważnie mó­wić.

Jednakże mówił dalej, a raczej my­ślał dalej głośno:

Ale jeżeli użyję za mało ładun­ków, to ska­ła się nie rozpadnie i zmarnuję je na próżno; jeżeli w do­statecznej ilości, to nam ich nie­wiele zo­sta­nie. A gdyby ich zabrakło przed koń­cem drogi, wówczas grozi nam po prostu śmierć. Bo czymże będę polo­wał, czym cię bronił w razie ja­kie­go na­padu? Wiesz prze­cie dobrze, że gdyby nie ta strzel­ba i nie te na boje, to zginę­liby­śmy od dawna albo z rąk Gebh­ra, albo z głodu. I szczęście to prawdziwe, że mamy konie, bo sami nie mogliby­śmy unieść ani rzeczy, ani ładun­ków.

Na to Nel podniosła palec do góry i ozwa­ła się z wiel­ką pewno­ścią:

Jak ja Kingowi po­wiem, to King ponie­sie wszyst­ko.

Jakież ła­dunki po­niesie, jeśli ich mało co zostanie?

Będzie nas za to bronił...

Ale nie będzie prze­cie strzelał ze swojej trąby do zwierzyny tak jak ja ze sztucera.

To może­my jeść figi i te duże dy­nie, co ro­sną na drze­wach, a Kali nałapie za­wsze ryb.

Póki zo­staniemy nad rzeką. Porę dżdży­stą trzeba tu przeczekać, gdyż te cią­głe ulewy napędziłyby ci z pewno­ścią fe­bry. Pamiętaj jed­nak, że potem ru­szamy w dalszą dro­gę i może­my trafić na pustynię.

Taką jak Sahara? – zapytała z przestra­chem Nel.

Nie; taką jednak, na której nie ma rzek ani drzew owo­cowych, a rosną ni­skie akacje i mimozy. Tam można żyć tylko z tego, co się upo­luje. King znaj­dzie tam trawę, a ja antylopy, ale jeśli nie będę miał czym do nich strze­lać, to King ich nie na­łapie.

I Staś miał rzeczywi­ście o co się trosz­czyć, gdyż obecnie, gdy słoń już się oswoił i po­przyjaźnił z nimi tak po­czciwie, nie­podobna było go po­rzucić i ska­zać na śmierć gło­dową; a uwolnić go, to znaczyło pozbawić się większej części amu­nicji i nara­zić samych siebie na nie­uchron­ną zgubę.

Więc Staś odkładał ro­botę z dnia na dzień, powtarzając sobie co wieczór w duszy:

"Może jutro wynajdę jaki inny sposób".

A tymcza­sem do tej troski przy­łączyły się inne. Na­przód Kale­go straszli­wie pokąsa­ły w dole rzeki dzikie pszczoły, do któ­rych do­pro­wa­dził go znany w Afryce nie­wielki sza­rozielony ptak, zwany pszczołowo­dem. Czar­nemu chło­pa­kowi nie chciało się przez leni­stwo podku­rzyć ich do­sta­tecznie, wrócił więc z miodem, ale skłuty i spuchnięty tak, że w godzinę później stracił przy­tomność. "Dobre Mzi­mu" wycią­gało z nie­go aż do wieczora, przy pomo­cy Mei, żą­dła, a po­tem okłada­ło go zie­mią, którą Staś pole­wał wodą. Jednakże nad ranem zdawało się, że biedny Mu­rzyn kona. Na szczęście starania i silny jego organizm przemogły niebezpie­czeń­stwo – zdrowie jed­nak odzy­skał dopie­ro po upły­wie dni dzie­sięciu.

Druga przy­goda spo­tkała konie. Staś, który podczas choroby Ka­lego musiał je pętać i prowadzić do wody, zauwa­żył, że poczęły strasz­li­wie chud­nąć. Nie można było wytłu­maczyć tego bra­kiem żyw­ności, po­nieważ wskutek desz­czów trawa wybu­jała wysoko i wybornej pa­szy było w bród. A jednak ko­nie wprost nikły. Po kilku dniach sierść na nich poszersze­niał­a, oczy im zgasły, a z noz­drzy pły­nął gęsty śluz. W koń­cu prze­stały jeść, a nato­miast piły chci­wie, jakby trawi­ła je go­rącz­ka. Gdy Kali przyszedł do zdrowia, były to już dwa kościo­trupy. Ale on tylko spojrzał na nie i od razu zrozu­miał, co się stało.

Tse–tse! – rzekł zwra­cając się do Stasia.

One mu­szą umrzeć.

Staś zrozu­miał także, albowiem jeszcze w Port–Sa­idzie słyszał wielokrotnie o musze afrykań­skiej, zwa­nej tse–tse, która jest tak straszli­wą plagą nie­których okolic, że tam, gdzie ona miesz­ka stale, Murzyni nie posiadają wcale by­dła, a tam, gdzie wsku­tek po­myśl­nych chwi­lo­wych wa­run­ków roz­mnoży się niespodzie­wanie, by­dło ginie. Koń, wół lub osioł, ukłuty przez tse–tse, marnieje i zdycha w ciągu dni kil­ku­nastu, cza­sem w ciągu dni kilku. Zwie­rzęta miej­scowe rozu­mieją to nie­bezpie­czeństwo, jakie im od niej zagra­ża, zdarza się bowiem, że całe sta­da wołów, gdy przy wo­dopoju usłyszą jej brzę­czenie, wpadają w szaloną trwogę i rozbie­gają się na wszystkie strony.

Stasiowe konie były pokąsane; konie te, a wraz z nimi osła, Kali nacierał te­raz codzien­nie jakąś niesłycha­nie wonną, po­dobną z zapa­chu do ce­buli, ro­śliną, którą w dżun­glach wy­szukiwał. Mówił, iż woń jej od­pędza tse–tse, ale po­mimo tego zaradczego środka ko­nie chudły. Staś z trwo­gą myślał o tym, co bę­dzie, jeżeli zwierzęta padną? Jak zabrać wów­czas rze­czy, Nel, wojło­ki, namiot, ła­dunki i na­czynia? Było tego jed­nak tyle, że chyba je­den King potra­fiłby to wszystko udźwi­gnąć. Ale żeby uwolnić Kinga, po­trzeba było poświę­cić przynaj­mniej dwie trzecie na­boi.

Coraz więk­sze troski zbierały się nad głową Stasia, na podobień­stwo tych chmur, któ­re nie prze­stawały poić dżun­gli dż­dżem. A na ko­niec przy­szła największa klęska, wo­bec której zmalały wszystkie inne: febra!

 

 

Rozdział 30

Pewnego dnia przy wieczerzy Nel podnió­słszy do ust kawałek wę­dzonego mięsa od­sunęła go nagle jakby ze wstrę­tem i rzekła:

Nie mogę dziś jeść.

Staś, który poprzednio dowiedział się od Kale­go, gdzie są pszczoły, i podkurzał je teraz co­dziennie, by rabować im miód, był pe­wien, że mała zjadła w ciągu dnia za duży mio­du, i dlate­go nie zwró­cił uwagi na jej brak chęci do je­dze­nia. Lecz ona po chwili wsta­ła i po­częła cho­dzić śpiesznie wedle ogni­ska, zata­czając coraz większe koła.

A nie od­dalaj się za­nadto – wo­łał na nią chłopiec – bo jeszcze cię co po­rwie.

W rzeczywi­stości nie obawiał się jednak ni­czego, albo­wiem obec­ność sło­nia, którą dzikie zwie­rzęta czuły, i jego trą­bie­nie, któ­re do­cho­dziło do ich czujnych uszu, trzy­mały je w przyzwoitej odległości. Zapewniało to bezpie­czeństwo za­równo lu­dziom, jak i ko­niom, al­bo­wiem naj­strasz­niejsi nawet w dżungli dra­pieżcy, jak lew, pantera i lampart, wolą nie mieć do czy­nienia ze słoniem i nie zbliżać się za­nadto do jego kłów i trąby.

Jednakże gdy dziew­czynka nie przestawała krążyć co­raz po­spieszniej, Staś po­szedł za nią i zapytał:

Hej, mała ćmo! czemu tak latasz koło ognia?

Pytał jesz­cze wesoło, ale już się zaniepokoił, a niepokój jego wzrósł, gdy Nel odpowiedział­a:

Nie wiem. Nie mogę usiedzieć na miejscu.

Co ci jest?

Tak mi ja­koś nieswo­jo i tak dziwnie...

A wtem oparła mu nagle głów­kę na pier­siach i jak­by przyzna­jąc się do winy, zawo­łała pokor­nym, prze­tkanym łza­mi gło­sem:

Stasiu, ja chyba je­stem chora.

Nel!!

Po czym położył jej dłoń na czole, które było suche i zarazem lodowate. Więc porwał ją na ręce i poniósł ku ogni­sku.

Zimno ci? – pytał po drodze.

I zimno, i gorąco, ale bardziej zimno...

Jakoż ząbki jej uderzały jedne o dru­gie, a cia­łem wstrzą­sały ciągłe dreszcze. Staś nie miał już najmniej­szej wątpli­wości, że dostała fe­bry.

Kazał na­tychmiast Mei zapro­wadzić ją do drzewa, rozebrać i położyć, a następnie okrył ją, czym mógł, widział był bo­wiem w Char­tu­mie i Fa­szo­dzie, że ludzie chorzy na febrę okry­wali się owczymi skórami, aby się za­pocić. Po­sta­nowił przesie­dzieć przy Nel całą noc i poić ją go­rącą wodą z mio­dem. Ale ona z po­czątku nie chciała pić. Przy świe­tle kaganka za­wie­szonego wewnątrz drzewa Staś do­strzegł jej błysz­czą­ce źre­nice. Po chwili za­częła się skarżyć na gorąco, a jedno­cze­śnie trzęsła się pod woj­łokami i pod ple­dem. Ręce jej i czoło były wciąż zimne, ale gdyby Staś znał się choć cokol­wiek na fe­brycznych przypadło­ściach, był­by poznał z jej nadzwy­czaj niespo­kojnych ru­chów, że musi mieć straszliwą go­rączkę. Ze strachem zauważył, że gdy Mea wchodziła z gorącą wodą, dziewczyn­ka patrzyła na nią jakby z pewnym zdzi­wie­niem, a na­wet obawą, i zdawała się jej nie po­znawać. Z nim jednak rozmawiała przy­tomnie. Mówiła mu, że nie może le­żeć, i pro­siła, żeby po­zwolił jej wstać i bie­gać, to znów pyta­ła, czy się nie gniewa na nią za to, że chora, a gdy zapew­niał ją, że nie, przyci­skała rzęsa­mi łzy, któ­re napływa­ły jej do oczu, i zarę­czała, że ju­tro będzie zupełnie zdrowa.

Tego wie­czora, a ra­czej nocy, słoń był ja­koś dziwnie niespokoj­ny i ciągle ryczał, co znów pobu­dziło Sabę do szcze­ka­nia. Staś za­uwa­żył, że chorą to drażni, więc wyszedł z drzewa, by ich uspoko­ić. Z Sabą poszło mu łatwo, ale sło­niowi trudniej było naka­zać ci­szę, więc wziął kilka melo­nów, by mu je rzucić i zatkać mu trąbę przy­najmniej na jakiś czas. Wracając spostrzegł przy świetle ognia Kale­go, który z ka­wałkiem wę­dzonego mięsa na ra­mieniu oddalał się w kierunku biegu rzeki.

Co ty tam robisz i do­kąd idziesz? – zapytał Mu­rzyna.

A czarny chłopak za­trzymał się i gdy Staś zbliżył, się ku niemu, rzekł z ta­jemniczą twarzą:

Kali iść pod inne drzewo po­łożyć mięso złemu Mzi­mu.

Dlaczego?

Dlatego, żeby zły Mzimu nie zabić do­brego Mzi­mu.

Staś chciał na to coś odpowie­dzieć, lecz nagle żal chwycił go za piersi, więc zaci­snął tylko zęby i od­szedł w mil­cze­niu.

Gdy wrócił do drzewa, Nel miała oczy za­mknięte; ręce jej le­żące na woj­łoku drgały wprawdzie mocno, ale zdawało się, że usypia. Staś siadł przy niej i w obawie, by jej nie zbu­dzić, sie­dział przez pewien czas bez ruchu. Mea siedzą­ca z drugiej strony po­prawiała co chwila ka­wałki ko­ści sło­niowej sterczące jej w uszach, by bronić się tym sposo­bem od drzemki. Uczyniło się cicho, tylko z dołu rzeki od strony rozlewu do­cho­dziło rzechotanie żab i smęt­ne kumka­nie ropuch.

Nagle Nel siadła na posłaniu.

Stasiu!

Jestem tu, Nel.

A ona, dy­gocząc jak liść na wie­trze, poczę­ła szukać jego ręki i powtarzać śpiesznie raz po raz:

Boję się, boję się! daj mi rękę!

Nie bój się, jestem przy tobie:

I chwycił jej dłoń, która tym razem była rozpa­lona jak w ogniu; nie wiedząc zaś sam, co ma robić, jął okrywać tę biedną wy­chu­dzoną rączkę po­ca­łunkami.

Nie bój się, Nel, nie bój!

Po czym dał jej się napić wody z miodem, która przez ten czas wy­stygła. Nel tym razem piła chciwie i przytrzy­my­wała mu rękę z na­czy­niem, gdy próbo­wał odejmo­wać je od ust. Chłod­ny napój zdawał się ją uspoka­jać.

Nastało mil­czenie. Lecz po upływie pół godziny Nel znów siadła na posłaniu, a w rozszerzo­nych jej oczach wi­dać było okropną trwogę.

Stasiu!

Co ci jest, kochanie?

Czemu – pytała prze­rywanym głosem – Gebhr i Chamis chodzą koło drzewa i za­glądają tu do mnie?

Stasiowi w jednej chwi­li wydało się, że obla­zły go tysią­ce mrówek.

Co ty mó­wisz? – rzekł. –Tu nikogo nie ma! to Kali chodzi koło drzewa.

Lecz ona patrząc w ciemny otwór zawo­łała szczę­kając zęba­mi:

I Beduini także! Dla­czegoś ty ich pozabi­jał?

Staś otoczył ją ramie­niem i przy­tulił do sie­bie:

Ty wiesz dlaczego! Nie patrz tam! nie myśl " o tym. To było już dawno!...

Dziś! dziś!

Nie, Nel, dawno!...

Jakoż i było dawno, ale wróciło jak fala odbita od brzegu – i napełniło znów prze­rażeniem myśli cho­rego dziec­ka.

Wszelkie słowa uspo­kojenia oka­zywały się daremne. Oczy Nel rozszerzały się coraz bardziej. Serce biło tak gwał­tow­nie, iż zda­wało się, że pęk­nie lada chwila. Po­tem zaczęła się rzucać jak ryba wy­jęta z wody i trwało to prawie do rana. Dopie­ro nad sa­mym ranem siły jej wy­czer­pały się zupełnie i główka opa­dła na po­stanie.

Słabo mi! słabo! – po­wtórzyła. – Stasiu, ja lecę gdzieś na dół.

Po czym za­mknęła oczy.

Staś w pierwszej chwili prze­raził się okropnie, myślał bo­wiem, że umarła. Ale to był tylko koniec pierwszego parok­syzmu tej strasznej afry­kań­skiej febry, zwa­nej "zgub­ną", której dwa ataki ludzie silni i zdrowi mogą prze­trzymać; trzeciego nie przetrzy­mał dotych­czas nikt. Po­dróż­nicy opowiadali o tym czę­sto w Port–Saidzie, w domu pana Raw­lisona, a jeszcze częściej wracający do Europy misjona­rze kato­liccy, któ­rych pan Tarkowski go­ścinnie u siebie przyj­mował. Dru­gi atak przy­chodzi po kilku lub kilkunastu dniach, trzeci zaś jeśli nie przyszedł w ciągu dwóch ty­go­dni, to nie był śmier­telny, gdyż liczył się jako znów pierwszy w drugim na­wrocie cho­roby Staś wiedział, że jedynym le­kar­stwem, jakie mo­gło prze­rwać lub pood­da­lać od sie­bie ataki, były duże dawki chini­ny, ale nie miał już jej ani atomu.

Na razie jednak wi­dząc, że Nel oddycha, uspokoił się nieco – i począł się za nią mo­dlić. A tym­czasem słońce wy­skoczyło spoza skał wą­wozu i uczy­nił się dzień. Słoń upominał się już o śniadanie, a od strony rozlewu, który two­rzyła rzeka, ozwały się krzyki wod­nego ptac­twa. Chcąc za­bić parę pentarek na rosół dla Nel chłopiec wziął strzelbę śrutówkę i po­szedł wzdłuż rzeki ku kępie wysokich krze­wów, na któ­rych ptaki te sa­dowiły się zwy­kle na noc. Ale tak był niewyspany i myśli jego tak były zajęte chorobą dziewczynki, że całe stado pen­tarek prze­szło tuż koło niego truchcikiem, jedna za drugą, dążąc do wodopoju, a on ich wcale nie spostrzegł. Stało się tak jeszcze i dla­tego, że wciąż się modlił. My­ślał o za­biciu Gebhra, Chamisa, Beduinów i podnosząc oczy w górę mówił ze ściśniętym przez łzy gardłem: "Ja to dla Nel zro­bi­łem, Panie Boże, dla Nel! – bo nie mogłem jej inaczej uwolnić, ale jeśli to grzech, to mnie ukarz, a ona niech wyzdro­wieje!..."

Po drodze spotkał Ka­lego, który poszedł zo­baczyć, czy zły Mzimu zjadł ofiaro­wane mu wczoraj mięso. Mło­dy Mu­rzyn ko­chając małą bibi mo­dlił się także za nią, ale modlił się w cał­kiem od­mienny sposób. Mówił mia­nowicie złe­mu Mzimu, że je­śli bibi wyzdro­wie­je, to on mu co dzień przy­niesie kawałek mięsa, ale jeśli umrze, to chociaż się go boi i choć wie, że po­tem zgi­nie, tak mu przed­tem skórę wyłu­pi, że złe Mzimu na wieki go po­pa­mięta. Nabrał wszelako dobrej otu­chy, gdyż zło­żone wczoraj mięso zni­kło. Mógł wprawdzie porwać je jaki sza­kal, ale mógł i Mzimu przy­brać na się postać sza­kala.

Kali zawia­domił o tym pomyślnym wypadku Stasia, ten jednak po­patrzył na niego, jak­by go wcale nie rozu­miał, i po­szedł dalej. Mi­nąw­szy kępę krza­ków, w któ­rej pentarek nie znalazł, zbliżył się do rzeki. Brzegi jej zarośnięte były wyso­kimi drze­wami, z któ­rych zwie­szały się na kształt dłu­gich poń­czoch gniazda re­mizów, ślicznych żółtych ptasz­ków z czarnymi skrzydłami, a także i gniazda os po­dobne do wielkich róż, ale ko­loru szarej bi­buły. W jednym miej­scu rze­ka tworzyła sze­roki na kilkadzie­siąt kroków rozlew, po­rośnięty w części papi­rusem. Na tym rozle­wie roiło się zawsze ptactwo wodne. Były tam bocia­ny takie same jak nasze euro­pej­skie i bociany o wielkim, grubym dzio­bie za­kończo­nym hakiem, i czarne jak aksamit pta­ki o nogach czerwonych jak krew – i fla­mingi, i ibisy, i bia­łe z różowy­mi skrzydła­mi wa­rzę­chy mające dzioby po­dobne do łyżek – i żu­rawie z ko­ronami na głowach, i mnó­stwo kulików, pstrych i szarych jak my­szy, bie­gają­cych szybko tam i na powrót, niby drobne du­chy le­śne, na dłu­gich, cien­kich jak słomki nóż­kach.

Staś zabił dwie duże kaczki pięk­nej cyna­monowej barwy i dep­cząc po nie­żywych bia­łych moty­lach, któ­rych tysiące za­ścielały brzeg, ro­zej­rzał się naprzód do­brze, czy na mieliźnie nie ma kro­kodylów, po czym prze­szedł przez wodę i pod­niósł zdo­bycz. Strzał rozproszył oczy­wi­ście ptac­two; po­zostały tyl­ko dwa sto­jące o kilka­naście kro­ków dalej i zadumane nad wodą marabuty, podobne do dwóch star­ców o ły­sych, wci­śnię­tych między ra­miona gło­wach. Te nie poru­szyły się wcale. Chło­piec popa­trzył przez chwilę na ich olbrzy­mie worki mięsne zwieszające się na pier­siach, a na­stęp­nie za­uwa­żywszy, że osy za­czynają co­raz gęściej krążyć koło niego, po­wrócił do obozowi­ska.

Nel spała jeszcze, więc i on oddawszy Mei kaczki rzucił się na wojłok i za­snął natych­miast ka­miennym snem. Zbu­dzili się do­piero po połu­dniu – on wcze­śniej, Nel później. Dziewczyn­ka czuła się nieco sil­niejsza, a gdy gęsty i mocny ro­sół po­krze­pił jeszcze jej siły, wstała i wy­szła z drze­wa chcąc popatrzyć na Kinga i na słońce.

Ale teraz dopiero przy świetle dziennym można było dokładnie zobaczyć, jakie ta jed­na noc go­rączki poro­biła w niej spu­stosze­nia. Cerę miała żółtą i przeźroczy­stą, usta poczerniałe, oczy pod­krążone i twarzyczkę jakby posta­rzałą. Nawet źre­nice jej wydawały się bledsze niż zwykle. Po­kazało się także, iż wbrew zapewnien­iom, jakie dawała Sta­siowi, że czuje się dość moc­na – i mimo sporego kubka roso­łu, który za­raz po prze­budzeniu się wypiła, ledwie mo­gła dojść o własnych si­łach do wąwozu. Staś myślał z rozpaczą o drugim ataku i o tym, że nie po­siada ani le­karstw, ani żadnych środków, któ­rymi mógłby mu zapobiec.

A tymcza­sem deszcz zlewał zie­mię po kil­kanaście razy na dzień, po­większając wilgoć po­wietrza.

 

 

Rozdział 31

Poczęły się ciężkie i pełne lęku dni oczeki­wania. Dru­gi atak przy­szedł dopie­ro po tygo­dniu – i nie był tak silny jak pierw­szy, ale Nel uczuła się po nim jeszcze słabszą. Wychudła i zmizerniała do tego stopnia, że nie była to już dziew­czynka, ale cień dziew­czynki. Pło­myk jej ży­cia tlił się tak słabo, że zdawało się, iż dość jest dmuch­nąć, aby go zgasić Staś zro­zumiał, że śmierć nie potrze­buje czekać na trzeci atak, by ją za­brać – i oczekiwał jej lada dzień, lada godzina.

Sam wy­chudł i sczerniał także, albo­wiem nie­szczęście przechodzi­ło jego siły i jego ro­zum. Więc patrząc na jej wo­skową twa­rzyczkę mó­wił so­bie codziennie: "Na tomże strzegł jej jak oka w głowie, żeby tu ją pochować w dżungli?" – I nie rozu­miał wcale, dlaczego tak ma być. Chwilami znów wyrzu­cał sobie, że jeszcze nie dość jej strzegł, że nie był dla niej dość dobry, a wówczas taki żal chwytał go za serce, że chciało mu się gryźć wła­sne pal­ce. Było niedoli po prostu za dużo.

A Nel spała teraz prawie ciągle i być może, że to utrzymywa­ło ją przy życiu. Staś budził ją jednak kilka razy na dzień, by ją posilić. Wów­czas, ile­kroć deszcz nie padał, pro­siła go, aby wynosił ją na powie­trze, nie mogła już bo­wiem utrzymać się na wła­snych no­gach. Zda­rzało się wsze­lako, iż zasy­piała nawet na jego ręku. Wiedziała już, że jest bardzo cho­ra i że może lada dzień umrzeć. W chwilach więk­szego oży­wie­nia roz­mawiała o tym ze Stasiem, a zawsze z płaczem, gdyż bała się śmierci.

Już ja nie wrócę do ta­tusia – mó­wiła pewne­go razu – ale ty po­wiedz tatu­siowi, że mi było bardzo żal – i proś go, żeby tu do mnie przyje­chał...

Wrócisz – odpowie­dział Staś.

I nie mógł nic więcej powiedzieć, gdyż chcia­ło mu się wyć.

A Nel mówi­ła dalej led­wie dosły­szalnym, sennym głosem:

I tatuś przyjedzie, i ty kiedyś przyje­dziesz... prawda?

Na tę myśl uśmiech rozjaśnił jej wynędzniałą twarzyczkę, po chwili jednak ozwała się znowu, jesz­cze ciszej:

Ale mi tak żal...

To rzekłszy oparła mu główkę na ramieniu i poczęła pła­kać, on zaś przemógł własny ból, przytulił ją do piersi i od­powie­dział żywo:

Nel, ja bez ciebie nie wrócę i... i wcale nie wiem, co bym bez ciebie robił na świecie.

Nastało mil­czenie, pod­czas które­go Nel usnęła zno­wu. Staś odniósł ją do drzewa, ale zaledwie wyszedł na ze­wnątrz, gdy z wierz­chotka cy­pla nad­biegł Kali i machając rękoma po­czął wołać z twarzą wzburzoną i przelękłą:

Panie wielki! pa­nie wielki!

Czego chcesz? – zapytał Staś.

A Murzyn wyciągnął rękę i uka­zując na po­łudnie rzekł:

Dym!

Staś przy­słonił oczy dłonią i wy­tężywszy wzrok we wskazanym kierunku uj­rzał rzeczy­wiście przy czerwona­wym blasku nisko już stoją­cego słońca smugi dymu wzno­szącą się daleko wśród dżun­gli, między wierzchoł­kami jesz­cze dal­szych, dość wysokich dwóch wzgórz.

Kali drżał cały, albo­wiem zbyt dobrze pa­mięta straszną niewolę u derwiszów, był zaś pe­wien, że to ich obozo­wisko. Sta­siowi też się wy­dało, iż to nie może być nikt inny jak Smain, i w pierwszej chwili zląkł się także okropnie. Tego tylko bra­kło! Obok śmiertel­nej cho­roby Nel – der­wi­sze! I znów nie­wola, i znów powrót do Faszody albo i do Char­tumu; pod rękę Mahdiego lub pod bat Ab­dullahie­go. Jeśli ich schwy­tają, Nel umrze pierwszego dnia, on zaś zosta­nie niewolni­kiem na resztę życia. A gdyby na­wet kiedyś uciekł, co mu po ży­ciu, co mu po wolności bez Nel? Jak­żeby spojrzał w oczy ojcu albo panu Rawlisono­wi, gdyby derwisze porzu­cili ją po śmierci hie­nom, on zaś nie po­tra­ciłby na­wet po­wie­dzieć, gdzie jest jej grób.

Takie myśli przelatywały mu jak bły­skawice przez gło­wę. Nagle uczuł nie­przepartą chęć popa­trzenia na Nel i skiero­wał się ku drzewu. Po dro­dze za­powiedział Kalemu, by zgasił ogień i nie ważył się palić go w nocy, po czym wszedł do wnę­trza.

Nel nie spa­la i czuła się lepiej. Zaraz też podzieliła się tą wia­domością ze Stasiem. Saba leżał przy u niej i ogrzewał ją swym ogrom­nym cia­łem, a ona głaska­ła go lekko po głowie, uśmiecha­jąc się, gdy chwytał paszczą subtelne pyłki próch­na kręcące się w smu­dze świetl­nej, którą two­rzyły w drzewie ostatnie promienie zachodzące­go słońca. Była wi­docznie lep­szej myśli, gdyż po chwili zwró­ciła się z dość raźną minką do Sta­sia:

A może ja nie umrę?

Nie umrzesz z pewnością – odpowie­dział Staś. Skoro po drugim ata­ku czujesz się silniej­szą, to trze­ci wcale nie przyj­dzie.

Ona zaś po­częła mru­gać powie­kami jakby się nad czymś na­myślając – i rzekła:

Gdybym miała taki gorzki pro­szek, co mi tak dobrze zrobił po tej nocy z lwa­mi, pamię­tasz? to ani trochę nie my­ślała­bym umie­rać, ani tyle!

I pokazała na palusz­ku, jak mało była­by wówczas na śmierć gotowa.

Ach! – ozwał się Staś – od­dałbym nie wiem co za źdźbło chi­niny.

I pomyślał, że gdyby jej miał dosyć, to by poczę­stował Nel choćby dwoma na raz proszka­mi, a potem owinął ją ple­dem, po­sadził przed sobą na ko­niu i ruszył natychmiast w stronę przeciwną tej, w której było obozo­wisko der­wi­szów.

Tymczasem słońce za­padło i dżungla po­grążyła się nagle w ciemność.

Dziewczyn­ka pogwa­rzyła jesz­cze z pół godziny, po czym usnę­ła, a Staś rozmyślał dalej o der­wiszach i o chininie. Stra­piona, ale nad­zwy­czaj za­rad­na jego gło­wa poczęła pracować i tworzyć pla­ny, jedne śmielsze i zuchwalsze od drugich. Naprzód po­czął się za­stana­wiać nad tym, czy ten dym w południo­wej stronie pochodzi koniecznie z obozu Smaina. Mogli to wprawdzie być derwi­sze, ale mo­gli być i Arabo­wie znad brze­gów oce­anu, któ­rzy czynili wiel­kie wyprawy w głąb lądu po kość słoniową i po niewol­ników. Ci nie mieli nic wspól­nego z der­wi­szami, którzy psu­li, im han­del. Mógł to być także obóz Abi­syńczyków albo jaka podgórska wioska mu­rzyńska, do której ła­pa­cze lu­dzi jesz­cze nie dotarli. Czy nie należało się o tym przekonać?

Arabowie z Zanzibaru, z okolic Ba­gamojo, z Witu i z Mombassy, a w ogóle z pobrzeży oceanu, byli to lu­dzie, którzy usta­wicznie stykali się z białymi, więc kto wie, czy za wielką na­grodą nie podjęliby się odpro­wadzić ich obojga do którego z najbliż­szych por­tów. Staś wie­dział do­sko­nale, że może taką nagrodę przyrzec i że jego przyrzecze­niu uwierzą. Przyszła mu też jeszcze inna myśl, która poru­szyła go do głębi. Oto wi­dział, że w Chartu­mie wielu derwi­szów, szczegól­niej z Nubii, chorowało prawie na równi z bia­łymi na fe­brę – i ci le­czyli się chininą, którą rabo­wali Eu­ro­pejczykom albo jeśli była ukryta u renegatów Greków lub Koptów, ku­powali na wagę złota. Otóż można było się spo­dziewać, że Ara­bowie znad oce­anu będą mieli ją na pewno.

"Pójdę – mówił sobie Staś – pój­dę dla Nel".

I zastana­wiając się coraz usil­niej nad po­łożeniem doszedł w końcu do przekona­nia, że gdy­by to nawet był oddział Sma­ina, to i tak nale­żało iść. Przypo­mniał so­bie, że z po­wodu zupeł­nego prze­rwania sto­sunków między Egiptem a Sudanem Smain prawdopo­dobnie nic nie wie o ich po­rwa­niu z Faju­mu. Fatma nie mogła się z nim porozu­mieć, więc to porwanie było tylko jej osobi­stym po­my­słem, wyko­nanym przy po­mocy Cha­misa, syna Chadi­giego, oraz Idrysa, Ge­bhra i dwóch Be­duinów. Otóż ludzie ci nic nie ob­chodzili Sma­ina z tej prostej przyczyny, że znał mię­dzy nimi tylko jed­ne­go Chami­sa, a o tam­tych nigdy w życiu nie słyszał. Ob­cho­dziły go tylko jego własne dzie­ci i Fatma. Ale wła­śnie może zatę­sknił już za nimi i może rad byłby do nich wrócić, zwłaszcza jeżeli uprzy­krzyła mu się już służ­ba u Ma­h­diego. Przy Mahdim nie zro­bił wi­docznie wiel­kiego losu, skoro, za­miast przywodzić potężnym wojskom lub rzą­dzić jakim ob­szernym krajem, mu­siał ła­pać nie­wolni­ków aż Bóg wie gdzie za Faszodą. "Powiem mu tak – myślał Staś – jeśli od­prowa­dzisz nas do ja­kiego portu nad Oce­anem Indyj­skim i wró­cisz z nami do Egiptu, rząd przeba­czy ci wszystkie winy, połą­czysz się z Fatmą i z dziećmi, a prócz tego pan Rawli­son uczyni cię boga­tym; jeśli nie, to dzie­ci i Fatmy nie zoba­czysz już nig­dy w ży­ciu".

I był pe­wien, że Smain na­myśli się dobrze, nim taki układ odrzuci.

Oczywiście, nie było to wszystko bezpieczne, mogło na­wet pokazać się zgubne, ale mogło również stać się de­ską ocale­nia z tej toni afry­kań­skiej. Staś począł się w końcu dziwić, dla­czego moż­liwość spo­tkania ze Smainem tak go na razie przera­ziła – i po­nie­waż cho­dziło o śpieszny ra­tunek dla Nel, posta­nowił pójść jeszcze tej nocy.

Łatwiej to jednak było powiedzieć niż wyko­nać. Co in­nego jest siedzieć nocą w dżungli przy do­brym ogniu, za kol­czastą zeribą, a co in­nego pu­ścić się wśród ciem­ności w wy­sokie trawy, w których poluje o tej porze lew, pantera i lampart, nie mówiąc o hienach i sza­ka­lach. Chło­piec przypo­mniał sobie jednak sło­wa młodego Murzyna, wówczas gdy ów udał się nocą szukać Saby i wró­ciwszy z nim powie­dział: "Kali się bać, ale pójść". I powtó­rzył sobie to samo: "Będę się bał, ale pój­dę".

Czekał jed­nak na wzej­ście księży­ca, gdyż noc była nadzwyczaj ciemna, i dopiero gdy dżungla po­srebrzała od jego bla­sku, zawołał Ka­lego i rzekł:

Kali, za­bierz Sabę do drzewa, zatkaj wej­ście cier­niem i pil­nujcie mi z Meą panien­ki jak oka w głowie, a ja pójdę zo­ba­czyć, co to za lu­dzie są tam w tym obozowi­sku:

Pan wielki wziąć z sobą Kale­go i strzel­bę, która za­bija złe zwierzęta. Kali nie zo­stać!

Zosta­niesz! – rzekł sta­nowczo Staś – i za­kazuj ci iść za mną.

Po czym za­milkł na chwilę, a następnie ozwał się głuchym nieco gło­sem:

Kali, je­steś wierny i roztropny, więc ufam, że spełnisz to, co ci po­wiem. Gdy­bym ja nie wrócił, a pa­nienka umarła, to zo­stawisz ją w drze­wie, ale naokoło drzewa wzniesiesz wysoką zeri­bę, a na ko­rze wytniesz taki oto wielki znak.

I wziąwszy dwa bambu­sy złożył je w krzyż. Po czym tak mówił dalej:

Jeśli zaś bibi nie umrze, ale ja nie wró­cę, to bę­dziesz ją czcił i słu­żył wiernie, a potem za­prowadzisz ją do swego ludu i po­wiesz wo­jow­ni­kom Wa–hima, żeby szli z nią ciągle na wschód, aż do Wiel­kiego Mo­rza. Tam znajdziesz bia­łych lu­dzi, którzy wam dadzą dużo strzelb, pro­chu, pa­cior­ków, drutu i tyle płótna, ile zdołacie unieść. Zro­zumiałeś?

A młody Murzyn rzu­cił się przed nim na ko­lana, objął jego nogi i począł po­wtarzać ża­łośnie:

O bwana kubwa! wró­cić, wrócić, wrócić!

Stasia wzru­szyło przy­wiązanie czarnego chłopaka, więc schylił się, położył mu rękę na głowie i rzekł:

Idź do drzewa, Kali, i... niech cię Bóg błogo­sławi!

Zostawszy sam namy­ślał się jeszcze przez chwi­lę, czy nie wziąć z sobą osła. Było to bez­pieczniej, albowiem lwy w Afry­ce, za­równo jak ty­grysy w Indiach, w razie spo­tkania czło­wieka jadą­cego na ko­niu lub ośle rzucają się zawsze na zwie­rzę, nie na czło­wie­ka. Ale za­dał so­bie py­tanie, kto w ta­kim ra­zie będzie nosił na­miot Nel i na czym ona sama pojedzie? Po tej uwa­dze odrzucił na­tychmiast myśl zabra­nia osła i puścił się pie­chotą w dżunglę.

Księżyc wy­płynął już wyżej na niebo, było przeto znacznie widniej. Jednakże trudności rozpoczęły się zaraz, jak tylko chłopiec za­nu­rzył się w trawy, które wyrosły już tak wysoko, że i czło­wiek na ko­niu mógł się w nich z łatwo­ścią ukryć. Na­wet w dzień nie było w nich na krok nic wi­dać, a cóż do­piero w nocy, kiedy księżyc oświecał tylko ich wierzchołki, a niżej wszystko pogrążone było w głę­bo­kim cie­niu. W ta­kich wa­run­kach ła­two jest zmy­lić drogę i cho­dzić w kół­ko, za­miast po­suwać się na­przód; Sta­siowi doda­wała wszela­ko odwagi ta myśl, że na­przód obo­zowi­sko, ku któ­remu szedł, było odle­głe od cy­pla co naj­wyżej o trzy lub cztery mile an­giel­skie, a po wtóre, że dym ukazał się mię­dzy wierz­choł­kami dwóch wynio­słych pagór­ków – zatem nie tracąc z oczu pagór­ków nie można było za­błądzić. Ale trawy, mimozy i akacje prze­słaniały wszystko. Na szczę­ście co kil­kadziesiąt kroków wznosiły się kopce ter­mi­tów, wy­so­kie nie­kiedy na kil­kana­ście stóp. Staś usta­wiał ostrożnie strzelbę pod każdym kopcem, potem wdrapywał się na jego szczyt – i doj­rzawszy wzgórza ry­sujące się czarno na tle nieba, złaził i szedł dalej.

Strach go tylko brał na myśl, co będzie, jeśli chmury za­słonią księ­życ i niebo, albowiem wówczas znalazłby się jak w pod­ziemiu. Ale nie było to je­dyne niebezpie­czeństwo. Dżungla w nocy, gdy wśród ciszy słychać każ­dy odgłos, każdy krok i niemal sze­lest, jaki ro­bią owady łażące po tra­wach, jest wprost przerażają­ca. Unosi się nad nią lęk i zgroza. Staś musiał zważać na wszystko, na­słuchi­wać, czu­wać, roz­glą­dać się na wszyst­kie strony, mieć głowę jak na śrub­kach, a strzelbę go­tową w każ­dej sekun­dzie do strzału. Co chwila wy­dało mu się, że coś się zbliża, skrada, przyczaja. Nie­kiedy znowu sły­szał poru­szające się trawy i na­gły tętent uciekają­cych zwie­rząt. Domy­ślał się wów­czas, że spło­szył an­ty­lopy, któ­re mimo rozstawio­nych straży śpią czuj­nie, wie­dząc, że niejeden straszny płowy my­śli­wiec po­luje w ciem­no­ściach o tej po­rze. Ale oto coś wiel­kiego czerni się pod paraso­lowatą aka­cją. Może to skała, a może noso­rożec lub bawół, który zwie­trzyw­szy czło­wie­ka ocknie się z drzem­ki i rzuci się natychmiast do ataku. Tam znów za czarnym krzewem wi­dać dwa błyszczące punkty. Hej! strzelba do twarzy. To lew! Nie!... Próżny alarm! To latarniki, bo jedno świa­tełko wzno­si się w górę i leci nad trawami jak spadają­ca uko­śnie gwiazda. Staś właził na ter­mitie­ry nie za­wsze dla­te­go, by prze­konać się, czy idzie w do­brym kie­runku, ale i dlatego, by obetrzeć spo­cone zimnym po­tem czoło, ode­tchnąć i po­cze­kać, aż mu się uspokoi bi­jące zbyt pośpiesz­nie serce. Był przy tym tak już zmęczo­ny, że led­wie trzymał się na no­gach.

Lecz szedł naprzód w tej myśli, że tak trzeba dla uratowa­nia Nel. Po dwóch go­dzinach wy­dostał się na grunt gę­sto usiany kamie­nia­mi, gdzie trawy były niższe i było znacz­nie widniej. Dwa wynio­słe wzgórza rysowały się równie da­leko jak i przedtem; nato­miast bliżej biegł po­przecz­nie zrąb skalny, za którym wznosił się drugi, wyż­szy, oba zaś otaczały wi­docz­nie ja­kąś dolinę albo wą­wóz, podobny do tego, w któ­rym za­mknięty był King.

Nagle, o ja­kie trzysta lub cztery­sta kroków na prawo, spostrzegł na ścianie skalnej ró­żowy od­blask pło­mienia.

I stanął. Serce biło mu znów tak, że nie­ledwie sły­szał je wśród ciszy nocnej. Kogo tam zobaczy na dole? Ara­bów ze wschodnich wy­brzeży? Derwi­szów Smaina czy też dzikich Murzynów, którzy opu­ściwszy ro­dzinne wio­ski chronią się przed derwiszami w nie­do­stępne gór­skie ko­my­sze? Czy znajdzie śmierć albo niewolę, czy też ratunek dla Nel?

Trzeba się było o tym przekonać. Cofać się już nie mógł i nie chciał. Po chwili po­czął się skradać w kierunku ognia, idąc jak najci­szej i ta­mu­jąc dech w piersiach. Uszedłszy tak około stu kroków, usłyszał niespodzia­nie od stro­ny dżungli par­skanie koni – i za­trzymał się znowu. Przy świe­tle księ­życa nali­czył ich pięć. Jak na derwiszów było to mało, ale przypusz­czał, że reszta ukry­ta jest może w wyso­kich trawach. Dziwiło go tylko to, że nie ma przy nich żad­nych straży, że te straże nie palą na górze ogni dla odstra­szenia dzi­kich zwie­rząt. Ale dziękował Bogu, że tak było, gdyż mógł posuwać się dalej niedostrze­żony.

Blask na skałach czy­nił się coraz wyraźniej­szy. Zanim upłynął kwadrans, Staś znalazł się w miej­scu, w któ­rym przeciwle­gła skała była naj­moc­niej oświecona, co wskazy­wało, że u jej stóp musi się palić ogień.

Wówczas czołgając się dopeł­znął z wolna do krawędzi i spojrzał w dół.

Pierwszym przedmio­tem, który uderzył jego oczy, był wielki namiot; przed na­miotem sta­ło polowe płócienne łóżko, a na nim leżał czło­wiek przy­brany w biały ubiór europejski.

Mały, może dwunasto­letni Murzy­nek dokła­dał suche­go paliwa do ognia, który oświe­cał ścianę skalną i szeregi Mu­rzy­nów śpiące pod nią z obu stron na­miotu.

Staś w jed­nej chwili zsunął się po pochyło­ści na dno wąwozu.

 

 

Rozdział 32

Przez jakiś czas ze zmęczenia i wzruszenia nie mógł ani słowa przemówić i stał dysząc ciężko przed leżą­cym na łóż­ku człowie­kiem, który mil­czał tak­że i patrzył na niego ze zdumie­niem grani­czącym nie­mal z nieprzytomnoś­cią. Wreszcie za­wołał:

Nasibu, jesteś?

Jestem, panie – od­powiedział mały Murzy­nek.

Czy wi­dzisz kogo i czy kto stoi przede mną?

Lecz zanim malec zdo­łał odpowie­dzieć, Staś odzyskał mowę:

Panie – rzekł – na­zywam się Stanisław Tarkowski. Uciekliśmy z małą miss Rawlison z niewoli der­wiszów i ukry­wamy się w dżun­gli. Ale Nel jest ciężko chora, więc błagam cię dla niej o pomoc.

Nieznajomy patrzył jesz­cze przez chwilę, mrugając oczyma, po czym prze­tarł ręką czoło.

Słyszę, nie tylko wi­dzę – ozwał się sam do siebie. – To nie złudze­nie!... Co? pomoc? Ja sam potrze­buję pomo­cy. Je­stem ranny.

Nagle jed­nak otrzą­snął się jak­by z sen­nych przy­widzeń lub odrętwienia, spojrzał przytomniej i z błyskiem radości w oczach rzekł:

Biały chłopiec!... Jeszcze wi­dzę białego!... Witam cię, ktokolwiek jesteś. Mó­wiłeś o ja­kiejś cho­rej?! Czego ode mnie żą­dasz?

Staś powtó­rzył, że tą chorą jest Nel, córka pani Rawli­sona, jed­nego z dy­rektorów ka­nału, że miała już dwa ataki fe­bry i że musi umrzeć, je­śli nie bę­dzie miał chininy, by zapobiec trzeciemu.

Dwa ataki – to źle! – odpowie­dział nie­znajomy. Ale chininy mogę ci dać, ile chcesz. Mam jej kil­ka słoików, które nie przydadzą mi się już na nic.

Tak mówiąc kazał małe­mu Nasibu podać so­bie duże blaszane pudło, które było wi­docznie ap­teczką po­dróżną, wy­dobył z nie­go dwa spo­re sło­iki na­pełnione białym proszkiem i wręczył je Stasiowi.

Oto poło­wa tego, co mam. Wy­starczy to choćby na rok...

Staś miał ochotę krzy­czeć po prostu z ra­dości, więc począł mu dziękować z takim unie­sieniem, jakby mu o własne ży­cie chodzi­ło.

A nieznajo­my skinął kilkakrotnie głową i rzekł:

Dobrze, dobrze. Na­zywam się Linde, je­stem Szwaj­car z Zury­chu... Dwa dni temu miałem wy­padek: ranił mnie ciężko dzik ndiri.

Następnie zwrócił się do czarne­go malca.

Nasibu, nałóż mi fajkę.

Po czym do Stasia:

W nocy mam za­wsze więk­szą gorącz­kę i trochę mi się troi w głowie. Ale fajka rozjaśnia mi myśli. Wszak mó­wiłeś, że uciekliście z nie­woli der­wi­szów i ukrywacie się w dżun­gli? Czy tak?

Tak, pa­nie, mówi­łem.

I co za­mierzacie czynić?

Uciec do Abisynii.

Wpadnie­cie w ręce mahdystów, których od­działy włó­czą się po całym po­graniczu.

Nie może­my jednak przedsię­wziąć nic innego.

Ach! jesz­cze przed miesiącem ja mógłbym był wam dać pomoc. Ale teraz je­stem sam, tylko na fa­sce bożej i tego czar­ne­go chłopca.

Staś spoj­rzał na nie­go ze zdzi­wieniem.

A ten obóz?

To obóz śmierci.

A ci Mu­rzyni?

Ci Murzy­ni śpią i nie rozbudzą się więcej.

Nie rozu­miem...

Chorzy na śpiączkę. To są ludzie znad Wiel­kich Jezior, gdzie ta straszna choroba pa­nuje ciągle – i zapadli na nią wszy­scy prócz tych, któ­rzy przedtem pomarli na ospę. Został mi tylko ten jeden chło­pak...

Stasia ude­rzyło teraz dopiero to, że w chwili, w której zsunął się był do wą­wozu, żaden Murzyn nie poruszył się, nie drgnął na­wet – i że w cza­sie całej rozmowy spali wszy­scy: jedni z głowami opartymi o skałę, dru­dzy z pospuszcza­nym­i na piersi.

Śpią i nie rozbudzą się już? – zapytał, jak­by jeszcze nie zdając sobie spra­wy z tego, co usłyszał.

A Linde rzekł:

Ach, to trupiarnia ta Afryka!...

Lecz dalsze słowa prze­rwał mu tu­pot koni, które prze­straszywszy się czegoś w dżungli, poprzyska­kiwały na swych spę­tanych no­gach do kra­wędzi doliny, chcąc być bliżej ludzi i światła.

To nic, to konie! – ozwał się znów Szwaj­car. – Za­brałem je mahdy­stom, któ­rych pobi­łem kilka ty­godni temu. Było ich ze trzystu, a może i wię­cej. Ale oni mieli prze­ważnie dzi­dy, a moi ludzie re­mingtony, które tam stoją oto pod ścianą bez żad­ne­go już po­żytku. Jeśli ci brak bro­ni albo na­bojów, to bierz ile chcesz. Weź także i ko­nia: prędzej na nim wró­cisz i do twojej cho­rej. Ile ona ma lat?

Osiem – odpowie­dział Staś.

Więc to jeszcze dziecko... Niechże Na­sibu da ci dla niej her­baty, ryżu, kawy i wina... Bierz, co chcesz, z zapasów, a ju­tro przy­jeż­dżaj po nowe.

Wrócę z pewnością, żeby panu raz jeszcze podzięko­wać z całe­go serca i pomóc mu, w czym po­trafię.

A Linde rzekł:

Dobrze choć popa­trzeć na eu­ropejską twarz. Jeśli przyjedziesz wcześniej, to będę przytom­niejszy Te­raz gorącz­ka znowu mnie chwy­ta, bo cię wi­dzę po­dwójnie. Czy was dwóch stoi nade mną?... Nie!... Wiem, że je­steś jeden i że to tylko gorączka... Ach, ta Afryka!...

I przymknął oczy

W kwadrans później Staś wyru­szył z po­wrotem z tego dziw­nego obozu snu i śmier­ci, ale tym razem kon­no. Noc jeszcze była głę­boka, ale on już nie zważał na żadne niebezpieczeńs­twa, z którymi mógł się spotkać w wysokich trawach. Trzy­mał się jednak bli­żej rzeki przy­pusz­czając, że oba wą­wozy muszą na nią wycho­dzić. Wra­cać było zresztą znacznie ła­twiej, gdyż w ciszy noc­nej do­cho­dził z dale­ka szum wo­do­spadu, a przy tym obłoki roz­proszyły się na zachod­niej stronie nieba i prócz księ­życa świeci­ło mocno światło zo­dia­kalne. Chłopiec kłuł ko­nia w boki końca­mi sze­ro­kich arab­skich strze­mion i le­ciał trochę jak na zła­manie kar­ku mó­wiąc sobie w du­szy: "Co mi tam lwy i pan­tery! – ja mam chi­ninę dla mojej ma­łej!" I co chwila doty­kał ręką sło­ików, jakby chcąc się upewnić, że je na­prawdę posiada i że to wszystko nie było snem. Roz­maite my­śli i ob­razy przesuwały mu się przez gło­wę. Widział rannego Szwajcara, dla którego czuł ogrom­ną wdzięcz­ność i nad którym li­to­wał się tym ser­decz­niej, że w czasie roz­mowy brał go z początku za wariata; wi­dział małe­go Na­sibu z okrą­głą jak kula czasz­ką i szeregi śpią­cych paga­zich, i lufy opar­tych o skały re­mingto­nów poły­skujące w ogniu. Był prawie pe­wien, że ta bi­twa, o któ­rej wspo­mniał Lin­de, była z oddziałem Smaina – i dziwnie wy­dało mu się pomyśleć, że może i Smain po­legł.

Te widzenia mieszały mu się z nieustającą myślą o Nel. Wy­obrażał so­bie, jak ona się zdziwi zobaczyw­szy jutro cały słoik chininy i że go chyba weźmie za cudotwórcę. "Ach – mó­wił sobie – gdybym był stchórzył i nie poszedł prze­konać się, skąd pochodzi ten dym, nie da­ro­wał­bym so­bie tego przez całe życie".

Po upływie niespełna godziny szum wodo­spadu stał się zupełnie wyraźny, a z rzechotania żab Staś domyślił się, że już jest blisko szczerku, na któ­rym strzelał po­przednio wodne ptac­two. Przy blasku księ­życa rozpo­znał nawet z dala stojące nad nim drzewa. Te­raz na­le­żało zacho­wać wię­cej czuj­ności, roz­lew ów bo­wiem two­rzył zara­zem i wodo­pój, do któ­rego wszel­ki zwierz okoliczny mu­siał ko­niecz­nie przycho­dzić, gdyż gdzie in­dziej brzegi rzeki były strome i mało do­stępne. Ale było już późno i dra­pieżnicy po­ukry­wali się wi­docznie po nocnych łowach w skali­stych ja­skiniach. Koń chrapał trochę, wie­trząc nie­dawne śla­dy lwów czy też panter, jednakże Staś przeje­chał szczę­śliwie i w chwilę póź­niej uj­rzał na wysokim cyplu czar­ną wielką sylwetkę "Krakowa". Pierwszy raz w Afryce miał takie uczucie, jakby przy­jechał do domu.

Liczył, że zastanie wszystkich śpiących, ale liczył bez Saby, który począł szczekać tak, że mógłby po­budzić na­wet umar­łych. Kali znalazł się także w jed­nej chwili przed drze­wem i zawo­łał:

Bwana ku­bwa na ko­niu!

W głosie jego było jednak wię­cej radości niż zdziwie­nia, gdyż tak wierzył w potęgę Stasia, że gdyby ów był nawet stwo­rzył ko­nia, czarny chło­pak jeszcze nie byłby bar­dzo zdziwio­ny.

Ale ponie­waż radość objawia się u Murzynów śmiechem, więc jął bić się dłońmi po biodrach i śmiać się jak szalony.

Spętaj tego konia – rzekł Staś – zdejmij z niego zapa­sy, napal ognia i za­gotuj wody.

Po czym wszedł do drzewa. Nel rozbudziła się także i poczęła go wołać. Staś odchyliwszy płócienną ścianę uj­rzał przy świetle ka­ganka jej bladą twarz i białe chu­de rączki le­żące na ple­dzie, któ­rym była przykryta:

Jak się czujesz, mała? – spytał we­soło.

Dobrze, i spałam mocno, póki mnie nie rozbu­dził Saba. Ale czemu ty nie śpisz?

Bom wy­jeżdżał.

Dokąd?

Do apteki.

Do apteki?

Tak. Po chininę.

Dziewczyn­ce nie sma­kowały wprawdzie mocno proszki chi­niny, które brała po­przednio, ale ponie­waż uważała ją za nie­za­wodne le­kar­stwo na wszystkie choroby na świecie, więc wes­tchnęła i rzekła:

Ja wiem, że ty już nie masz chini­ny.

Staś pod­niósł ku ka­gankowi je­den ze sło­ików i zapy­tał z dumą i radością:

A to co?

Nel nie chciała oczom wie­rzyć, on zaś mówił po­śpiesznie, cały rozpro­mieniony:

Będziesz teraz zdro­wa! Zaraz sporą dozę owinę w skórkę świeżej figi i musisz to połknąć, a czym zapi­jesz, to się po­każe. Czego tak pa­trzysz na mnie jak na zielonego kota?... Tak! mam i drugi słoik. Dostałem oba od bia­łego czło­wieka, któ­rego obóz leży stąd o cztery mile. Od niego wracam. Na­zywa się Linde i jest ranny; jed­nakże dał mi dużo do­brych rze­czy. Wróci­łem na ko­niu, ale do niego sze­dłem pie­chotą. My­ślisz, że to przyjemnie iść w nocy przez dżun­glę? Brr! Drugi raz za nic bym nie poszedł, chyba żeby znów cho­dziło o chi­ninę!

Tak mówiąc opuścił zdumioną dziewczyn­kę, sam zaś udał się do "męskiego przedziału", wybrał z za­pasu fig naj­mniej­szą, wydrą­żył ją i na­sy­pał w śro­dek chini­ny, uważa­jąc, by doza nie była większa od tych prosz­ków, które do­stał w Char­tumie. Potem wy­szedł z drzewa, za­sy­pał her­baty do na­czynia z wodą i wró­cił z lekar­stwem do Nel.

A ona roz­myślała przez ten czas o wszystkim, co się stało. Była ogromnie ciekawa, co to za czło­wiek ten biały? skąd się Staś o nim do­wie­dział? czy on do nich przyjdzie i czy będą podróżowali dalej razem? Nie wątpiła te­raz, że sko­ro Staś do­stał chini­ny, to ona wy­zdro­wie­je. Ależ ten Staś... po­szedł sobie w nocy przez dżun­glę, jak gdyby nic! Nel, pomi­mo całego podziwu dla niego, uwa­żała dotych­czas, nie za­sta­nawia­jąc się zresztą nad tym długo, że wszystko, co on dla niej robi, to rozumie się samo przez się, albo­wiem jest to prosta rzecz, że star­szy chło­piec opie­kuje się młodszą dziewczyn­ką. Jed­nak­że teraz przyszło jej do główki, że bez jego opieki była­by dawno zginęła, że on o nią dba ogrom­nie, że do­gadza jej i broni tak, jak żaden inny chło­piec w jego wieku i nie chciałby, i nie umiał – więc wielka wdzięcz­ność wez­brała w jej ma­łym ser­cu.

Toteż gdy Staś wszedł znowu i po­chylił się nad nią z le­karstwem, zarzuciła mu swe cienkie ra­mionka na szyję i uści­skała go ser­decz­nie:

Stasiu, ty jesteś dla mnie bar­dzo dobry.

On zaś od­powiedział:

A dla ko­góż mam być dobry? A to dosko­nałe! Weź oto lekar­stwo!

Jednakże rad był bar­dzo, gdyż oczy błysz­czały mu z zadowole­nia, i z wiel­ką znów ra­dością i dumą zawo­łał zwróciw­szy się do otworu:

Mea! a te­raz podaj bibi herba­tę!

 

 

Rozdział 33

Staś wybrał się do Lin­dego dopie­ro następ­nego dnia w południe, musiał bo­wiem ode­spać noc poprzednią. Po dro­dze, w przewidy­waniu, że chory może potrzebo­wać świeże­go mięsa, zabił dwie pentarki, które też istotnie zo­stały przyję­te z wdzięczno­ścią. Linde był mocno osła­biony, ale zupeł­nie przytomny. Zaraz po powitaniu zapytał o Nel, po czym prze­strzegł Sta­sia, żeby nie uważał chininy za zupełnie sta­nowczy środek przeciw fe­brze i żeby strzegł ma­łej od słoń­ca, od prze­moczenia, od przeby­wania w nocy w miejscach ni­skich i wilgot­nych i wreszcie od złej wody. Na­stępnie Staś opo­wie­dział mu na żądanie historię wła­sną i Nel, od początku aż do przy­bycia do Char­tumu i od­wie­dzin u Ma­hdiego, a potem od Faszody do uwolnienia się z rąk Gebhra i dalszej wę­drówki. Szwajcar przypa­try­wał mu się w czasie opo­wiada­nia ze wzra­stającą cie­kawością, często z wy­raź­nym po­dziwem, a gdy historia dobiegła wreszcie końca, za­palił fajkę, obejrzał raz jeszcze Sta­sia od stóp do głowy – i rzekł jakby w zamyśle­niu:

Jeśli w waszym kra­ju jest dużo podobnych do ciebie chłopców, to niepręd­ko dadzą sobie z wami radę.

A po chwili milczenia tak mówił dalej:

Najlep­szym dowo­dem prawdy słów twoich jest to, że tu jesteś i że przede mną stoisz. I wiesz, co ci powiem: poło­żenie wasze jest straszne, droga w którąkol­wiek stronę równie straszna, kto wie jed­nak, czy taki chłopak jak ty nie wyratuje z tej toni i siebie, i tam­tego dziecka...

Byle Nel była zdro­wa, to ja zrobię, co będę mógł – zawołał Staś.

Ale i sie­bie oszczę­dzaj, albo­wiem zada­nie, które masz przed sobą, jest nad siły na­wet dorosłe­go człowie­ka. Czy ty zda­jesz so­bie z tego sprawę, gdzie się obecnie znajdujecie?

Nie. Pa­miętam, że po wyjściu z Faszody przeszliśmy przy dużej osadzie, zwanej Deng, jakąś rzekę...

Sobbat – przerwał Linde.

W Dengu było sporo derwiszów i Murzynów. Ale za Sob­batem we­szliśmy w kraj dżungli i szliśmy całe tygo­dnie, aż do­tarliśmy do tego wą­wo­zu, w któ­rym pan wie, co się stało...

Wiem. Na­stępnie pu­ściliście się tym wąwo­zem dalej, aż do rzeki. Otóż posłu­chaj mnie: pokazuje się, że po przej­ściu Sobbatu z Su­dań­czy­kami skręci­liście na południowy wschód, ale więcej na południe. Jesteście obecnie w okolicy nie znanej po­dróżnikom i geo­grafom. Ta rzeka, nad którą się znajdu­jemy, dąży na północ­ny zachód i wpada prawdopo­dob­nie do Nilu. Mó­wię: prawdopo­dobn­ie, bo sam do­brze nie wiem i prze­ko­nać się o tym już nie mogę, cho­ciaż skręci­łem od gór Karamojo dla zbada­nia jej źró­deł. Od jeń­ców–der­wi­szów sły­sza­łem po bitwie, że zowie się Ogeloguen, ale i oni nie byli pewni, gdyż w te okolice za­puszczają się tylko po niewolni­ków. Zajmu­je te w ogó­le mało za­mieszkane strony ple­mię Szyl­luk, ale obecnie kraj jest pu­sty, gdyż ludność czę­ścią wy­marła na ospę, czę­ścią wymie­tli ją mah­dyści, a czę­ścią uciekła ku górom Ka­ramojo. W Afryce nie­raz się to zdarza, że kraj dziś gę­sto osiadły – jutro staje się pustko­wiem. We­dle moich obra­chowań jesteście mniej wię­cej o trzysta kilometrów od Lado. Moglibyście uciekać na południe do Emina, ale ponie­waż Emin sam jest praw­do­podobnie oblę­żony przez derwi­szów, więc nie ma o czym mó­wić...

A do Abi­synii? – za­pytał Staś.

Także około trzy­stu kilome­trów. Pa­miętać wszelako należy, że Mahdi woju­je z całym światem, a więc i z Abi­synią. Wiem to rów­nież od jeń­ców, że na za­chodniej i południo­wej granicy kręcą się większe lub mniejsze hordy der­wi­szów, więc ła­two mogliby­ście wpaść w ich ręce. Abi­synia jest wpraw­dzie pań­stwem chrześcijań­skim, ale południo­we, dzikie plemiona są albo po­gańskie, albo wyzna­ją islam – i z tego po­wodu sprzy­jają po ci­chu Mah­diemu... Nie, tamtę­dy nie przejdzie­cie.

Więc co ja mam po­cząć i do­kąd iść z Nel? – zapy­tał Staś.

Mówiłem, że położe­nie jest ciężkie – rzekł Linde.

To rzekłszy założył obie ręce na gło­wę i długi czas leżał w milczeniu.

Do oce­anu – ozwał się wreszcie – będzie stąd prze­szło dzie­więćset ki­lometrów przez góry, przez dzikie ludy, a na­wet przez pu­sty­nię, bo tam są podobno całe okoli­ce, w któ­rych brak wody. Ale kraj należy nominalnie do Anglii. Można trafić na transpor­ty kości sło­niowej do Ki­smaja, do Lamu i do Mombassy – może na wyprawy misyjne... Zro­zumiaw­szy, że z po­wodu derwi­szów nie zdołam zba­dać biegu tej rzeki, po­nieważ skręca ona do Nilu, chciałem i ja iść na wschód do oce­anu...

To wracaj­my razem! – zawołał Staś.

Ja już nie wrócę. Ndiri potargał mi tak muskuły i żyły, że musi przyjść za­każenie krwi. Tylko chirurg mógłby mnie urato­wać, gdyby mi od­jął nogę. Teraz wszystko już zakrze­pło i odrę­twiało, ale pierwszego dnia gry­złem ręce z bólu...

Pan wy­zdrowieje z pewnością.

Nie, mój dzielny chłopcze, ja umrę z pew­nością, a ty mnie przy­kryjesz do­brze kamie­niami, żeby hieny nie mogły mnie wygrzebać. Umar­łemu to może wszystko jedno, ale za życia nie­miło o tym myśleć... Ciężko umierać tak daleko od swo­ich...

Tu oczy za­szły mu jak­by mgłą – po czym tak mówił dalej:

Ale ja już rozprawiłem się z tą my­ślą, więc mówmy o was, nie o mnie. Dam ci jedną radę: pozo­staje wam tylko droga na wschód, do oce­anu. Ale wypocz­nijcie przed tą drogą i nabierzcie sił. Inaczej twoja mała towarzyszka za­mrze ci w ciągu kilku tygodni. Odłóżcie po­dróż do końca pory dżdżystej i nawet na dłużej. Pierwsze miesiące letnie, gdy deszcz prze­sta­nie pa­dać, a woda po­krywa jeszcze bło­ta, są naj­zdrow­sze. Tu, gdzie jeste­śmy, to już wyżyna, le­żąca na siedemset me­trów nad poziomem. Na wysoko­ści tysiąca trzystu me­trów febry już nie ist­nieją, a przy­niesio­ne z miejsc niższych mają prze­bieg daleko słabszy. Za­bierz małą An­gielkę i idźcie w góry...

Mówienie męczyło go widocznie bardzo, więc znów przerwał i przez jakiś czas opę­dzał się nie­cierpliwie od wielkich, błę­kitnych much, ta­kich sa­mych, jakie Staś widział na popieli­skach Fa­szody.

Po czym tak mówił dalej:

Uważaj pilnie, co ci powiem. O dzień drogi stąd na po­łudnie wznosi się osobna góra, nie wyższa nad osiemset metrów. Wy­gląda tak jak ron­del przewróco­ny dnem do góry. Boki ma zupełnie strome i je­dyny do niej dostęp sta­nowi skalisty grzbiet tak wąski, że w nie­któ­rych miej­scach zaled­wie dwa konie mogą iść obok sie­bie. Na pła­skim jej szczycie, rozle­głym na kilometr albo więcej, była wioska mu­rzyńska, ale ma­hdy­ści ludność wy­cięli i za­brali. Być może, że uczynił to ten Smain, któregom rozbił, lecz któremu nie­wolni­ków nie ode­brałem, gdyż wy­słał ich już po­przednio pod dobrą eskortą nad Nil. Osiądź­cie na tej górze. Jest tam źródło do­skonałej wody, kilka pól manio­ku i mnó­stwo ba­na­nów. W cha­tach znaj­dzie­cie dużo ludz­kich kości, ale zarazy od trupów się nie bój, ponieważ po derwi­szach były tam mrów­ki, które i nas stamtąd wy­parły. Zresztą ani żywego du­cha! Zostań­cie w tej wiosce mie­siąc lub dwa. Na tej wy­sokości fe­bry nie ma. Noce by­wają chłodne. Tam twoja mała od­zy­ska zdro­wie, ty zaś na­bę­dziesz no­wych sił.

A potem co uczynić i dokąd iść?

Potem bę­dzie, co Bóg da. Po­staracie się albo prze­drzeć do Abisynii w miejscowo­ściach po­łożonych dalej, niż do­cho­dzą derwi­sze, albo pój­dzie­cie na wschód. Słyszałem, że Arabowie z wybrzeży docierają aż do jakiegoś jeziora w poszu­kiwa­niu kości sło­niowej, którą naby­wają od szczepów Samburu i Wa–hima.

Wa–hima? Kali pochodzi ze szczepu Wa–hima.

I Staś po­czął opo­wiadać Lin­demu, w jaki sposób odziedziczył Kalego po śmierci Ge­bhra oraz że Kali mówił, iż jest sy­nem naczel­nika wszyst­kich Wa–hi­mów.

Lecz Linde przyjął tę wiadomość obojętniej, niż Staś się spodziewał.

Tym le­piej – rzekł – gdyż może być wam po­mocnym. Bywają mię­dzy czarny­mi poczci­we dusze, choć w ogó­le na ich wdzięcz­ność li­czyć nie można: to są dzieci, które zapo­minają o tym, co było wczo­raj.

Kali nie zapomni, żem go wy­bawił z rąk Gebhra, je­stem tego pewny.

Może – rzekł Linde i ukazując na Nasibu dodał: – To także dobre dziecko. Przygarnij go po mojej śmierci.

Niech pan nie mówi i nie myśli o śmierci.

Mój drogi – odpowie­dział Szwaj­car – ja jej sobie życzę, byle przy­szła bez wielkiej męki. Po­myśl, że je­stem teraz zupeł­nie bez­bronny i gdyby który z tych mah­dystów, któ­rych rozbi­łem, zabłą­kał się przy­padkiem do tego paro­wu, mógłby mnie sam jeden za­rżnąć jak owcę.

Tu pokazał na śpiących Murzynów:

Tamci się już nie roz­budzą, a ra­czej źle mó­wię: każdy z nich budzi się na krót­ko przed śmiercią i w obłąkaniu ucieka w dżunglę, z której już nie wraca... Z dwustu lu­dzi pozosta­ło mi sześć­dziesięciu. Wielu ucie­kło, wielu umarło na ospę, a nie­którzy po­snęli w in­nych paro­wach.

Staś z lito­ścią i prze­rażeniem począł przy­patrywać się śpią­cym. Ciała ich były barwy po­pielatej, co u Murzynów oznacza bladość. Jedni mieli oczy za­mknięte, drudzy na wpół otwar­te, ale i ci spali głębo­ko, gdyż źrenice ich były nieczu­łe na świa­tło. Niektó­rym popu­chły ko­lana. Wszy­scy byli prze­raź­liwie chu­dzi, tak że przez skórę można im było poli­czyć żebra. Ręce ich i nogi drżały nie­ustannie bardzo szybko.

Owe błękit­ne wielkie muchy ob­siadały im gęsto oczy i wargi.

Czy nie ma dla nich ratunku? – zapytał Staś.

Nie ma. Nad Wikto­ria–Nianza choroba ta wyludnia całe wsie. Czasem sroży się bardziej, czasem mniej. Naj­czę­ściej za­padają na nią lu­dzie z wiosek po­łożonych w pobrzeż­nych zaro­ślach.

Słońce przeszło już na zachod­nią stronę nieba, ale jeszcze przed wie­czorem Lin­de opowie­dział Sta­siowi swoje dzieje. Był on sy­nem kupca z Zu­ry­chu. Ro­dzina jego pochodziła z Karlsruhe, ale od 1848 roku prze­niosła się do Szwajca­rii. Oj­ciec jego zrobił wielki mają­tek na han­dlu je­dwa­biem. Kształcił syna na in­żyniera, ale młodemu Henry­kowi uśmiechały się od wcze­snych lat podróże. Po ukoń­czeniu poli­techni­ki, odzie­dzi­czywszy całą fortunę ojcow­ską, przedsię­wziął pierw­szą po­dróż do Egiptu. Były to cza­sy jeszcze przed Mah­dim, więc dotarł aż do Char­tumu i polował z Danga­lami w Sudanie. Potem po­święcił się geografii Afryki i stał się tak bie­głym jej znawcą, że wiele towa­rzystw geo­gra­ficznych zali­czyło go w poczet swych członków. Tę ostatnią podróż, któ­ra miała skończyć się dla nie­go tak fa­tal­nie, rozpo­czął z Za­nzi­baru. Do­tarł do Wiel­kich Jezior i za­mierzał przedrzeć się wzdłuż nie znanych dotychczas gór Kara­mojo do Abi­synii, a stamtąd do wy­brzeży oce­anu. Ale Zan­zi­ba­ryci nie chcieli iść dalej. Na szczę­ście lub na nieszczę­ście była wów­czas wojna mię­dzy królem Ugandy a Uniorą. Lin­de od­dał znaczne usługi kró­lowi Ugan­dy, który w zamian za nie darował mu przeszło dwu­stu pa­ga­zich. Uła­twiło to cał­kowicie po­dróż i zwie­dzenie gór Kara­mojo, ale następ­nie ospa obja­wiła się w szere­gach, a po niej przy­szła strasz­na choroba śpiączki – i osta­teczna ruina kara­wany.

Linde po­siadał znaczne za­pasy wszel­kiego ro­dzaju kon­serw, ale w obawie szkorbutu polował co­dziennie dla zdo­bycia świeżego mięsa. Był on wy­bor­nym strzel­cem, lecz nie dość ostrożnym myśliwym. I stało się, że gdy przed kilku dnia­mi zbliżył się lekko­myślnie do powa­lo­nego dzika ndiri, zwierz ze­rwał się i poszarpał mu okrop­nie nogę, a następnie pode­ptał krzyż. Zda­rzyło się to tuż koło obozu i w oczach Na­sibu, który po­darłszy wła­sną ko­szulę i uczy­niwszy z niej ban­daż zdołał zatamować upływ krwi i od­prowa­dzić ranne­go do na­miotu. W no­dze jed­nak od we­wnętrznego wy­lewu krwi potwo­rzyły się skrzepy i choremu groziła gan­grena.

Staś chciał go koniecz­nie opatry­wać i oświadczył, że albo bę­dzie przy­jeżdżał co­dziennie, albo, by nie zostawiać Nel tylko pod opieką dwojga czar­nych, przewiezie go między końmi na rozpiętych wojłokach na cypel, do "Krako­wa".

Linde zgo­dził się na pomoc w opatrun­kach, ale nie zgodził się na prze­wiezienie.

Ja wiem – mówił wska­zując na swoich Mu­rzynów – że ci ludzie muszą po­mrzeć, ale póki nie po­mrą, nie mogę ich ska­zać na roz­szarpa­nie żywcem przez hieny, które noca­mi ogień tylko trzyma w oddale­niu.

I począł po­wtarzać go­rączkowo:

Nie mogę, nie mogę, nie mogę!

Lecz uspo­koił się za­raz i mówił dalej jakimś dziwnie wzruszo­nym gło­sem:

Przyjdź tu jutro rano... Ja mam do ciebie proś­bę, którą je­śli spełnisz, to może Bóg wypro­wadzi was z tych afry­kańskich czeluści, a mnie da śmierć lek­ką. Chcia­łem tę proś­bę odłożyć do jutra, ale ponieważ jutro mogę już być nie­przytomny, więc wypo­wiem ją dziś: weź wody w ja­kie naczy­nie, za­trzy­maj się przed każ­dym z tych śpiących bie­daków, pryśnij na niego wodą i powiedz te słowa: "Ja cie­bie chrzczę – w imię Ojca i Syna, i Du­cha!..."

Tu wzrusze­nie zatamo­wało mu głos i umilkł.

Wyrzucam sobie – mó­wił po chwi­li – żem się nie żegnał tak z tymi, którzy umierali na ospę, i z tymi, którzy posnęli po­przednio. Lecz te­raz śmierć stoi nade mną... i chciał­bym... choć z tą resztą mojej kara­wany pójść razem w tę ostatnią wielką po­dróż...

To rzekłszy wskazał ręką na rozpłomienion­e niebo – i dwie łzy spłynęły mu z wolna po policz­kach.

Staś płakał jak bóbr.

 

 

Rozdział 34

Nazajutrz poranne słońce oświeciło dziwne wi­dowisko. Staś cho­dził wzdłuż skalnej ściany, za­trzymywał się przed każ­dym Mu­rzy­nem, skra­piał mu czoło wodą i wymawiał nad nim sakramentaln­e słowa. A oni spali z drżeniem rąk i nóg, z głową spuszczoną na piersi lub pod­nie­sioną do góry, żywi jeszcze, a podobni już do trupów. I tak się od­by­wał ten chrzest śpiących, w ciszy poran­nej, w bla­sku sło­necz­nym, w głu­szy pu­styn­nej. Niebo było tego dnia bez chmur, wyso­kie, si­wo­błękitne i jakby smut­ne.

Linde był jeszcze przytomny, ale coraz słabszy. Po opatrunku wręczył Sta­siowi za­mknięte w blaszanym futerale pa­piery, pole­cił je jego opiece i nie przemówił nic więcej. Nie mógł już jeść, ale pragnienie dręczyło go okrutnie. Znacznie przed za­chodem słońca za­czął maja­czyć. Wołał na jakieś dzieci, by nie odpły­wały za da­leko na je­zioro, a w końcu jął się rzucać w dreszczach i obejmo­wać głowę rę­koma.

Następnego dnia wcale już Stasia nie poznał, a w trzy dni później zmarł w samo połu­dnie, nie odzyskaw­szy przy­tomno­ści. Staś opła­kał go szcze­rze, po czym obaj z Kalim za­nieśli go do pobliskiej wąskiej ja­skini, której otwór zało­żyli cier­niem i ka­mieniami.

Małego Na­sibu zabrał Staś do "Krakowa". Kalemu zaś kazał pilno­wać na miejscu za­pasów i pa­lić nocami przy śpią­cych wielki ogień. Sam krą­żył cią­gle między dwoma wą­wozami, przewożąc toboły, broń, a szczegól­niej ładunki do reming­to­nów, z których to ładunków wy­doby­wał proch i urzą­dzał minę dla rozsadzenia skały zamy­kającej Kin­ga. Szczę­ściem zdro­wie Nel po codzien­nych daw­kach chini­ny po­prawi­ło się znacznie, a większa roz­maitość po­karmów wzmocniła jej siły. Staś opusz­czał ją jed­nak zawsze niechętnie i z obawą, a odjeż­dżając nie po­zwa­lał jej wy­cho­dzić z drzewa i za­mykał otwór kolczastymi gałęziami akacji. Mu­siał jed­nak z powodu nawału za­jęć, jakie na niego spa­dły, zo­sta­wiać ją pod opieką Mei, Nasibu i Saby, na którego zresztą li­czył najwię­cej. Wolał po kilkana­ście razy na dzień jeź­dzić po to­boły do obozu Lin­dego niż zo­stawiać dziewczyn­kę samą na dłużej. Spracował się też okrutnie, ale że­lazne jego zdro­wie wytrzy­my­wało wszel­kie trudy. Jed­nakże do­piero po dniach dzie­sięciu tobo­ły były roz­dzie­lone, mniej po­trzebne po­chowane w jaskiniach, potrzeb­niej­sze do­sta­wione do "Kra­kowa" – konie spro­wadzone również na cypel, a na ko­niach przewiezio­no sporą ilość re­ming­tonów, które miał ponieść King.

Przez ten czas w obo­zie Lindego raz w raz któryś ze śpiących Murzynów zrywał się w przed­śmiertnym paroksy­zmie cho­ro­by, uciekał w dżun­glę i już nie po­wracał. Byli jednak tacy, którzy umierali na miejscu, a niektórzy, biegnąc na oślep, roz­bijali sobie głowy o skały w sa­mym obo­zie lub też w pobliżu. Tych grze­bać musiał Kali. Po dwóch tygo­dniach zo­stał już tyl­ko jeden, ale i ten zmarł nie­bawem we śnie – z wy­cień­cze­nia.

Nadszedł wreszcie czas wysa­dzenia ska­ły i oswobo­dzenia Kin­ga. Był on już tak oswojony, że na rozkaz Stasia chwytał go trąbą i za­kła­dał so­bie na kark. Przyzwycza­ił się też i do dźwiga­nia cięża­rów, które Kali wciągał mu po bam­busowej drabince na grzbiet. Nel twier­dziła, że obar­cza­ją go za­nad­to, ale na­prawdę było to wszystko dla niego muchą i do­piero toboły odziedzi­czone po Lin­dem mo­gły stano­wić po­waż­niej­szy ła­dunek. Z Sabą, na którego wi­dok okazy­wał z po­czątku wiel­ki niepokój, zaprzyjaźnił się już osta­tecznie i ba­wił się z nim w ten spo­sób, że prze­wracał go trąbą na ziemię, a Saba uda­wał, że gry­zie. Czasa­mi jednak oblewał nie­spodzianie psa wodą, co ów uwa­żał za żart w zupełnie złym rodza­ju.

Głównie jednak cie­szyło dzieci to, że pojęt­ne i poważ­nie myślące zwierzę ro­zumiało wszystko, czego od niego żą­da­no, i zdawa­ło so­bie sprawę nie tylko z każ­dego rozka­zu, lecz z każdego po­lecenia, z każdego na­wet skinie­nia. Pod tym wzglę­dem słonie prze­wyższa­ją nie­zmier­nie wszyst­kie inne do­mowe zwie­rzęta, a King prze­wyższał bez żadnego porównania Sabę, który na wszelkie przestrogi Nel kiwał ogonem, a potem ro­bił, co chciał. King po kilku ty­godniach pomiarko­wał do­sko­nale, że na przykład osobą, któ­rej najwię­cej trzeba słu­chać, jest Staś, a osobą, o którą naj­więcej wszy­scy dbają – Nel. Więc spełniał najbaczniej rozkazy Sta­sia, a naj­bardziej ko­chał Nel. Z Ka­lego mniej sobie ro­bił, a Meę lekcewa­żył zu­pełnie.

Staś po urządzeniu miny wci­snął ją w najgłębszą szparę, po czym zale­pił całkowi­cie szparę gliną zosta­wiając tylko mały otwór, przez który zwieszał się lont ukręco­ny z su­chych włó­kien palmo­wych i po­tarty zmie­lonym pro­chem. Sta­nowcza chwila wreszcie na­deszła: Staś zapalił oso­biście na­pro­chowany sznurek, po czym po­mknął, ile miał sił w nogach, do drzewa, w którym po­przednio wszystkich po­zamy­kał. Nel oba­wia­ła się, czy King nie za­nadto się przestraszy, lecz chło­piec uspo­koił ją na­przód tym, że wybrał dzień, w którym rano prze­szła bu­rza z grzmo­tami, a po wtóre, zapewnien­iem, że dzi­kie słonie słyszą nie­raz huk pio­runów, gdy ży­wioły nie­bieskie roz­pętają się nad dżun­glą. Sie­dzieli jed­nak z biją­cym ser­cem, licząc minutę za minutą. Straszliwy huk targnął wreszcie powietrzem tak, że po­tężny ba­obab za­drżał od góry aż do dołu, a resztki nie wyskroba­nego próch­na posypały się im na głowy. Staś wyskoczył w tej samej chwili z drzewa i omija­jąc za­kręty wą­wo­zu pobiegł do przej­ścia:

Skutki wy­buchu oka­zały się nadzwyczaj­ne. Jedna połowa wa­piennej ska­ły rozsypała się w drob­ne szczątki, druga pękła na kilka­na­ście więk­szych i mniejszych kawałów, które siła eksplozji porozrzuca­ła na dość znacznej prze­strzeni.

Słoń był wolny.

Uradowany chłopak po­skoczył te­raz na brzeg krawędzi, gdzie już zastał Nel wraz z Meą i Kalim. King przestraszył się jed­nak tro­chę i cof­nąw­szy się na sam brzeg wąwo­zu stał z podniesio­ną trąbą, patrząc w stronę, w której roz­legł się grzmot tak niezwykły. Lecz gdy Nel po­częła na niego wołać, prze­stał zaraz poruszać uszami, gdy zaś zeszła do niego przez otwar­te już przej­ście, uspo­koił się zu­peł­nie. Wię­cej jednak od Kinga prze­raziły się konie, z których dwa zbiegły w dżunglę, tak że Kali od­nalazł je do­piero przed samym za­chodem słońca.

Tegoż dnia jeszcze Nel wyprowadzi­ła Kinga "na świat". Kolos szedł za nią po­słusznie jak mały pie­sek, a na­stępnie wy­ką­pał się w rzece i sam pomy­ślał o swej wiecze­rzy, w ten mianowicie sposób, że oparłszy głowę o duży syko­mor złamał go jak wątłą trzcinę, a następnie ob­jadł sta­ran­nie owo­ce i liście.

Wrócił jed­nak wieczo­rem pod drzewo i wtykając co chwila swój sążnisty nos przez otwór, szu­kał Nel tak gorliwie i na­tręt­nie, że w końcu Staś musiał mu dać po­rządnego klapsa po trąbie.

Najwięcej jednak rad z wyniku tego dnia był Kali, gdyż spadło mu z głowy gro­madzenie żywności dla olbrzy­ma, co wca­le nie było ła­twą rze­czą. To­też Staś i Nel słyszeli go, jak rozpala­jąc ogień do wiecze­rzy śpiewał nowy hymn ra­dosny, uło­żony w następują­cych sło­wach:

Pan wielki zabijać lu­dzi i lwy! yah! yah! yah! pan wielki kru­szyć skały, yah! Słoń sam łamać drzewa, a Kali próżno­wać i jeść – yah! yah!

Pora dżdży­sta, czyli tak zwana massika, miała się ku końcowi. Bywały jesz­cze dni chmurne i ulewne, ale bywały i cał­kiem po­godne. Staś po­sta­nowił przenieść się na wska­zaną mu przez Linde­go górę i zamiar ten przeprowa­dził wkrótce po uwolnie­niu Kinga. Zdrowie Nel nie stało już na zawa­dzie, gdyż miała się stanowczo lepiej.

Wybrawszy więc pogod­ny ranek wyruszyli na połu­dnie. Nie bali się już teraz zbłą­dzić, gdyż chłopiec odziedziczył po Lin­dem, wśród mnó­stwa roz­ma­itych przed­miotów, kompas i wyborną lu­netę, przez którą łatwo było doj­rzeć odległe nawet miej­scowości. Szło z nimi, prócz Saby i osła, pięć obładowa­nych koni i słoń. Ten oprócz to­bołów na grzbie­cie niósł na karku i Nel, która mię­dzy jego niezmierny­mi uszyma wyglą­dała tak, jakby sie­działa w wielkim fo­telu. Staś bez żalu po­rzu­cał nad­rzeczny cy­pel i ba­obab, albo­wiem łączy­ło się z nim wspomnie­nie cho­roby Nel. Nato­miast dziew­czyn­ka spoglą­dała smut­nymi oczy­ma na ska­ły, na drze­wo, na wo­dospad i zapowie­dział­a, że wróci tu jeszcze, jak będzie "duża".

Jeszcze smutniejszy był jednak mały Nasi­bu, który kochał szczerze dawnego pana – i obecnie, ja­dąc na ośle na końcu karawany, oglą­dał się co chwila ze łzami w stronę, gdzie bied­ny Linde pozostał aż do dnia Wielkiego Sądu.

Wiatr wiał z północy i dzień był niezwykle chłodny. Dzięki temu nie potrze­bowali prze­czekiwać od dziesiątej do trzeciej, dopóki nie przej­dzie naj­większy upał – i mo­gli zrobić więcej dro­gi, niż czy­nią zwykle karawany. Droga nie była długa i na kilka go­dzin przed za­chodem słońca. Staś doj­rzał już górę, ku której dąży­li. W dali ry­sowało się na tle nieba długie pa­smo innych szczytów, a ona wznosi­ła się bliżej i osobno, zu­pełnie jak wyspa wśród mo­rza dżun­gli. Gdy przyje­chali bliżej, oka­zało się, że strome jej boki ob­lewa pętlica tejże samej rzeki, nad którą sie­dzieli po­przed­nio. Szczyt był ścięty, pła­ski zu­pełnie i widziany z dołu, wyda­wał się po­kryty jed­nym gę­stym lasem. Staś wyli­czył, że sko­ro cy­pel, na któ­rym rósł ich ba­obab, wyniesiony był na sie­demset me­trów, a góra ma osiem­set, będą więc miesz­kali na wy­so­kości ty­siąca pię­ciu­set me­trów, a za­tem w kli­macie nie­wiele już gorętszym od egip­skiego. Myśl ta do­dała mu otu­chy i chęci do jak naj­prędsze­go zajęcia tej natu­ral­nej fortecy.

Jedyny grzbiet ska­listy, który do niej pro­wadził, zna­leźli łatwo i poczęli się nim wspi­nać. Po upływie pół­torej godzi­ny sta­nęli na szczy­cie. Ów las wi­dziany z dołu był istotnie la­sem, ale ba­nanów. Wi­dok ich ura­dował nad­zwyczajnie wszyst­kich nie wyłącza­jąc Kinga, ale szcze­gól­nie rad był Staś, wiedział bo­wiem, że nie masz w Afryce posilniej­szeg­o, zdrow­szego i bar­dziej zapo­biegającego wszelkim chorobom po­karmu jak mąka z wysuszo­nych bana­nowych owoców. Było ich zaś tyle, że mo­gło starczyć choćby na rok.

Wśród ol­brzymich li­ści tych ro­ślin ukryte były chaty murzyńskie, niektóre po­palone w czasie na­padu, inne zrujno­wane – ale nie­któ­re całe. W środku wznosiła się największa, należąca niegdyś do króla wio­ski, pięknie ulepiona z gliny, z ob­szer­nym da­chem two­rzącym na­okół ścian ro­dzaj we­randy. Przed cha­tami leżały tu i ówdzie kości i całe kościotrupy ludzkie bia­łe jak kreda, albo­wiem oczyszczo­ne przez mrówki, o któ­rych naj­ściu wspo­minał Lin­de. Od tego najścia upły­nęło już wiele ty­godni, jed­nakże w cha­tach czuć było jeszcze za­kwas mrów­czany i nie można się w nich było dopatrzyć ani czar­nych, wiel­kich karalu­chów, które roją się zwykle w le­piankach mu­rzyń­skich, ani pają­ków, ani skor­pio­nów, ani najmniej­szego owa­du. Wszyst­ko wyprząt­nęły strasz­liwe siafu. Można też było być pew­nym, że na ca­łym szczycie nie ma ani jed­nego węża, gdyż nawet boa padają ofiarą tych niepohamo­wanych ma­łych wojow­ników.

Po wprowa­dzeniu Nel i Mei do cha­ty naczelni­ka Staś wy­dał rozkaz Kalemu i Nasibu uprzątnięcia ludzkich ko­ści. Czarni chłopcy speł­nili to po­le­ce­nie w ten sposób, że powrzu­cali je do rzeki, która poniosła je dalej. Przy tej czynno­ści pokaza­ło się jed­nak, że Lin­de mylił się zapo­wia­da­jąc, iż nie zastaną na górze ani żywego du­cha. Cisza panująca po zagar­nięciu lu­dzi przez derwi­szów i wi­dok bana­nów przynę­ciły tu spo­re stado szympan­sów, które na wyż­szych drze­wach po­urządzały sobie nawet rodzaj para­soli lub daszków dla ochrony od deszczu. Staś nie chciał ich zabijać, ale postanowił je wygnać i w tym celu wystrzelił w powietrze. Wy­wołało to ogólny po­płoch, który po­większył się jesz­cze, gdy po strzale roz­legło się za­jadłe baso­we szczeka­nie Saby i gdy King, podniecony hałasem, za­trąbił groźnie. Ale małpy dla wyko­nania rejte­rady nie potrze­bowały szu­kać skali­stego grzbietu i chwytając się załamów skał po­spuszczały się ku rzece i ro­snącym przy niej drze­wom z taką szyb­kością, że kły Saby nie mogły żad­nej do­się­gnąć.

Słońce za­szło. Kali i Nasibu roz­palili ogień dla zagoto­wania wie­czerzy. Staś po rozpako­waniu po­trzebnych na noc rze­czy udał się do chaty króla, którą zajęła Nel. W chacie było widno i wesoło, al­bowiem Mea rozpali­ła nie kaga­nek, który roz­świecał wnętrze ba­obabu, ale dużą, odzie­dziczoną po Lindem lampę po­dróżną. Nel nie czuła się wcale zmęczona po­dróżą w dzień tak chłodny i wpa­dła w do­skonały humor, zwłaszcza gdy Staś oznajmił jej, że kości ludzkie, któ­rych się bała, są uprzątnięte.

Jak tu do­brze, Sta­siu! – zawo­łała. – Patrz, i pod­łoga nawet wylana jest żywicą. Bę­dzie nam tu doskonale.

Jutro do­piero obej­rzę dokład­nie całą po­siadłość – odpowie­dział – wno­sząc jednak z tego, com dziś widział, można by tu miesz­kać choć całe ży­cie.

Żeby z ta­tusiami, to można by. Ale jak się będzie na­zywała po­siadłość?

Góra po­winna się nazywać w geografii Górą Linde­go, a ta wio­ska niech się nazywa tak jak ty: Nel.

To i ja będę w geo­grafii? – za­pytała z wielką rado­ścią.

A bę­dziesz, bę­dziesz – od­powiedział z całą powa­gą Staś.

 

 

Rozdział 35

Na drugi dzień popa­dywał tro­chę deszcz, ale że były i godziny po­gody, więc Staś wybrał się wcze­snym ran­kiem na zwie­dzanie posia­dło­ści i do połu­dnia obej­rzał wszyst­kie jej kąty doskonale. Przegląd wypadł na ogół świet­nie. Na­przód, pod względem bez­pieczeń­stwa, Góra Lin­dego była jakby wybranym miejscem w całej Afry­ce. Zbocza jej okazały się do­stęp­ne chyba dla szym­pan­sów. Lwy ani pantery nie mo­głyby się po nich wdra­pywać na szczyto­wą płasz­czyznę. Co do skaliste­go grzbietu, dość było umie­ścić przy wej­ściu Kinga, aby spać bez­piecznie na oba uszy. Staś do­szedł do przeko­na­nia, że po­trafiłby się tu obronić nawet mniejszym oddziałom der­wiszów, gdyż droga wio­dąca na górę była tak wąska, że King zaledwie przez nią przeszedł – i człowiek uzbrojony w dobrą broń mógł nie przepuścić żywego du­cha. W środku "wyspy" biło źródło chłodnej, czystej jak kryształ wody, które zmieniało się w strumień i biegnąc wężowato wśród ba­na­no­wych gajów spa­dało wreszcie ze stro­mego wiszaru do rzeki, tworząc wąski, podobny do białej ta­śmy wodospad. W połu­dnio­wej stronie "wyspy" leżały pola pokryte bujnie manio­kiem, któ­rego korzenie dostarczają Murzynom ulu­bionego pokarmu, a za po­lami wzno­siły się grupy wynio­słych nie­zmiernie palm ko­ko­so­wych z koronami w kształcie wspaniałych pió­ropu­szów.

"Wyspę" otaczało morze dżungli i wi­dok z niej był ogrom­nie rozle­gły. Od wschodu si­niało pa­smo gór Karamojo. Na połu­dniu wi­dać było też znaczne wy­niosłości, które, wno­sząc z ich ciemnej barwy, mu­siały być pokryte la­sem. Nato­miast ze strony za­chod­niej wzrok leciał aż do gra­ni­cy widno­kręgu, na której dżun­gla stykała się z nie­bem. Staś dojrzał jed­nakże za pomocą lu­nety Linde­go liczne pa­rowy i roz­rzu­cone rzadko po­tężne drze­wa, wzno­szące się jak kościoły nad trawa­mi. W miej­scach, gdzie trawy nie wy­buja­ły jeszcze zbyt wyso­ko, na­wet gołym okiem moż­na było zo­baczyć całe stada anty­lop i zebr lub groma­dy słoni i bawołów. Tu i ówdzie żyrafy pruły szarozielo­ną po­wierzchnię dżun­gli, jak statki prują po­wierzch­nię morza. Tuż nad rze­ką igrało kilkanaście ko­złów wod­nych, a inne wynu­rzały co chwila swe rogate łby z głę­biny. Tam gdzie toń była spo­kojna, wyskakiwały nad nią co chwila owe ryby, które łowił Kali, i migocąc jak srebrne gwiazdy w po­wie­trzu, za­padały na powrót w wodę. Staś obiecywał sobie przy­prowadzić tu, gdy się po­goda ustali, Nel i pokazać jej całą tę me­naże­rię.

Na "wyspie" nie było na­tomiast żad­nych więk­szych zwie­rząt, a za to moc motyli i ptaków. Wielkie, bia­łe jak śnieg papugi o czar­nych dzio­bach i żół­tych czu­bach przela­tywały nad krzakami gojawów; drobne, cudnie upierzone "wdowy" koły­sały się na cien­kich indy­gach ma­nioku, mie­niąc się i błyszcząc jak klejnoty, a z wyso­kich koko­sów docho­dziły głosy ku­kułek afrykań­skich i ła­godne, po­dobne do ję­ków gru­chania tur­ka­wek.

Staś wracał z przeglądu z radością w duszy: "Powietrze jest zdrowe – mówił so­bie – bez­pieczeństwo zupełne, żyw­ności w bród i pięk­nie jak w raju!" Wró­ciwszy do chaty Nel przekonał się, że jed­nak na wy­spie znala­zło się więk­sze zwierzę, a na­wet dwoje, gdyż mały Nasi­bu wykrył przez ten czas w gę­stwinie ba­nanów kozę z koźlę­ciem, któ­rych nie zdołali zra­bo­wać der­wisze. Koza była już tro­chę zdzicza­ła, ale koźlę po­przyjaźni­ło się na­tychmiast z Nasibu, któ­ry niezmier­nie dumny był ze swe­go odkrycia i z tego, że za jego przy­czyną bibi będzie miała teraz codziennie wy­borne, świeże mle­ko.

........................................................................................................................

Co teraz będziemy robili, Sta­siu? – zapy­tała pewne­go dnia Nel, gdy już do­brze zago­spodarowali się na "wy­spie".

Roboty jest mnó­stwo – od­rzekł chło­pak, po czym roz­stawiwszy palce jednej ręki począł wyliczać na nich wszyst­kie czekają­ce ich pra­ce:

Naprzód, Kali i Mea są pogana­mi, a Nasi­bu, jako Zanzibar­czyk maho­metaninem. Trzeba ich więc oświe­cić, na­uczyć wiary i ochrzcić. Po wtóre, trzeba na­wędzić mię­sa na przy­szłą podróż, a zatem mu­szę chodzić na polowa­nie; po trze­cie, mając dużo broni i nabojów chcę Ka­le­go nauczyć strzelać, aby nas dwóch było do obrony; a po czwar­te, chyba zapo­mnia­łaś o lataw­cach?

O lataw­cach?

Tak, które będziesz kleiła albo, co jeszcze będzie le­piej, zszy­wała. I to będzie two­je zajęcie.

Ja nie chcę się tyl­ko bawić.

Wcale też to nie bę­dzie zaba­wa, ale ro­bota, może najpoży­teczniejsza ze wszyst­kich. Nie myśl też, że skończy się na jednym la­tawcu, bo mu­sisz ich przygoto­wać z pięć­dziesiąt albo i wię­cej.

Ale na co tyle? – pyta­ła rozcieka­wiona dziewczyn­ka.

Więc Staś począł jej wyłuszczać swoje zamy­sły i nadzie­je. Wypisze oto na każ­dym lataw­cu, jak się zowią, jak wy­rwali się z rąk derwi­szów, gdzie są i dokąd idą. Wypi­sze także, że proszą o pomoc i o przesłanie depeszy do Port–Saidu. Potem zaś będzie pusz­czał te la­tawce za­w­sze, gdy wiatr będzie wiał z za­chodu na wschód.

Wiele ich – mówił – upadnie niedaleko, wiele zatrzy­mają góry, ale niech choć jeden doleci do brzegu i wpadnie w ręce euro­pej­skie – wów­czas je­steśmy oca­leni!

Nel zachwy­cona była pomysłem i oświadczy­ła, że z mą­drością Sta­sia nawet King nie może się porównać. Była też zu­peł­nie pew­na, że mnó­stwo la­taw­ców doleci nawet do ta­tusiów – i obiecywała kleić je od rana do wie­czora. Ra­dość jej była tak wielka, że Staś w oba­wie, by nie do­stała go­rączki, mu­siał hamo­wać jej za­pał.

I odtąd pra­ce, o któ­rych mówił Staś, rozpo­częły się na dobre. Kali, któremu ka­zano nała­pać jak naj­więcej ska­czą­cych ryb, prze­stał je ło­wić na wędkę, a natomiast urządził z cienkich bambusów wysoki płot, a raczej ro­dzaj kraty – i zastawę tę przeciągnął w po­przek rzeki. W środku kra­ty był duży otwór, przez który ryby musiały ko­niecznie prze­pływać chcąc do­stać się na wolną wodę. Otwór ten zastawiał Kali mocną sie­cią, uple­cioną ze sznurków palmo­wych; w ten spo­sób za­pew­nił sobie obfite co­dzienne po­łowy.

Napędzał zaś ryby do zdradziec­kiej sieci za pomocą Kinga, któ­ry, wprowa­dzony w wodę, mącił ją i burzył tak niesły­cha­nie, że nie tylko owe srebrne skoczki, ale wszelkie inne stwo­rzenia umy­kały, ile mogły, ku niezmąco­nej toni. Zdarzały się z tego po­wodu i szkody, gdyż kil­ka­krot­nie uciekające krokodyle przewracały kratę, a cza­sem czynił to i sam King, ży­wiąc bo­wiem do krokodylów ja­kąś wro­dzoną nie­na­wiść ści­gał je, a gdy znala­zły się na płytkich wo­dach, chwy­tał je trąbą, wy­rzucał na brzeg i roz­deptywał za­wzięcie.

W sieci znajdowały się także często żół­wie, z któ­rych mali wygnańcy warzyli so­bie wyborny rosół. Kali oprawiał ryby i mię­so ich su­szył na słońcu, a pęcherze odnosił do Nel, która rozcinała je, rozciągała na desce i zmieniała je jakby w ćwiartki pa­pieru, tak duże jak dwie dłonie.

Pomagał jej w tym Staś i Mea, gdyż robota wca­le nie była łatwa. Błon­ki były wprawdzie grubsze niż w pęcher­zach na­szych ryb rzecz­nych, ale po wy­suszeniu stawały się niezmiernie kruche. Staś dopie­ro po nieja­kim czasie odkrył, że na­leży je suszyć w cie­niu. Chwi­lami jednak tra­cił cierpli­wość i jeśli nie zarzucił zamiaru ro­bienia la­tawców z błon, to tyl­ko dlatego, że uważał je za lżejsze od papiero­wych i bar­dziej opor­ne na deszcz. Zbliżała się już wpraw­dzie su­cha pora roku, ale on nie był pewien, czy i pod­czas lata nie prze­cho­dzą cza­sem desz­cze, zwłasz­cza w gó­rach.

Kleił jednak latawce i z papieru, którego sporo zna­lazło się między rze­czami Lin­dego. Pierwszy, duży i lekki, pusz­czony z wiatrem za­chod­nim, wzbił się od razu bardzo wysoko, a gdy Staś przeciął sznurek, poleciał, porwany sil­nym prą­dem po­wietrznym, ku łań­cu­chowi gór Ka­ra­mojo. Staś śledził jego lot za pomocą lu­nety, póki nie stał się tak mały jak motyl, jak muszka i póki nie roztopił się wreszcie w bladym błę­ki­cie nieba. Następnego dnia puścił inny, uczy­niony już z rybich pę­cherzy, któ­ry wzbił się jeszcze szyb­ciej, ale zapewne z po­wodu prze­źro­czy­sto­ści błon wkrótce zniknął zu­peł­nie z oczu.

Nel praco­wała jednak nadzwyczaj gorliwie i w końcu małe jej paluszki stały się tak zręczne, że ani Staś, ani Mea nie mo­gli jej w ro­bo­cie na­dą­żyć. Sił jej teraz nie brakło. Zdrowy kli­mat Góry Lindego po prostu od­rodził ją na nowo. Ter­min, w któ­rym mógł przyjść trze­ci, śmier­tel­ny atak fe­bry, minął stanowczo. Staś zaszył się tego dnia w gę­stwinie ba­nanów i pła­kał z rado­ści. Po dwóch tygo­dniach po­bytu na gó­rze za­uwa­żył, że "do­bre Mzimu" wygląda zu­pełnie ina­czej, niż wy­glą­dało na dole w dżungli. Po­liczki jej po­peł­niały; cera z żółtej i przeźro­czystej stała się na po­wrót ró­żana, a spod obfi­tej czupryny patrzyły we­soło na świat oczy pełne bla­sku. Chło­piec błogo­sławił chłodne noce, prze­źroczystą zdrojową wodę, mąkę z suszo­nych bana­nów – i przede wszystkim Lin­dego.

Sam wy­chudł i sczerniał, co było do­wodem, że febra się go nie ima, gdyż chorzy na nią nie opalają się na słońcu, ale wy­rósł i zmęż­niał. Ruch i pra­ca fizyczna spotęgowa­ły w nim dzielność i siłę. Musku­ły jego rąk stały się jak sta­lowe. Był to naprawdę zahar­towa­ny już po­dróż­nik afry­kań­ski. Po­lując co­dziennie i strzelając tylko kula­mi stał się też niezrów­nanym strzelcem. Dzikich zwie­rząt nie oba­wiał się już wcale, albowiem zro­zumiał, że kudłatym lub cętko­wanym my­śliwcom w dżungli niebezpieczn­iej jest z nim się spotkać niż jemu z nimi. Raz zabił jed­nym strza­łem wiel­kie­go noso­roż­ca, który, zbu­dzony z drzemki pod akacją, szarżował na niego niespodzia­nie. Z napa­stli­wych ba­wo­łów afry­kańskich, które roz­pra­szają czasem całe karawany, nic sobie nie robił.

Oboje z Nel, prócz kleje­nia lataw­ców i obok innych co­dziennych zajęć, za­brali się także do na­wracania Kalego, Mei i Na­sibu. Ale po­szło to trud­niej, niż się spo­dziewali. Czarna trój­ka słuchała jak najchęt­niej nauk, ale pojmo­wała je na swój, wła­ściwy Mu­rzynom, spo­sób. Gdy Staś opowia­dał im o stwo­rzeniu świa­ta, o raju i o wężu, szło jeszcze nie­źle, ale gdy do­szedł do tego, jak Kain zabił Abla, Kali mimo woli pogła­skał się po żo­łądku i za­py­tał z ca­łym spoko­jem:

A czy go potem zjadł?

Czarny chłopak twierdził wprawdzie zawsze, że Wa–hima nigdy ludzi nie jedzą, ale widocz­nie pamięć o tym pozo­stała jesz­cze jako na­ro­dowa tra­dy­cja mię­dzy nimi.

Nie mógł również zro­zumieć, dla­czego Pan Bóg nie za­bił złego Mzimu – i wielu po­dobnych rzeczy. Po­jęcia o złem i do­brem miał także aż nadto afrykańskie, wskutek czego mię­dzy nauczy­cielem a uczniem zdarzyła się pewnego razu taka roz­mowa:

Powiedz mi – zapytał Staś – co to jest zły uczynek?

Jeśli ktoś Kalemu za­brać krowy – odpowie­dział po krótkim na­myśle – to jest zły uczynek.

Doskona­le! – zawołał Staś – a do­bry?

Tym razem odpowiedź przyszła bez namysłu:

Dobry, to jak Kali za­brać komu krowy.

Staś był zbyt młody, by zmiarko­wać, że po­dobne po­glądy na złe i dobre uczynki wy­głaszają i w Europie – nie tylko poli­tycy, ale i całe na­ro­dy.

Jednakże powoli, po­woli rozja­śniało się w czarnych głowach, a to, czego nie mogły pojąć gło­wy, chwyta­ły gorące serca. Po pew­nym cza­sie moż­na już było przystąpić do chrztu, który odbył się bardzo uroczyście. Rodzice chrzestni ofiarowali każdemu z dzieci po cztery do­ti­s bia­łego perkalu i po biczu nie­bieskich pa­ciorków. Mea czuła się wszela­ko nieco za­wie­dziona, albowiem w naiw­ności ducha rozu­miała, że po chrzcie wy­bieleje na­tychmiast na niej skó­ra, i wielkie było jej zdzi­wienie, gdy spo­strzegła, że pozo­stała czarna jak i przed­tem. Nel pocie­szyła ją jed­nak zupeł­nie zapew­nieniem, że ma teraz duszę białą.

 

 

Rozdział 36

Staś uczył także Kale­go strzelać z karabinu Remingtona i ta nauka szła łatwiej od nauki katechizmu. Po dziesię­cio­dnio­wym strze­laniu do celu i do krokodylów, które sypia­ły na po­brzeżnych piaskach rzeki, mio­dy Murzyn zabił dużą antylopę pufu po­tem kilka arielów, a wresz­cie dzika ndiri. To jednak spotkanie omal nie skończyło się wypad­kiem takim, jaki zda­rzył się Linde­mu, albo­wiem ndiri, do któ­rego Kali po strzale zbli­żył się nie­bacz­nie, ze­rwał się i rzucił się na niego z po­sta­wionym do góry ogonem. Kali ci­snąw­szy karabin schronił się na drzewo i sie­dział na nim dopóty, do­póki krzykiem nie przywo­łał Stasia, który jed­nakże zastał już dzika nieżywego. Na bawoły, lwy i noso­rożce Staś nie pozwa­lał jeszcze chłopcu po­lo­wać. Do słoni, które przychodzi­ły wieczora­mi do wo­dopoju, i sam nie strzelał, gdyż obie­cał Nel, że nigdy żad­nego nie za­bije.

Gdy jednak rano albo w godzinach popołu­dniowych dojrzał z góry przez lunetę pasą­ce się w dżungli sta­da zebr, bu­ba­lów, arie­lów lub ko­złów–skocz­ków, brał Kalego ze sobą. W czasie tych wycieczek często wy­pytywał się o na­rody Wa–hima i Samburu, z któ­rymi, chcąc iść na wschód do brzegów oceanu, musieli ko­niecznie się spotkać.

Czy ty wiesz o tym, Kali – zapytał pew­nego razu – że za dwa­dzieścia dni, a na koniach na­wet prędzej, mogliby­śmy doje­chać do twego kraju?

Kali nie wie, gdzie mieszkać Wa–hima – odpowie­dział młody Murzyn po­trząsając smutnie głową.

Ale ja wiem; oni mieszkają w tej stronie, z której rano wstaje słońce, nad jakąś wielką wodą.

Tak! tak! – zawołał ze zdumie­niem i rado­ścią chło­pak. – Bas­sa–Narok! to po nasze­mu wielka i czarna woda. Pan wielki wie­dzieć wszystko.

Nie, bo nie wiem, jak przyjęli­by nas Wa–hima, gdy­byśmy do nich przy­szli.

Kali by kazać im padać na twarz przed panem wiel­kim i przed dobrym Mzimu.

A czyby cię usłucha­li?

Ojciec Ka­lego nosić skórę lam­parta i Kali także.

Staś zrozu­miał, iż to znaczy, że ojciec Kale­go jest kró­lem, a on sam naj­starszym z jego synów i przyszłym władcą Wa–hi­wów.

Więc pytał w dalszym ciągu:

Mówiłeś mi, że byli u was biali podróżnicy i że starsi ludzie ich pamiętają?

Tak, i Kali słyszał, że mieli na głowach dużo perka­lu.

"Ach! – po­myślał Staś – więc to nie byli Eu­ropejczycy, tylko Arabo­wie, których Murzyni z powodu ich jaśniejszej cery i bia­łych ubrań po­czy­tali za białych".

Ponieważ jednak Kali ich nie pa­miętał i nie mógł dać o nich żad­nych ści­ślejszych objaśnień, więc Staś zadał mu inne py­ta­nie:

Czy Wa–hima nie za­bili żadne­go z tych biało ubra­nych ludzi?

Nie. Wa–hima ani Samburu nie mogą tego zrobić.

Dlaczego?

Bo oni mówili, że gdyby krew ich wsiąk­nąć w zie­mię, deszcz przestać by padać.

"Rad je­stem, że tak wierzą" – pomyślał znów Staś.

Po czym jeszcze za­pytał:

Czy Wa–hima po­szliby z nami aż do morza, gdy­bym obie­cał im dużo perkalu, pa­ciorków i strzelb?

Kali pójść i Wa–hima także, ale pan wielki zwojować pierwej Samburu, którzy sie­dzą z dru­giej strony wody.

A kto sie­dzi za Sam­buru?

Za Sam­buru nie ma gór i jest dżungla, a w niej lwy.

Na tym skończyła się rozmo­wa. Staś co­raz częściej myślał teraz o wielkiej podróży na wschód, pa­miętając, co mó­wił Lin­de, że moż­na tam spo­tkać Arabów znad wy­brzeży, han­dlujących kością sło­niową, a może i wy­prawy mi­syjne. Wie­dział, że taka podróż to dla Nel sze­reg strasz­nych trudów i no­wych niebezpiec­zeństw, ale rozumiał, że nie mogą przez całe życie pozo­stać na Gó­rze Lin­dego i że trzeba bę­dzie wkrótce wy­ru­szyć w drogę. Czas po porze dżdżystej, gdy woda pokrywa za­raźliwe bło­ta, a sama znajduje się wszędzie, był na to najodpo­wiedniejszy. Upały na wysokim szczy­cie nie dawały im się jeszcze we znaki; noce bywa­ły tak chłodne, że trzeba się było dobrze okrywać. Ale w dżun­gli na dole było już znacznie goręcej i wiadomo było, że wkrótce przyjdą skwary nie­zmierne. Deszcz rzadko już te­raz zraszał zie­mię i po­ziom wody w rzece zni­żał się co­dziennie. Staś przy­puszczał, że la­tem zmie­nia się ona może w je­den z takich kho­rów, ja­kich wiele wi­dział w Pu­styni Li­bij­skiej, i że tylko sa­mym środ­kiem jej ko­ryta płynie wąski pasek wody.

Jednakże odkładał wyjazd z dnia na dzień. Na Górze Lin­dego było wszystkim tak dobrze, zarówno lu­dziom, jak zwierzę­tom! Nel po­zbyła się tu nie tylko febry, ale i ane­mii, Stasia nawet nie zabolała nig­dy gło­wa; skóra na Kalim i Mei poczęła się świecić jak ciemny atłas. Na­si­bu wy­glą­dał jak me­lon chodzący na cienkich nogach, a King spasł się nie mniej niż ko­nie i osioł. Staś wiedział do­brze, że ta­kiej drugiej "wy­spy" wśród mo­rza dżungli nie znajdą już do koń­ca podróży.

I z obawą patrzył w przyszłość, jakkolwiek mieli teraz ogromną pomoc, a w danym razie i obronę w Kingu.

W ten spo­sób, nim zaczęli przy­gotowania podróżne, upłynął jeszcze ty­dzień. W chwilach wolnych od robienia pa­kunków nie prze­sta­wali jed­nak puszczać la­tawców z oznajmie­niem, że idą na wschód, ku jakiemuś jezioru i ku oce­anowi, a pusz­czali je w dalszym ciągu dla­te­go, że przy­szedł silny, podobny chwilami do huraganu wiatr za­chodni, któ­ry porywał je i niósł hen, ku gó­rom i za góry. Aby za­bezpie­czyć Nel od spie­koty, Staś zrobił z resztek namiotu pa­lankin, w którym dziew­czyn­ka miała je­chać na sło­niu. King po kilku pró­bach przy­zwycza­ił się do tego nie­wiel­kiego cię­żaru, jak również do przy­moco­wania mu na grzbiecie palankinu za pomocą mocnych sznurów pal­mowych. Ten ła­du­nek był zresztą piór­kiem w po­równaniu do innych, którymi za­mierzano go obju­czyć, a któ­rych roz­dzia­łem i wiązaniem zajęci byli Kali i Męa.

Mały Nasi­bu dostał polecenie suszenia bananów i rozcierania ich między dwoma pła­skimi ka­mieniami na mąkę. W zry­wa­niu cięż­kich wią­zek owo­cowych po­magał mu także King, przy czym objadali się obaj tak niesłycha­nie, że wkrótce w po­bliżu chat zbrakło zupełnie ba­na­nów i mu­sieli cho­dzić do innej plan­tacji, poło­żonej na przeciwle­głym krań­cu płasko­wzgó­rza. Saba, który nie miał nic do roboty, to­wa­rzy­szył im najczę­ściej w tych wyciecz­kach.

Ale Nasibu omal nie przypiacił swej gorli­wości ży­ciem albo przynaj­mniej szczególną w swoim ro­dzaju nie­wolą. Zda­rzyło się bo­wiem, że gdy raz zbierał ba­nany nad brzegiem stromego wiszaru, uj­rzał nagle w szczerbie skalnej okropną twarz, po­krytą czarną sierścią, mruga­jącą nań oczyma i wyszcze­rzającą bia­łe kły jakby w uśmie­chu. Chło­piec ska­mieniał w pierwszej chwili ze strachu, a następnie począł zmy­kać co siły. Za­nim jed­nak prze­biegł kilka­na­ście kro­ków, ko­smate ra­mię obwinę­ło go doko­ła, podnio­sło w górę i czarny jak noc po­twór po­czął z nim ucie­kać do przepa­ści.

Na szczę­ście olbrzy­mia małpa porwawszy chłopca mogła biec tylko na dwóch no­gach, wsku­tek czego Saba, który był w pobli­żu, do­gnał ją z ła­two­ścią i zato­pił kły w jej plecach. Rozpoczęła się straszli­wa walka, w której pies po­mimo swego po­tężnego wzrostu i sił byłby uległ z pew­no­ścią, albo­wiem gory­l pokony­wa nawet lwa. Małpy jed­nak nie mają w ogó­le zwyczaju puszczać zdoby­czy, choćby cho­dziło o ich wolność i ży­cie. Go­ryl, po­chwy­cony przy tym z tyłu, nie mógł ła­two Saby dosięgnąć, wszelako po­rwawszy go za kark lewą ręką, już pod­niósł go w górę, gdy wtem za­dudniła pod ciężkimi krokami zie­mia – i nad­biegł King.

Wystarczyło jedno lekkie uderzenie trąbą, by, straszny "leśny dia­beł", jak na­zywają go­rylów Mu­rzyni, legł ze zdru­zgo­taną czasz­ką i kar­kiem. King jednak dla większej pewności lub przez przyrodzo­ną zapalczy­wość przy­gwoździł go jeszcze swym kłem do ziemi, a na­stępnie nie prze­sta­wał się nad nim mścić, dopóki zaniepokojon­y rykiem i wy­ciem Staś nie nad­leciał ze strzelbą od strony chat i nie kazał mu za­prze­stać.

Goryl leżał teraz w ka­łuży krwi, którą chłep­tał Saba i która czer­wieniła się na kłach Kinga – ogromny, w wywrócony­mi białkami oczu i z wy­szcze­rzo­nym­i kłami, straszny jeszcze, choć już nieżywy. Słoń trąbił tryumfalnie, a popielaty z przera­że­nia Nasibu opo­wiadał Sta­siowi, co się stało. Ów namy­ślał się przez chwi­lę, czy nie sprowadzić Nel i nie po­kazać jej po­twornej małpy, ale porzucił ten zamiar, gdyż nagle ogarnął go strach.

Przecież Nel często cho­dziła sama po "wyspie" więc ją tak­że mogło coś podob­nego spo­tkać. Poka­zało się za­tem, że Góra Lin­dego nie jest tak bez­piecznym schronieniem, jak się z początku zdawało.

Staś wrócił do chaty i opowiedział Nel o wy­padku, ona zaś słucha­ła z cieka­wością i bo­jaźnią, otwierając szeroko oczy i po­wtarza­jąc raz po raz:

Widzisz, co by się stało bez Kinga?

Prawda! z taką nianią można się nie bać o dziecko, to­też póki nie wyjedziemy, nie wy­chodź ani na krok bez niego.

A kiedy wyjedziemy?

Zapasy przygotowa­ne, ładunki rozdzielone, więc należy tylko obju­czyć zwie­rzęta i mo­żemy ru­szać choć­by jutro.

Do tatu­siów!

Jeśli Bóg pozwoli – odpowie­dział poważ­nie Staś.

 

 

Rozdział 37

Wyruszyli jednakże dopiero w kilka dni po tej rozmo­wie. Odjazd po krótkiej modlitwie, w której po­lecili się gorąco Bogu, na­stąpił wraz ze świ­tem o godzinie szóstej rano. Na czele jechał konno Staś, poprzedza­ny tylko przez Sabę. Za nim kro­czył poważ­nie King macha­jąc uszyma i nio­sąc na swym po­tężnym grzbiecie płócienny palankin, a w pa­lanki­nie Nel wraz z Meą, na­stępnie szły jeden za drugim ko­nie Lin­de­go, po­wią­zane dłu­gim palmo­wym powro­zem i niosą­ce rozliczne ła­dunki, a pochód za­mykał mały Nasibu na spasionym równie jak i on sam ośle.

Z powodu wczesnej godziny upał nie da­wał się zra­zu zbytnio we znaki, choć dzień był pogod­ny i zza a gór Kara­mojo wy­to­czyło się wspa­niałe, nie przysło­nięte żadną chmurką słońce. Ale powiew wschodni łagodził żar jego pro­mieni. Chwi­lami wstawał na­wet dość mocny wiatr, pod któ­rego tchnieniem pokładały się trawy i cała dżun­gla falo­wała jak morze. Po obfi­tych deszczach wszelka ro­ślin­ność wyrosła tak buj­nie, że zwłasz­cza w niż­szych miejscach chowały się w trawach nie tylko konie, ale nawet i King, tak że nad roz­ko­łysaną zie­loną po­wierzch­nią wi­dać było tylko biały palan­kin, który po­su­wał się na­przód jakby statek na je­ziorze. Po go­dzinie drogi na niewiel­kiej suchej wy­niosłości, wzno­szącej się na wschód od Góry Linde­go, trafili na olbrzymie osty, ma­jące ło­dygi grubości pni drzew­nych, a kwiaty tak wielkie jak głowa ludz­ka. Na zbo­czach nie­których wzgórz, któ­re z daleka wydawały się ja­łowe, widzieli wrzosy wy­sokie na osiem me­trów.33 Inne ro­śliny, któ­re w Euro­pie należą do najdrob­niejszych, przy­bier

ały tu odpo­wiednie do ostów i wrzosów rozmiary, a olbrzymie pojedyncze drzewa wznoszące się nad dżunglą wy­glądały istotnie jak ko­ścioły. Szczegól­niej figow­ce, zwane daro, któ­rych płaczą­ce gałęzie zetknąwszy się z ziemią zmieniają się w nowe pnie, po­kry­wały ogromne prze­strze­nie, tak że każde drze­wo tworzyło jakby osob­ny gaj.

Kraina z dala widzia­na wydawa­ła się jak je­den las; z bliska jed­nak pokazy­wało się, że wielkie drzewa ro­sną co kil­kana­ście, czasem co kil­ka­dzie­siąt kroków. W północ­nej stronie widać ich było nawet bardzo mało i oko­lica przybie­rała cha­rak­ter górskie­go stepu pokry­tego równą dżun­glą, nad którą wzno­siły się tyl­ko paraso­lowate aka­cje. Trawy były tam bar­dziej zie­lone, mniej­sze i wi­docz­nie lep­sze jako pa­sza, albo­wiem Nel z grzbietu Kinga, a Staś z wy­nio­słości, na które wjeż­dżał, widzieli tak wielkie sta­da antylop, jakich nie spo­tkali do­tych­czas nig­dzie. Pa­sły się one czasem osobno, cza­sem po­mieszane razem: gnu, pufu, ariele, antylopy, krowy, bu­bale, kozły skaczące i wiel­kie kudu. Nie bra­kło także zebr i ży­raf. Stada na wi­dok karawa­ny przesta­wały się paść, pod­nosiły gło­wy i strzy­gąc uszami patrzyły na biały palan­kin z nad­zwy­czajnym zdumie­niem, po czym pierz­chały w jed­nej chwili; ubie­głszy kil­kaset kro­ków znów stawały, znów przy­pa­trywały się tej nie­znanej so­bie rzeczy, aż wresz­cie zaspokoiw­szy cieka­wość po­czy­nały się paść spo­kojnie. Nie­kiedy zrywał się przed ka­rawaną z fukiem i ło­motem no­sorożec, ale wbrew swej popędliwej natu­rze i goto­wości do atakowa­nia wszyst­kiego, co mu się na­winie przed oczy, pierz­chał sro­mot­nie na widok Kin­ga, którego tylko rozka­zy Stasia powstrzy­my­wały od pościgu.

Słoń afry­kański nie­nawidzi bo­wiem noso­rożca i jeśli znajdzie jego świeży ślad, wów­czas dufa­jąc w siłę przemożną idzie za nim, póki nie znaj­dzie przeciwnika i nie stoczy z nim walki, której ofiarą pada prawie zawsze no­sorożec. Kingowi, który za­pewne nie­jednego miał już na sumie­niu, nieła­two przychodzi­ło wyrzec się dawne­go zwycza­ju, ale tak już był oswojony i tak przywykł już uważać Stasia za swego wład­cę, że po­sły­szaw­szy jego głos i spostrzegł­szy groźnie patrzące oczy, opuszczał podniesio­ną trąbę, kładł uszy po sobie i szedł dalej spo­kojnie. A Sta­siowi nie bra­kło wpraw­dzie ochoty, by wi­dzieć wal­kę olbrzy­mów, ale obawiał się o Nel. Gdy­by słoń pu­ścił się w cwał, palan­kin mógł się rozle­cieć, a co go­rzej, ogromny zwierz mógł nim zacze­pić o pierw­szą lepszą gałąź, a wówczas ży­cie Nel by­łoby w strasznym nie­bezpie­czeń­stwie. Staś wie­dział z opi­sów polo­wań, które czytywał jeszcze w Port–Sa­idzie, że po­lujący na ty­grysy w In­diach wię­cej niż ty­grysów oba­wiają się tego, by słoń w po­płochu lub pościgu nie zawa­dził wieżyczką o drzewo. Wreszcie i sam cwał ol­brzyma jest tak ciężki, że po­dobnej jazdy nikt bez szwan­ku dla zdro­wia nie mógłby dłu­go wy­trzy­mać.

Lecz z dru­giej strony obecność Kinga usu­wała mnó­stwo niebezpiec­zeństw. Zło­śliwe i zu­chwałe ba­woły, które spo­tkali te­goż dnia dą­żące do ma­łego je­ziorka, gdzie zbie­rał się pod wieczór wszelki zwierz oko­liczny, pierzchły na jego widok także i okrą­żywszy całe je­ziorko piły po dru­giej stro­nie. W nocy King, przy­wiązany za tylną nogę do drzewa, pilnował na­miotu, w którym spa­ła Nel; była to zaś straż tak pewna, że Staś ka­zał wpraw­dzie palić ogień, ale uznał za rzecz zby­teczną ota­czać obóz zeribą, cho­ciaż wie­dział, że w okolicy za­mieszka­nej przez tak liczne stada an­tylop nie może brak­nąć i lwów. Ja­koż zda­rzyło się tej samej nocy, że kilka ich po­częło ry­czeć w ol­brzymich jałowcach ro­sną­cych na zbo­czach wzgórz. Mimo pło­nącego ognia lwy, znęcone za­pachem koni, zbli­ża­ły się do obozu, lecz gdy wresz­cie Kingowi sprzy­krzyło się słu­chać ich głosów i gdy nagle wśród ciszy rozległ się na kształt grzmotu jego groźny bari­tus – umilkły jak niepyszne, zrozu­miaw­szy wi­docz­nie, że z tego rodza­ju osobą le­piej jest nie wdawać się w żaden bezpośred­ni inte­res. Dzieci spały też przez resztę nocy wy­bornie i do­piero świ­taniem puściły się w dal­szą podróż.

Lecz dla Stasia za­częły się znów troski i niepokoje. Naprzód zmiarkował, że podróżu­ją wolno i że nie będą mogli ro­bić więcej nad dzie­sięć ki­lome­trów dziennie. Posuwając się w ten sposób zdołaliby wprawdzie za miesiąc dotrzeć do gra­nicy Abi­synii, po­nieważ jed­nak Staś po­sta­no­wił iść we wszystkim za radą Lin­dego, a Lin­de twierdził stanow­czo, że do Abi­synii prze­drzeć się nie zdołają, przeto po­zo­stawała tylko droga do oceanu. Ale wedle obliczeń Szwaj­cara od oceanu dzieliło ich przeszło ty­siąc kilome­trów – i to w prostej linii, al­bowiem do leżą­cego bar­dziej na połu­dnie Mom­bassa było jeszcze dalej, prze­to cała po­dróż musia­łaby zająć prze­szło trzy mie­sią­ce czasu. Staś z trwo­gą myślał, że jest to trzy mie­sią­ce znojów, trudów i niebezpie­czeństw ze strony szczepów murzyń­skich, na które mo­gli natrafić. Byli jesz­cze w kraju pu­stym, z któ­rego wygna­ła ludność ospa i wie­ści o raj­zach derwi­szów, ale Afryka jest w ogóle dość ludna, musieli więc prę­dzej czy później wejść w okolice za­mieszkane przez nie­znane po­ko­lenia, rzą­dzone jak zwykle przez dzi­kich i okrut­nych króli­ków. Było nie lada za­da­niem wy­nieść z ta­kich opałów wolność i ży­cie.

Staś liczył po prostu na to, że je­śli trafią na lud Wa–hi­mów, to wy­ćwiczy kilkudziesięc­iu wojow­ników w strzelaniu, a na­stępnie skłoni ich wszel­kimi obietnica­mi, by towa­rzyszyli mu aż do oce­anu. Ale Kali nie miał żadne­go pojęcia o tym, gdzie mieszkają Wa–hima, a Linde, który coś o nich słyszał, nie mógł rów­nież ani wskazać drogi do nich, ani oznaczyć dokład­nie miejscowo­ści przez nich zajętej. Linde wspo­mniał o ja­kimś wiel­kim jezio­rze, o któ­rym wie­dział tylko z opowia­dań, a Kali twier­dził na pew­no, że z jed­nej strony tego je­zio­ra, które na­zywał Bas­sa–Narok, mieszkają Wa–hima, z drugiej Sam­buru. Otóż Stasia trapiło to, że w geo­grafii Afry­ki, której w szkole w Port–Sa­idzie uczo­no bar­dzo dokładnie, nie było o ta­kim jezio­rze żadnej wzmianki. Gdyby mó­wił mu o nim tylko Kali, przy­puszczałby, że to jest Wikto­ria–Nianza, ale nie mógł mylić się w ten sposób Linde, który szedł wła­śnie od Wiktorii na północ wzdłuż gór Karamojo i z wieści za­sięgnię­tych od miesz­kańców tychże gór do­szedł do wniosku, że to tajemni­cze je­zioro leży dalej na wschód i północ. Staś nie wiedział, co o tym wszystkim my­śleć, a na­tomiast obawiał się, że może na jezioro i Wa–hi­mów całkiem nie trafić; oba­wiał się tak­że dzi­kich szczepów, bez­wod­nych dżun­gli, nieprze­by­tych gór, muchy tse–tse, która zabija zwie­rzęta; bał się śpiącz­ki, febry dla Nel, upałów i tych nie­zmier­nych przestrzeni, które dzie­li­ły ich jesz­cze od oce­anu.

Lecz po opuszcze­niu Góry Lindego nie pozostawa­ło nic inne­go jak iść naprzód, ciągle na wschód i na wschód. Linde mó­wił wpraw­dzie, że jest to podróż nad siły na­wet doświadczoneg­o i ener­gicznego podróżnika, ale Staś zdo­był już dużo do­świadczen­ia, a co do energii, to po­nie­waż szło o Nel, postanowił wydobyć z siebie tyle zaradności, ile będzie po­trzeba. Tymczasem chodziło 0 oszczędza­nie sił dziew­czyn­ki, więc po­sta­nowił po­dróżować tylko od szóstej rano do dzie­sią­tej przed południem, a drugi etap od trzeciej do szó­stej wieczorem, to jest do za­chodu słońca, czy­nić tylko wówczas, gdyby na miejscu pierwszego postoju nie było wody.

Ale tymcza­sem, ponie­waż deszcze padały w czasie mas­siki bardzo obficie, wodę znaj­dowali wszędzie. Jeziorka utwo­rzone przez ulewy w do­li­nach były jeszcze dobrze na­pełnione, a z gór spły­wały tu i ówdzie stru­mienie to­czące krysz­ta­łową i chłodną wodę, w któ­rej ką­piel była wy­borna, a zara­zem zu­pełnie bez­pieczna, al­bowiem krokodyle mieszkają tylko w większych wodach, w których nie brak ryb stano­wią­cych ich zwykłe po­żywienie.

Staś jednak nie pozwa­lał pić dziewczyn­ce surowej wody, jak­kolwiek odziedziczył po Lindem doskonały filtr, które­go działanie na­peł­niało zaw­sze zdu­mieniem Kalego i Meę. Oboje widząc, że filtr zanu­rzony w mętną bia­ławą wodę prze­pusz­cza do zbiorni­ka tylko czystą i prze­zro­czą, po­kładali się ze śmie­chu i bili się dłońmi po kola­nach na znak podzi­wu i rado­ści.

W ogóle po­dróż z po­czątku szła łatwo. Mieli po Lindem spore zapa­sy kawy, herbaty, cu­kru, bulio­nu, różnych kon­serw i wszelkiego ro­dzaju le­karstw. Staś nie potrze­bował oszczędzać ładunków, było ich bo­wiem wię­cej, niż mo­gli zabrać; nie brakło również roz­maitych na­rzędzi, bro­ni wszelkie­go kalibru i rac, które przy ze­tknięciu się z Murzyna­mi mogły się bar­dzo przydać. Kraj był ży­zny; zwie­rzyny, a więc świeże­go mięsa, wszędy ob­fitość. Owo­ców rów­nież. Tu i ówdzie w ni­zi­nach tra­fiały się błota, ale pokryte jesz­cze wodą, a za­tem nie za­ra­żające po­wie­trza szko­dliwy­mi wyzie­wa­mi. Moski­tów, które wszczepiają w krew fe­brę, nie było na wy­ży­nach wca­le. Upał od dziesiątej rano czynił się wpraw­dzie nie­zno­śny, ale mali po­dróżnicy za­trzymywali się w czasie tak zwanych "białych go­dzin" w głę­bo­kim cie­niu wielkich drzew, przez któ­rych gę­stwę nie przedzierał się żaden promień słoneczny. Zdrowie do­pisywało Nel, Stasio­wi i Mu­rzy­nom dosko­nale.

 

 

Rozdział 38

Piątego dnia podró­ży Staś je­chał razem z Nel na Kingu, trafi­li bowiem na szeroki pas akacji rosnących tak gęsto, że ko­nie mogły iść tylko szla­kiem utoro­wanym przez sło­nia. Godzi­na była wczesna, ra­nek pro­mienny i ro­sisty. Dzieci rozma­wiały o podróży i o tym, że każdy dzień zbliża ich jednak do oceanu i do ojców, do których oboje nie przesta­wali tęsknić cią­gle. Był to od chwili po­rwania ich z Faju­mu niewy­czer­pany przedmiot wszystkich rozmów, które wzru­szały ich za­wsze do łez. I powtarzali wciąż jedno w kółko: że tatu­siowie myślą, iż oni już nie żyją albo że prze­padli na wieki – i obaj mar­twią się, i wbrew na­dziei wysy­cają do Char­tumu Arabów po wieści, a oni oto są już da­leko nie tylko od Char­tumu, ale i od Fa­szody, a za pięć dni będą jesz­cze dalej – a potem znów jesz­cze dalej, aż wreszcie do­trą do oceanu albo przed­tem jeszcze do ja­kich miejsc, skąd będzie można prze­słać depe­szę. Jedyną w całej ka­rawanie osobą, któ­ra wiedzia­ła, co ich jeszcze cze­ka, był Staś – Nel na­to­miast była najgłębiej przekonana, że nie ma takiej rzeczy na świecie, której "Stes" nie potra­fiłby doko­nać, i była zupeł­nie pewna, że ją do­pro­wa­dzi do brzegu. Więc nieraz uprzedzając wy­padki wy­obrażała so­bie w swej małej głów­ce, co to będzie, gdy przyjdzie pierw­sza o nich wiado­mość – i szczebio­cąc jak ptaszek opowiadała o tym Sta­siowi. "Sie­dzą – mówi­ła – tatusio­wie w Port–Sa­idzie i płaczą, aż tu wchodzi boy z depe­szą. Co to jest? Mój albo twój ta­tuś otwiera, pa­trzy na podpis i czyta: "Staś i Nel". O, to dopiero się ucie­szą! to do­piero się zerwą, żeby je­chać na­prze­ciw nas! to do­piero bę­dzie ra­dość w całym domu – i ta­tusiowie się ucie­szą, i wszyscy się ucieszą – i będą cię chwa­lili – i przyjadą – i ja obejmę mocno tatu­sia za szyję, i potem bę­dziemy za­w­sze ra­zem... i.."

I kończyło się na tym, że bródka zaczynała się jej trząść, śliczne oczki zmie­niały się w dwie fontan­ny, a w koń­cu opierała głowę na ra­mie­niu Sta­sia i płakała zarazem z żalu, tęsk­noty i rado­ści na myśl o przyszłym spotkaniu. A Staś, le­cąc wy­obraźnią w przy­szłość, od­ga­dy­wał, że oj­ciec bę­dzie dumny z niego, że powie mu: "Spisałeś się, jak na Polaka przystało" – i wzruszenie ogarniało go ogrom­ne, a w ser­cu ro­dziła się tę­sk­no­ta, zapał i nieugięta jak stal od­waga. "Mu­szę – mówił so­bie – wy­ratować Nel, muszę do­żyć takiej chwili". I wów­czas jemu także zda­wało się, że nie ma takich niebezpie­c­zeństw, któ­rych nie zdołałby zwyciężyć, ani ta­kich przeszkód, których nie zdo­łałby skru­szyć.

Ale do osta­tecznego zwycięstwa było jeszcze daleko. Tymczasem przedzierali się przez gaj akacyj. Długie kol­ce tych drzew czyni­ły na­wet na skórze Kin­ga białawe rysy. Wresz­cie gaj zrzedniał, a poprzez ga­łęzie rozrzu­conych drzew widać było dalej zieloną dżunglę. Staś, mimo że upał da­wał się już mocno we znaki, wysu­nął się z pa­lankinu i usadowił się na karku słonia, by obaczyć, czy na wid­no­kręgu nie ma ja­kich stad anty­lop lub zebr, posta­nowił bo­wiem odno­wić zapas mięsa.

Jakoż po prawej stro­nie dojrzał stadko arie­lów, złożo­ne z kilku sztuk, a wśród nich dwa strusie, lecz gdy mi­nęli ostat­nią kępę drzew i słoń zwrócił się na lewo, inny widok uderzył oczy chłop­ca: oto w odległości pół kilome­tra spo­strzegł ob­szerny łan ma­nioku, a na skraju łanu kil­ka­naście czar­nych posta­ci, zajętych widocznie robotą w polu.

Murzyni! – zawołał zwracając się do Nel.

I serce po­częło mu bić niespo­kojnie. Przez chwi­lę zawahał się, czy nie zawrócić i nie skryć się na po­wrót w aka­cjach, lecz przyszło mu na myśl, że w zaludnio­nym kraju trzeba bę­dzie jednak prędzej czy później spotkać się z mieszkań­cami i wejść z nimi w sto­sunki i że od tego, jak się te sto­sunki ułożą, zależeć może los całej podró­ży, więc po krótkim na­myśle skie­rował słonia ku polu.

W tej samej chwili zbli­żył się Kali i ukazując ręką na kępę drzew, rzekł:

Panie wielki, oto tam wieś murzyńska, a tu kobiety pracują przy manio­ku. Czy mam podje­chać ku nim?

Podje­dziemy ra­zem – od­powiedział Staś – i wówczas powiesz im, że przyby­wamy jako przyjaciele.

Wiem, pa­nie, co im powiedzieć – zawołał z wielką pew­nością sie­bie młody Murzyn.

I zwróciw­szy konia ku pracują­cym, złożył dłonie koło ust i jął krzyczeć:

Yambo, he! yambo sana!

Na ten głos zajęte oko­pywaniem manioku kobiety ze­rwały się i stanęły jak wryte, ale trwało to tylko jedno mgnienie oka, następ­nie bo­wiem po­rzu­ciwszy w popłochu motyki i ko­białki, po­częły z wrzaskiem uciekać ku owym drze­wom, wśród których kry­ła się wieś.

Mali po­dróżnicy zbliżali się wolno i spokojnie. W gęstwinie rozległo się wycie kilku­set głosów, po czym za­padła ci­sza. Przerwał ją wresz­cie głu­chy, ale donośny huk bębna, który nie ustawał już później ani na chwilę.

Było to wi­docznie ha­sło do boju dla wojow­ników, albo­wiem prze­szło trzystu ich wysunę­ło się nagle z gęstwiny. Wszyscy ustawili się w długi sze­reg przed wioską. Staś zatrzy­mał Kinga w odległo­ści stu kro­ków i po­czął im się przypatry­wać. Słońce oświecało ich do­rodne po­stacie, sze­rokie piersi i sil­ne ramiona. Uzbrojeni byli w łuki i włócz­nie. Naokół bio­der mieli krótkie spódniczki z wrzosów, a niektórzy – ze skór mał­pich. Głowy ich zdobiły pió­ra strusi, papug lub wielkie pe­ruki zdarte z czaszek pa­wianów. Wy­glądali wo­jowni­czo i groźnie, ale stali nieru­cho­mie i w mil­czeniu, al­bowiem zdumie­nie ich nie mia­ło wprost granic i po­tłumiło chęć do boju. Wszystkie oczy wle­pione były w Kinga, w biały palan­kin i w sie­dzącego na karku sło­nia białego człowieka.

A jednakże słoń nie był dla nich zwierzęciem nie znanym. Przeciwnie! żyli oni pod ciągłą prze­mocą słoni, których całe stada wy­nisz­czały no­cami ich pola manio­kowe oraz plantacje bananów i palm dum. Ponieważ włócznie i strzały nie prze­bijały skóry sło­niowej, biedni Mu­rzyni wal­czyli ze szkodnika­mi za po­mocą ognia, za pomocą krzy­ków, naśladowa­nia gło­sów kogucich, kopania do­łów i urzą­dzania puła­pek z pni drzew­nych. Ale tego, by słoń stał się niewolni­kiem czło­wieka i po­zwalał sobie siedzieć na karku, nikt z nich nigdy nie widział i żad­nemu po­dobna rzecz nie chciała się w głowie pomie­ścić. Toteż wi­dok, jaki mieli przed sobą, tak dalece prze­chodził wszelkie ich poję­cia i wyobraże­nia, że sami nie wiedzie­li, co im wy­pada czy­nić: walczyć czy uciekać, gdzie oczy poniosą, choćby przyszło po­zostawić wszystko na wolę losu.

Więc w nie­pewności, trwodze i zdumieniu szeptali tyl­ko wzajem do siebie:

O matko! co to za stworzenia przychodzą do nas i co nas czeka z ich ręki?

A wtem Kali, podje­chawszy do nich na rzut włóczni, stanął w strzemio­nach i po­czął wołać:

Ludzie, ludzie! słu­chajcie gło­su Kalego, syna Fum­by, potężne­go króla Wa–bimów znad brze­gów Bassa–Narok, o, słu­chajcie, słu­chaj­cie! i je­śli ro­zu­miecie jego mowę, uwa­żajcie na każde jego słowo!

Rozumie­my! – za­brzmiała odpowiedź z trzystu ust.

Niechaj wystąpi wasz król, niech powie imię swoje i niech otwo­rzy uszy i wargi, aby mógł sły­szeć lepiej!

M'Rua! M'Rua! – poczęły wo­łać liczne głosy.

M'Rua wy­sunął się przed sze­reg, ale nie więcej niż na trzy kro­ki. Był to stary już Murzyn, wy­soki i silnie zbudowany, lecz nie grze­szący wi­docz­nie zbytnią od­wagą, gdyż łydki tak drżały pod nim, że mu­siał wbić ostrze dzidy w ziemię i oprzeć się na drzewcu, by utrzymać się na no­gach.

Za jego przykładem i inni wo­jownicy po­wbijali rów­nież dzidy w ziemię na znak, że chcą wysłu­chać spo­kojnie słów przy­bysza.

A Kali pod­niósł jesz­cze głos:

M'Ruo i wy, ludzie M'Ruy! Sły­szeliście, że mówi do was syn króla Wa–bimów, któ­rego krowy pokrywają tak gęsto góry koło Bassa–Na­rok, jak mrówki po­krywają cia­ło zabitej żyrafy. A cóż powia­da Kali, syn króla Wa–himów? Oto zwiastuje wam wielką i szczęśliwą no­winę, że przy­bywa da waszej wsi – dobre Mzimu!

Po czym za­wołał jesz­cze gło­śniej:

Tak jest. Dobre Mzi­mu! Ooo!

Z ciszy, jaka zapadła, można było zmiarko­wać, jak niezmierne wrażenie sprawiły słowa Kale­go. Zakoły­sała się fala wo­jowni­ków, albo­wiem jedni, parci cieka­wością, po­sunęli się o parę kroków naprzód, drudzy cofnęli się z trwogi. M'Rua oparł się obu rękoma na włóczni – i czas ja­kiś trwało głuche milczenie. Dopiero po chwili szmer przebiegł szeregi i poje­dyncze głosy poczęły powta­rzać: "Mzimu!", "Mzimu!", a tu i ów­dzie ozwały się okrzyki: "Yancig, yancig!", wyrażające za­razem cześć i powitanie.

Lecz głos Kalego za­panował znów nad szmerem i okrzykami:

Patrzcie i cieszcie się! Oto dobre Mzimu sie­dzi tam, w tej białej chacie na grzbiecie wielkiego słonia, a wielki słoń słu­cha go, jak niewol­nik słu­cha pana i jak dziecko słu­cha matki. O! ani wasi ojcowie, ani wy nie wi­dzieliście nic po­dob­nego...

Nie wi­dzieliśmy! yancig! yan­cig!...

I oczy wszystkich wojowników zwróciły się na "chatę", czyli na pa­lankin.

A Kali, któ­ry w czasie lekcji religii na Górze Lindego do­wiedział się, że wiara po­rusza góry, i był głębo­ko przeko­nany, że modlitwa białej bibi może wszystko wyjednać u Boga, tak dalej i z zu­pełną szcze­rością opo­wiadał o do­brym Mzi­mu:

Słuchaj­cie! słuchaj­cie! Dobre Mzimu je­dzie na sło­niu w tę stronę, w której słoń­ce wstaje za górami z wody; tam dobre Mzi­mu powie Wiel­kiemu Duchowi, by przyssał wam chmu­ry, a te chmury będą w cza­sie suszy polewały deszczem wasze pro­so, wasz maniok, wa­sze banany i trawy w dżungli, abyście mieli dużo do jedzenia i aby wasze krowy miały dobrą pa­szę i dawały gę­ste i tłu­ste mleko. Czy chce­cie dużo je­dze­nia i mleka, o, ludzie?

He! chce­my, chce­my!

...I dobre Mzimu po­wie Wielkie­mu Ducho­wi, by przy­słał wam wiatr, który wywieje z waszej wsi tę chorobę, co zmienia ciało w pla­ster miodu. Czy chce­cie, by on ją wywiał, o, ludzie?

He! niech ją wywieje!

...I Wielki Duch na prośbę do­brego Mzi­mu obroni was od na­paści i od niewoli, i od szkód w waszych po­lach... i od lwa, i od pan­tery, i od węża, i od szarań­czy...

Niech tak uczyni...

Więc teraz słuchajcie jeszcze i pa­trzcie, kto siedzi przed chatą mię­dzy uszyma strasznego słonia. Oto siedzi tam bwana ku­bwa – biały pan – wielki i mocny, którego boi się słoń...

He!

...Który ma w ręku piorun i za­bija nim złych ludzi...

He!

...Który zabija lwy...

He!

...Który wypuszcza węże ogni­ste...

He!

...Który łamie ska­ły...

He!

...Który jednak nie uczyni wam nic złego, jeżeli uczci­cie dobre Mzimu!

Yancig! yancig!

I jeśli na­znosicie mu suchej mąki z bananów, jaj kurzych, świeżego mleka i miodu.

Yancig! yancig!

Więc zbliżcie się i padnijcie na twarz przed do­brym Mzi­mu.

M'Rua i jego wojow­nicy poru­szyli się i nie przesta­jąc "yanci­gować" ani na chwilę, posunęli się o kilka­naście kro­ków na­przód, ale zbli­żali się ostrożnie, albowiem i zabobonny lęk przed Mzimu, i prosty strach przed sło­niem hamo­wały ich kroki. Wi­dok Saby prze­raził ich na nowo, gdyż po­czy­tali go za wobo, to jest za wiel­kiego pło­wego lam­parta, który za­mieszkuje tamtejsze okolice oraz południową Abisy­nię i któ­rego miej­scowi mieszkańcy boją się więcej niż lwa, albo­wiem mięso ludzkie przekłada nad wszel­kie inne i z niesły­chaną zu­chwało­ścią na­pada na­wet na zbroj­nych mężczyzn. Uspokoili się jednak widząc, że mały brzu­chaty Mu­rzy­nek trzy­ma straszli­wego wobo na powro­zie. Ale na­brali jesz­cze większe­go wyobra­żenia o po­tędze do­brego Mzi­mu jak rów­nież białego pana i spo­gląda­jąc to na słonia, ta na Sabę, szep­tali so­bie wzajem: "Je­żeli oczarowali nawet wobo, to któż na świecie im się oprze?" Lecz naj­uro­czystsza chwila na­de­szła do­piero wów­czas, gdy Staś zwró­ciwszy się ku Nel skło­nił się na­przód głę­boko, a na­stępnie po­rozsuwał urządzone jak fi­ranki ściany pa­lankinu i ukazał oczom zgromadzo­nych dobre Mzimu. M'Rua i wszyscy wo­jownicy pa­dli na twarz, tak że ciała ich utworzy­ły długi żywy po­most. Nikt nie śmiał się ru­szyć, a trwoga za­pano­wała we wszyst­kich ser­cach tym więk­sza, gdy King, czy to na rozkaz Sta­sia, czy z własnej ochoty, podniósł do góry trąbę i zaryczał po­tężnie, a za jego przy­kła­dem ozwał się Saba naj­głęb­szym basem, na jaki umiał się zdo­być. Wówczas ze wszystkich piersi wy­rwało się po­dobne do bła­gal­nego jęku: "Aka! aka! aka!" – i trwało do­póty, dopó­ki Kali znów nie przemó­wił:

M'Ruo i wy, dzieci M'Ruy! Od­daliście cześć do­bremu Mzi­mu, więc wstańcie, patrzcie i napełnijcie nim oczy wasze, albo­wiem kto to uczyni, bę­dzie nad nim błogo­sławieństwo Wielkiego Ducha. Wy­gnajcie też strach z piersi i brzu­chów wa­szych i wiedzcie, że tam, gdzie przebywa do­bre Mzi­mu, krew ludzka nie może być przelana.

Na te słowa, a zwłaszcza wskutek oświadcze­nia, że wo­bec dobre­go Mzimu śmierć nie może niko­go spotkać, pod­niósł się M'Rua, a za nim inni wo­jownicy i poczęli pa­trzyć nie­śmiało, ale chciwie na dobrotliwe bóstwo. Ja­koż mu­sieli­by przy­znać, gdyby Kali zapytał o to po raz drugi, że ani ich oj­cowie, ani oni nie wi­dzieli nic podobnego. Oczy ich przywykły bo­wiem do poczwar­nych, wyro­bio­nych z drzewa i z wło­cha­tych koko­so­wych orze­chów posta­ci boż­ków, a teraz stało przed nimi na grzbiecie słonia jasne bóstewko, łagodne, słodkie i uśmiech­nięte, po­dobne do białego pta­ka i za­ra­zem do bia­łego kwiatu. Toteż strach ich prze­szedł; piersi ode­tchnęły swo­bodniej, grube wargi po­częły się uśmiechać, a ręce mimo woli wycią­gać się do cud­nego zjawi­ska.

O, yancig! yancig!, yancig!

Wszelako Staś, który zwracał na wszystko jak najbacz­niejszą uwa­gę, spo­strzegł, że jeden Mu­rzyn, przy­brany w spi­cza­stą czap­kę ze skóry szczurów, wysunął się zaraz po ostatnich słowach Ka­lego z sze­regu i peł­znąc jak wąż w tra­wie, skiero­wał się ku osobnej cha­cie sto­jącej na uboczu poza ogro­dzeniem, ale otoczo­nej także wysokim czę­stoko­łem powią­zanym pną­czami.

Tymczasem dobre Mzi­mu, lubo wielce za­kłopotane rolą bóstwa, wyciągnęło z polecenia Stasia swą małą rączkę i po­częło witać Mu­rzy­nów. Czarni wo­jownicy śle­dzili z rado­ścią oczy­ma każdy ruch tej ma­łej ręki wie­rząc głębo­ko, że są w tym po­tężne "czary", któ­re uchro­nią ich i za­bez­pieczą od mnóstwa klęsk. Nie­którzy ude­rzając się w piersi i bio­dra mówili też: "O mat­ko! teraz dopiero bę­dziemy mie­li do­brze – my i krowy na­sze!" M'Rua, ośmielony już zupeł­nie, zbliżył się do sło­nia, uderzył raz jeszcze czołem do­bremu Mzi­mu, a po­tem skło­niw­szy się Sta­siowi ode­zwał się w następu­jący spo­sób:

Czy wielki pan, który prowadzi na słoniu białe bóstwo, ze­chce zjeść kawałek M'Ruy i czy zgodzi się na to, aby M'Rua zjadł ka­wałek jego i aby się stali braćmi, między któ­rymi nie masz kłam­stwa i zdra­dy?

Kali przetłu­maczył na­tychmiast te słowa, lecz widząc z twarzy Sta­sia, że nie ma naj­mniejszej ochoty na "kawałek" M'Ruy, zwrócił się do sta­rego Mu­rzyna i rzekł:

O, M'Ruo! czy myślisz naprawdę, że biały pan, tak po­tężny, które­go boi się słoń, który ma w ręku piorun, któ­ry zabija lwy, które­mu kiwa ogo­nem wobo, który wypuszcza węże ogni­ste i lamie skały, może zawierać braterstwo krwi z byle królem? Pomyśl, o M'­Ruo, zali Wielki Duch nie ukarał­by cię za zuchwal­stwo i zali nie dosyć będzie dla ciebie chwały, je­śli zjesz ka­wałek Kale­go, syna Fumby, władcy Wa–hi­mów, i je­śli Kali, syn Fumby zje kawałek cie­bie?

Nie jest­żeś niewol­nikiem? – zapytał M'Rua.

Pan wielki nie porwał Kalego ani go kupił, tylko ocalił mu życie, przeto Kali prowadzi dobre Mzi­mu i pana do kra­iny Wa–bimów, aby Wa–hi­mowie i Fumba od­dali im cześć i zło­żyli dary wielkie.

Niech więc będzie, jak mówisz, i niech M'Rua zje kawałek Ka­lego, a Kali kawałek M'Ruy.

Niech tak będzie! – powtórzyli wojownicy.

Gdzie jest czarownik? – zapytał król.

Gdzie cza­rownik? gdzie cza­rownik? gdzie Kam­ba? – po­częły wołać liczne gło­sy.

A wtem za­szło coś ta­kiego, co mogło zmienić cał­kowicie po­łożenie rze­czy, zamą­cić przyja­zne stosun­ki i uczynić Murzy­nów wro­gami świeżo przy­byłych go­ści. Oto w stojącej na uboczu i otoczonej osobnym częstoko­łem chacie rozległ się nagle pie­kielny ha­łas. Był to jakby ryk lwa, jakby grzmot, jak­by huk bęb­na, jakby śmiech hie­ny, wycie wilka i jak­by skrzy­pie­nie przeraź­liwe zardze­wiałych że­la­znych za­wias. King po­sły­szaw­szy te okropne głosy po­czął ryczeć, Saba szcze­kać, osioł, na którym siedział Na­sibu, rżeć. Wojownicy skoczyli jak opa­rzeni i powy­ry­wali dzidy z zie­mi. Uczyni­ło się za­miesza­nie. O uszy Sta­sia odbiły się niespo­kojne okrzy­ki: "Nasze Mzimu! Na­sze Mzimu!" Cześć i życzli­wość, z jaką spo­glądano na przybyszów, znikły w jednej chwi­li. Oczy dzi­kich poczę­ły rzucać po­dejrzliwe i nieprzy­ja­zne spoj­rze­nia. Groźne szmery jęły pod­nosić się wśród tłumu, a straszliwy hałas w sa­mot­nej cha­cie wzmagał się coraz bardziej.

Kali przera­ził się i przysunąw­szy się szybko do Stasia po­czął mówić przerywa­nym ze wzruszenia głosem:

Panie, to czarownik zbudził złe Mzimu, kto­re boi się, że je ominą ofiary, i ry­czy ze zło­ści. Uspo­kój, panie, czarow­nika i złe Mzimu wiel­kimi da­rami, albo­wiem ina­czej ci lu­dzie zwrócą się przeciw nam.

Uspokoić ich? – zapy­tał Staś.

I nagle ogarnął go gniew na przewrot­ność i chci­wość cza­rownika, a niespodzia­ne niebez­pieczeństwo wzburzyło go do dna duszy. Sma­gła twarz jego zmieniła się zupełnie tak samo jak wówczas, gdy zastrze­lił Gebhra, Chamisa i dwóch Be­duinów. Oczy bły­snęły mu zło­wrogo, za­ci­snęły się wargi i pięści, a policzki po­bladły.

Ach, ja ich uspoko­ję! – rzekł.

I bez namy­słu pognał słonia ku chacie.

Kali, nie chcąc pozo­stać sam wśród Mu­rzynów, ru­szył za nim. Z piersi dzi­kich wojow­ników wy­darł się okrzyk – nie wia­domo: czy trwogi, czy wście­kłości, lecz zanim się opamiętali, trzasnął i runął pod naciskiem głowy sło­nia często­kół, po­tem rozsypały się gli­niane ściany cha­ty i dach wyleciał wśród ku­rzawy w po­wietrze, a jeszcze po chwili M'Rua i jego lu­dzie ujrzeli czar­ną trąbę wznie­sioną do góry, na końcu zaś trąby – cza­rownika Kambę.

A Staś spo­strzegłszy na podło­dze wielki bęben, uczyniony z pnia wypróchniałeg­o drzewa i obciągnię­ty małpią skórą; ka­zał go sobie po­dać Kale­mu i zawró­ciwszy sta­nął wprost zdumio­nych wo­jowników.

Ludzie – rzekł dono­śnym gło­sem – to nie wasze Mzimu ry­czy, to ten łotr huczy na bębnie, by wyłudzać od was dary, a wy boicie się jak dzieci!

To rzekłszy chwycił za sznur prze­wleczony przez wy­schniętą skórę w bębnie i po­czął nim z całej siły kręcić w koło. Te same głosy, które po­przed­nio tak przerazi­ły Murzy­nów, rozle­gły się i te­raz, a nawet jeszcze przeraźli­wiej, gdyż nie tłumiły ich ściany chaty.

O, jakże głupi jest M'Rua i jego dzieci! – zakrzyknął Kali.

Staś oddał mu bęben, Kali zaś po­czął hałaso­wać na nim z takim za­pałem, że przez chwilę nie można było dosły­szeć ani słowa. Aż gdy na­resz­cie miał do­syć, cisnął bęben pod nogi M'Ruy.

Oto jest wasze Mzi­mu! – zawo­łał z wiel­kim śmie­chem.

Po czym jął ze zwykłą Murzynom obfitością słów prze­mawiać do wojowników nie żałując przy tym wcale drwin i z nich, i z M'Ruy. Oświad­czył im wskazu­jąc na Kam­bę, że "ów złodziej w czapce ze szczurów" oszukiwał ich przez wiele pór dżdżys­tych i suchych, a oni paśli go fa­solą, koź­lę­tami i miodem. Jestże drugi głupszy król i naród na świecie? Wierzyli w moc stare­go oszusta i w jego cza­ry, więc niech pa­trzą te­raz, jak ten wielki cza­rownik wisi na trą­bie słonia i krzyczy: "Aka!", by wzbudzić li­tość białe­go pana. Gdzież jego moc? gdzież jego czary? cze­mu żadne złe Mzimu nie ryknie teraz w jego obro­nie? Ach!. cóż to jest to ich Mzirnu? płachta małpiej skóry i ka­wał spróch­nia­łego pnia, który roz­depce słoń! U Wa–himów ani kobiety, ani dzieci nie bałyby się takiego Mzi­mu, a boi się go M'Rua i jego lu­dzie. Jedno jest tylko praw­dziwe Mzi­mu i jeden prawdziwie wielki i mocny pan niech więc odda­dzą im cześć i niech na­znoszą jak najwię­cej darów, ina­czej bo­wiem posy­pią się na nich klęski, o jakich nie słyszeli do­tychczas.

Dla Murzy­nów nie po­trzeba było nawet tych słów, gdyż już to, że czarownik razem ze swym złym Mzimu oka­zał się tak niesłycha­nie słab­szym od nowego, białego bó­stwa i od białego pana, wy­starczyło im najzupeł­niej, by go opu­ścić i okryć po­gardą. Po­częli więc na nowo "yancigo­wać", a na­wet z więk­szą jeszcze pokorą i skwapliwo­ścią. Ale ponieważ źli byli na sie­bie, że przez tyle lat pozwolili się Kambie oszukiwać, więc chcieli koniecz­nie go zabić. Sam M'Rua prosił Sta­sia, by po­zwolił go związać i za­chować do­póty, dopó­ki nie ob­myślą mu dość okrut­nej śmierci. Nel jednak posta­nowiła darować mu życie, a po­nieważ Kali zapowie­dział, że tam gdzie przebywa dobre Mzi­mu, krew ludzka nie może być przelana, przeto Staś po­zwolił tyl­ko na wypę­dzenie ze wsi nieszczę­śliweg­o cza­rownika.

Kamba, któ­ry się spo­dziewał, że umrze w najwymyśl­niejszych męczar­niach; padł na twarz przed do­brym Mzi­mu i szlo­chając dzię­ko­wał mu za oca­lenie. I odtąd nic już nie zmą­ciło uroczy­stości. Zza częstokołu wysypały się kobiety i dzieci, albo­wiem wieść o przyby­ciu nad­zwy­czaj­nych gości ro­zeszła się po całej wsi i chęć wi­dzenia bia­łego Mzimu przemogła strach. Staś i Nel widzie­li po raz pierw­szy osadę praw­dzi­wych dzi­kich, do których nie dotarli na­wet Ara­bo­wie. Ubra­nie tych Murzynów składało się tylko z wrzosów lub ze skór pozawią­zy­wa­nych na­okół bio­der; wszyscy byli tatu­owani. Za­równo męż­czyźni, jak kobiety mieli prze­dziura­wione uszy i w tych otwo­rach kawał­ki drzewa lub kości tak duże, że poroz­ciąga­ne klapki uszu sięga­ły ramion. W dolnej wardze no­sili pelele, to jest drew­niane lub ko­ściane krążki, wiel­kie jak spodki od filiża­nek. Znakomitsi wojownicy i ich żony mieli na szy­jach koł­nierze z że­laz­nego lub mosiężnego drutu tak wy­sokie i sztywne, że zaledwie mogli poru­szać głowa­mi.

Należeli też widocznie do szczepu Szylluków, który cią­gnie się da­leko na wschód, al­bowiem Kali i Mea rozumieli wybor­nie ich mowę, a Staś w po­łowie. Nie posiadali jednak nóg tak długich jak pobra­tymcy ich mieszkający nad rozlewi­skami Nilu, byli szersi w ramio­nach, mniej wy­socy i w ogóle mniej podobni do ptaków bro­dzących. Dzieci wy­glądały jak pchełki i nie zeszpe­cone jesz­cze przez pe­lele, były bez porów­na­nia od star­szych ład­niejsze.

Kobiety, na­patrzywszy się naprzód z dala do­bremu Mzi­mu, poczęły na wyścigi z wojownika­mi znosić mu dary skła­dające się z koźląt, kur, jaj, czar­nej fa­soli i piwa warzonego z prosa. Trwało to dopóty, do­póki Staś nie po­wstrzymał tego napły­wu zapa­sów, a po­nieważ za­płacił za nie hoj­nie pa­ciorkami i kolorowym perkalem, a Nel rozdała dzieciom kilkanaście lu­sterek odziedzi­czonych po Lindem, przeto ra­dość nie­zmierna za­pa­nowała w całej wsi, i naokół na­miotu, do którego schronili się mali po­dróżnicy, rozlegały się wciąż we­sołe i pełne za­chwytu okrzyki. Po­tem wojow­nicy odbyli na cześć go­ści taniec wojenny i stoczyli udaną bi­twę, a w końcu przy­stąpiono do za­warcia bra­terstwa krwi między Ka­lim a M'Ruą.

Ponieważ nie było Kamby, któ­ry do tej ce­remonii był koniecznie potrzebny, więc zastą­pił go stary Murzyn zna­jący dosta­tecznie za­klęcia. Ów za­biw­szy koźlę wyjął z niego wą­trobę i po­dzielił ją na kilka spo­rych ką­sków, po czym jął ob­racać ręką i nogą rodzaj koło­wrotka i spo­glądając to na Kale­go, to na M'Ruę, ozwał się uroczystym głosem:

Kali, synu Fumby, czy chcesz zjeść kawa­łek M'Ruy, syna M'Kuli – i ty M'Ruo, synu M'Ku­li, czy chcesz zjeść kawa­łek Kalego, syna Fum­by?

Chcemy – ozwali się przyszli bra­cia.

Czy chce­cie, aby ser­ce Kalego było ser­cem M'Ruy, a serce M'Ruy ser­cem Kale­go?

Chcemy

I ręce, i włócznie, i krowy?

I krowy!

I wszyst­ko, co każ­dy ma lub będzie miał?

Co ma i będzie miał!

I aby nie było między wami kłam­stwa ani zdrady, ani nienawiści?

Ani niena­wiści!

I aby je­den nigdy drugiego nie okradł?

Nigdy!

I abyście byli braćmi?

Tak!

Kołowrotek obracał się coraz prę­dzej. Zgro­madzeni na­okół wojow­nicy śledzili z coraz większym zajęciem jego ru­chy.

Ao! – za­wołał stary Murzyn – lecz gdyby jeden z was okłamał drugiego; gdyby go zdradził, gdyby go okradł, gdy­by go otruł, gdyby go za­bił, niech będzie prze­klęty.

Niech bę­dzie prze­klęty! – po­wtórzyli wszyscy wo­jownicy.

A jeśli jest kłamcą i knuje zdradę, niech nie przełknie krwi swego brata i niech ją zrzuci w na­szych oczach!

Och, w naszych oczach!

I niech umrze!

Niech umrze!

Niech go rozedrze wobo!

Wobo!

Albo lew!

Albo lew!

Niech go stratuje słoń i noso­rożec, i ba­wół!

O! i bawół – powtórzył chór.

I niech go ukąsi wąż!

Wąż.

A język jego nie­chaj stanie się czarny!

Czarny.

A oczy niech mu uciekną w tył głowy!

W tył gło­wy.

I niech chodzi pię­tami do góry!

Ha! pięta­mi do góry.

Nie tylko Staś, ale i Kali gryźli wargi, by nie wybuch­nąć śmie­chem, a tymczasem zaklęcia po­wtarzały się coraz straszniej­sze, koło­wro­tek ob­ra­cał się tak szybko, że oczy nie mogły za jego obrota­mi nadążyć. Trwało to dopóty, do­póki stary Mu­rzyn nie stracił zu­pełnie sił i od­de­chu.

Wówczas siadł na zie­mi i przez jakiś czas kiwał głową na obie strony w milczeniu. Po chwili jednak pod­niósł się i wziąw­szy nóż naciął nim skórę na ramieniu Kalego, i umazawszy jego krwią kawałek wą­troby koźlę­cej wsunął go w usta M'Ruy, dru­gi zaś kawa­łek, umaza­ny we krwi króla, w usta Ka­le­go. Obaj połknęli je tak szybko, że aż zagra­ły im krta­nie, a oczy wyszły na wierzch, po czym chwy­cili się za ręce na znak wier­nej i wie­czy­stej przy­jaź­ni.

Wojownicy zaś poczęli wołać z ra­dością:

Obaj prze­łknęli, ża­den nie zrzucił, a więc są szczerzy i nie masz zdrady mię­dzy nimi!

A Staś dzię­kował w du­chu Kale­mu, że go w tej ceremo­nii zastąpił, albowiem czuł, że przy połyka­niu "kawał­ka M'Ruy" byłby nieza­wodnie zło­żył do­wód nieszczero­ści i zdrady.

Od tej chwi­li jednak nie groziło rzeczywi­ście małym podróżni­kom ze strony dzi­kich żadne podejście ani żaden nie­spo­dzia­ny na­pad, a na­to­miast otoczyła ich jak najwięk­sza gościn­ność i cześć nie­mal boska. Cześć ta wzrosła jesz­cze, gdy Staś spo­strzegłszy wielki spa­dek odzie­dzi­czonego po Lindem barometru przepowie­dział deszcz i gdy deszcz spadł te­goż samego jeszcze dnia dość obfi­cie, tak jak­by mas­sika, która już dawno prze­szła, chcia­ła wytrzą­snąć ostatni z swych za­pasów na ziemię. Mu­rzyni byli przeko­nani, że daro­wało im tę ulewę dobre Mzi­mu, i wdzięcz­ność ich dla Nel nie miała gra­nic. Staś ża