Po polowaniu

   Plon polowania był imponujący. I w tym przypadku małpy postępowały metodycznie. Układały zakrwawione zwłoki na plecach równym szeregiem, jedne obok drugich. Wśród okrzyków zachwytu zaczęły prezentować zwierzynę w jak najbardziej korzystny sposób. Wyciągały ręce ofiar wzdłuż ciała, otwierały zaciśnięte pięści ukazując wnętrze dłoni, wyrównywały nogi i zginały je w stawach, jakby chcąc im nadać mniej trupi wygląd, tu i ówdzie prostowały nienaturalnie skurczone kończyny, poprawiały skręcone szyje. Gładziły pieszczotliwie włosy, kobiet zwłaszcza, gestem myśliwego głaszczącego sierść ubitej przed chwilą zwierzyny.
   Obawiam się, że nie jestem w stanie opisać, jak groteskowy i szatański zarazem był dla mnie ten widok. Czy dostatecznie mocno podkreśliłem, że poza wyrazem oczu ich wygląd był całkowicie i absolutnie małpi? Czy mówiłem o tym, jak poubierane na sportowo, aczkolwiek z wielkim wyszukaniem, gorylice tłoczyły się wokół najpiękniejszych sztuk, pokazywały je sobie palcami, gratulowały panom gorylom? Czy wspomniałem, jak jedna z nich wyjęła z torebki nożyczki i pochylona nad jakimś ciałem ucięła kosmyk ciemnej czupryny, owinęła sobie wokół palca a potem przypięła szpilką do kapelusza, w czym naśladowały ją po chwili wszystkie inne?
   Pokaz był skończony. Pozostały trzy szeregi starannie poukładanych ciał mężczyzn i kobiet, których złociste piersi wyzywająco sterczały ku monstrualnej gwieździe rozpłomieniającej niebo. Odwróciłem się ze zgrozą i zobaczyłem nową postać, niosącą podłużne pudło umocowane na statywie. Jeszcze jeden szympans, w którym odgadłem fotografa mającego uwiecznić myśliwskie wyczyny dla małpiej potomności. Ceremonia trwała przeszło kwadrans. Najpierw goryle fotografowały się pojedynczo, przybierając efektowne pozy, to z nogą triumfalnie opartą na ciele ofiary, to znów w zwartej grupie, obejmującej się rękami za ramiona. Potem przyszła kolej na małpice, wdzięcznie pozujące na tle tej trupiarni. Żadna nie zapomniała wyeksponować należycie swojego przystrojonego kapelusza.
   Wiało od tej sceny grozą przekraczającą wytrzymałość normalnego umysłu. Przez jakiś czas udawało mi się panować nad sobą, ale kiedy spojrzałem na ciało, na którym przysiadła jedna z tych samic, żądnych sensacyjnego zdjęcia, kiedy w twarzy trupa leżącego wśród innych rozpoznałem młodzieńcze, niemal dziecinne rysy mojego nieszczęsnego towarzysza Artura Levaina – nie byłem w stanie pohamować się. I znowu moje napięcie rozładowało się w absurdalny sposób, harmonizujący z groteskową stroną tego makabrycznego przedstawienia. Ogarnęła mnie szalona wesołość i wybuchnąłem śmiechem.
   Nie pomyślałem o moich towarzyszach niewoli. Nie byłem zdolny do myślenia! Zamieszanie wywołane moim śmiechem przypomniało mi o ich obecności. Stanowiła ona dla mnie nie mniejsze zagrożenie niż sąsiedztwo małp. Groźnie wyciągnięte ręce uświadomiły mi niebezpieczeństwo. Stłumiłem śmiech i wtuliłem głowę w ramiona, ale nie wiem, czy nie zginąłbym uduszony i rozerwany na sztuki, gdyby małpy zwabione hałasem nie przywróciły brutalnie porządku. Wkrótce zresztą ogólna uwaga zwróciła się w inną stronę. W oberży zadźwięczał dzwonek zapowiadający porę obiadu. Goryle skierowały się do budynku małymi grupkami, rozmawiając wesoło. Fotograf zbierał tymczasem swoje akcesoria po zrobieniu jeszcze kilku zdjęć naszych klatek.
   Nie zapomniano jednak o nas, o ludziach. Nie wiem, czego należało oczekiwać ze strony małp, ale zaopiekowanie się nami wyraźnie leżało w ich interesie. Zanim zniknęły we wnętrzu oberży, jeden z panów wydał polecenie gorylowi wyglądającemu na zarządzającego. Ten skierował się w naszą stronę,  zebrał swoich i wkrótce przyniesiono nam wodę w wiadrach i miski z jedzeniem. Było to coś w rodzaju gęstej zupy.  Nie byłem głodny, ale postanowiłem jeść, żeby nie opaść z sił. Podszedłem do naczynia, wokół którego przykucnęło kilku więźniów. Przysiadłem również i wyciągnąłem rękę. Spojrzeli spode łba, ale nie przeszkadzali mi, bo jedzenia było dosyć. Z przyjemnością przełknąłem kilka garści gęstej, zbożowej papki, nawet niezłej w smaku.
   Dzięki łaskawości strażników nasz jadłospis wzbogacił się jeszcze. Naganiacze, którzy przedtem napędzili nam takiego strachu, teraz, po zakończeniu polowania, nie byli dla nas źli, o ile zachowywaliśmy się spokojnie. Spacerowali między klatkami i rzucali nam od czasu do czasu owoce, bawiąc się jednocześnie wywołanym zamieszaniem. Byłem nawet świadkiem sceny, która dała mi dużo do myślenia. Mała dziewczynka złapała owoc w locie, a jej sąsiad rzucił się na nią, chcąc go odebrać. Na to małpiszon wsadził dzidę między pręty i brutalnie odpędził mężczyznę, a dziecku dał drugi owoc, prosto do ręki. W ten sposób dowiedziałem się, że tym stworzeniom nie obce jest uczucie litości.

 

 Z "Planety małp" Piotra Boulle
(w tłumaczeniu Krystyny i Krzysztofa Pruskich)
Wydawnictwo Dingo

 

Co nowego...

do Czytaj!

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości