Rajska opowieść

Za dobrze jest człowiekowi samemu na ziemi
 
rzekł Pan i stworzył mu niewiastę.      

     
Dzia­ło się dnia onego, w któ­rym do­bry Bóg sfu­sze­ro­wał do­sko­na­le uło­żo­ny re­per­tuar stwo­rze­nia, stwo­rzy­wszy nie­wia­stę. Nie­szczę­ściem dnia te­go by­ło klęską, że Stwór­ca nie mógł za­py­tać o zda­nie ni­ko­go star­szego. Trud­no! I ge­niu­sze i bo­go­wie ma­ją swo­je chw­ile sła­bo­ści, któ­rych się po­tem wsty­dzą, kie­dy im fa­cho­wa kry­ty­ka wy­ka­że nie­kon­se­kwen­cje w dzie­le.
   Zainteresowa­nie w raju było ogromne; Anioły i zwie­rzęta raj­skie wi­działy, zagląda­jąc cieka­wie przez gęstwinę krzewów, że do­bry Bóg coś wyprawia. Cały dzień siedział nad błotem rzeki i coś z niego le­pił. Wciąż coś przerabiał i po­prawiał i wciąż się coś nie udawało.
   Ale wreszcie ulepił figurę nie­kształtną, nie­zgrabną i do ni­czego nie po­dobną: pod­niósł ją i oparł o dwa patyki, aby wy­schła na słońcu. Umył po­tem sta­ran­nie dobro­tliwe ręce i na­tarł je liściem z poma­rań­czo­wego drzewa, aby zagłuszyć niemiłą woń rzecz­nego błota.
   Kobieta wy­szczerzyła gębę ku słońcu i pa­rowała.
   Zaledwie do­bry Bóg wsiadł na czekający niego obłok i uniósł się po­woli w górę, ze wszyst­kich stron raju za­częły się scho­dzić rajskie by­dlęta, nawołując się wzajemnie.
   Przyczłapał stary koneser, kroko­dyl, wy­wiesił język z gorąca i zmru­żyw­szy figlarnie jedno oko, dru­gim oglądał nowe stwo­rze­nie z miną idio­tycz­nie złośliwą.
   Z krzykiem i piskiem zbiegło się całe stado małp, mniej lub więcej obro­słych. Z trwogą pod­łaziły cie­ka­wie ku ko­biecie, oglądając ją ze wszyst­kich stron.
   Dysząc ciężko wynurzył się z raj­skiej rzeki nosoro­żec i pry­chając, jak ktoś kto nie używa chustki do nosa,  przy­wlókł się blisko, sta­nął przed nie­wiastą i zadarł nos w górę. Ta­betycz­nym kro­kiem przy­biegła żyrafa, w ślad za nią przygnał wiel­błąd, który się w tym czasie kochał w niej bezna­dziejnie.
   Przyszedł uro­czyście lew, jak jaki radca na komisję, przy­szedł zaraz za nim lis, jak ga­zeciar­ski re­por­ter, potem wilki i niedź­wiedzie.
   Zleciała się czereda ptac­twa, jak kobiety na wy­stawę ob­ra­zów. Hałas był nie do opi­sania.
   Uciszyło się na chwilę; wśród kłębów dymu i siarki szedł raj­ski okaz, bardzo miły smok, po­chmurny i zły; od czasu do czasu przysta­wał w drodze i tłukł ogonem o drzewa. Natych­miast zrobiło się miej­sce w tłu­mie, tak że smok, jak jaki eksce­lencja, mógł po­dejść bardzo blisko. Sta­nął i roz­glądnął się. W stro­nie olbrzy­miego ogona było bardzo wiele pu­stego miejsca.
   Smok roz­glądnął się w otoczeniu i ski­nął głową na pierwsze bydlę z brzegu. Podbie­gła wiel­kimi kro­kami ży­rafa.
   – O co właści­wie chodzi? – prychnął smok.

Żyrafa skrzywiła wesoło głowę:
   – Kwestia ko­bieca...
Małpy podlazły blisko, aby sły­szeć rozmowę.
   – To ona?...
   – Ona.
Smok oglądał z zajęciem zlepek z błota.
   – No, no...
   – Cha! cha! cha! – wrza­snęły małpy bez racjonal­nego po­wodu i roz­bie­gły się na wszystkie strony.
   Smok spojrzał z pogardą.
   – Zwariowały?
   – One tak zaw­sze, szlachetny pa­nie.  Małpy to jest głupia pu­blicz­ność.
W tej chwili podlazł kroko­dyl.
   – Nie bardzo piękne bydlę jest ta kobieta...
Smok spojrzał na niego nie­chętnie, potem zaczął do ży­rafy.
   – Kto to taki?
   – Ten? Nie warto mówić – kroko­dyl, prawdę rzekł­szy, idiota.
   – Uważałem – rzekł smok, po­tem z trudem chciał się ob­ró­cić na ogo­nie, kiedy nagle po­tworny wrzask podniósł się opodal.
   – Co się tam stało?
Podbiegł lis i zawył w górę, w stronę smo­czego ucha.
   – Młody słoń się upił, wpadł w tłum i szaleje.
   – Który słoń?
   – Ten, szla­chetny panie, któremu oneg­daj wybiłeś je­den kieł ogo­nem.
   – To bydlę?
   – To samo.
Młody słoń, ogromnie sym­pa­tyczny, choć bezna­dziejnie głupi, w istocie szalał. Połamał nogi stru­siowi, tak sobie po drodze, potem wyrwał z korze­niem daktylową palmę dla zabi­cia czasu i kilku ja­kich niewin­nych bydląt. Ryczał przy tym, jakby w żo­łądku miał cierń. W tłumie zapa­no­wała konster­na­cja. Jeden smok był nie­ruchomy. Małpy podnio­sły wrzask, ptactwo urzą­dziło pie­kielny chór. A słoń szedł pro­sto ku kobiecie z wi­docz­nym zamiarem roz­walenia na drza­zgi bożej bu­dowy.
   Słoń miał w małych oczach pi­jacką fantazję. Zawi­nął trąbą i z całą satys­fakcją pod­niósł w górę dak­ty­lową palmę.
   Smok prysnął ogniem i za­grzmiał:
   – Bydlę!
   Słoń się po­wstrzymał i spojrzał wście­kły.
   – Sam bydlę!
   – Smarkaczu! – ryknął smok.
   – Ogoniasta małpo! – zawył słoń.
   – Cha! cha! cha! – zaśmiały się małpy.
   W tłumie za­panowało zgor­szenie.
   – Gdyby tak Pan Bóg słyszał – ładna rzecz...
   Smok stał rozjuszony i tłukł o ziemię ogonem, słoń ry­czał, jakby mu ciotka umarła i tłukł trąbą.
   – Ładne towa­rzystwo – rzekł lew.
   – Strach! – za­wrzeszczała pa­puga, która miała sto­sunek z zi­mo­rodkiem.
   – Uhu... uhu... – jęknął pu­chacz, ślepy, nie wiedząc do­brze o co idzie.
   – Gdzie jest człowiek ?
   – Śpi.
   – Powinien przyjść i zrobić po­rządek. Słoń jest wielki, ale ma mózg mały.
   – Cha! cha! cha! – wrza­snęły małpy, nie mogąc wymy­śleć nic no­wego.

   Wróble podry­giwały ponad całym zebra­niem, ra­dując się nie­pomier­nie.
Przygotowywała się pierwsza awantura o ko­bietę, która stała nie­poru­szona i zwrócona ku słońcu. Słoń rwał się bez­czelnie do walki, jakby mu było wszystko jedno.
   – To jest świń­stwo – zauwa­żyła pantera – te bydlaki nie sza­nują re­gula­minu.
   – Co tobie to szkodzi? – od­rzekł lis – nie o ciebie prze­cież idzie. Wolno im sobie roz­bijać głowy, jeśli im się tak podoba.
   – Obchodzi mnie...
   – A czemu ni­kogo to nie ob­cho­dzi, że się po nocy włó­czysz i to nie sama ?
   – Cha! cha! cha! – wrza­snęły małpy.
   – Parrhadna! – zaskrzeczała pa­puga.
Wróble aż się pokładały ze śmie­chu.
  
– Ihi!... ihi!... ihi...
  
– Cicho durnie – wrzasnął kruk.
   – Pan Bóg idzie! – zawołał ktoś z góry.
W jednej chwili zrobiło się pu­sto, wszystko zginęło, scho­waw­szy pod siebie ogony. Słoń przerażony ci­snął daleko od siebie palmę, zro­bił smo­kowi minę na temat: pocze­kaj, jesz­cze przyj­dziesz na moją ulicę – i za­darłszy w górę imitację ogona, zginął w za­roślach. Smok prychnął za nim smugą dymu, po­tem z god­no­ścią popełzał ku rzece.
   Pan Bóg szedł mocno nie w hu­morze i bardzo za­my­ślony. Za nim stą­pał Anioł i pilnie spę­dzał z niego gałę­ziami uprzykrzone muchy. A kiedy Bóg stanął przy kobie­cie, głę­boko się za­sta­nowił.
  – Mój kochany – rzekł do Anioła – obejrzyj ją ze wszyst­kich stron, czy już wyschła?
   Anioł obszedł nowy twór do­okoła i rzekł:

   – Wyschła, ale się nie rusza.
   – Nic nie szkodzi. Teraz dopiero muszę tchnąć w nią ducha.
   – Czy też warto? – rzekł Anioł – bardzo mizernie wy­gląda.
   – Głupiś!
   Anioł się za­czerwienił.
Dobry Bóg po­łożył ręce na głowie kobiety i coś szepnął, po­tem przy­tknął usta do jej ust i za­czął dąć z całej siły.
   Anioł patrzył zaciekawiony, jak się niewiasta za­częła wypeł­niać powie­trzem, jak gu­mowa poduszka po­dróżna albo jak pneumatyk samo­chodu.
   – Rusza się! – krzyknął zdu­miony Anioł.
   Dobry Bóg, mocno już z wy­siłku czerwony, odpo­czął i ręką przy­trzy­mywał jej usta, aby z niej snadź duch boży nie uleciał. Potem znowu za­czął napeł­niać ją powie­trzem; figura jej zaczęła się kształ­tować przepięk­nie i ciekawie.
   – No – odsap­nął Pan Bóg – go­towa. Urwij trochę trawy, mój ko­chany.
Anioł przyniósł w mig pęk trawy, którą Bóg zatkał kobiecie usta i dziurki w nosie.
   – Zanim ożyje, trzeba uważać, by duch z niej nie wy­szedł.
Odstąpili kilka kroków wstecz i spojrzeli na dzieło wielko­pomne.
   Anioł był nie­zadowolony.
   – Dobry Panie!
   – Czego chcesz?
   – Zda mi się, że za wiele w nią tknąłeś ducha. Piersi jej są nie­kształtne i do naszych niepo­dobne, ani do piersi Adama.
   Dobry Bóg mrugnął wesoło oczyma.
   – Już ja wiem, co ja robię. To umyślnie.
Nagle Anioł aż krzyknął.
   – Panie!
   – Czego znów?
   – Albo raczej za mało ducha tchnąłeś w nie­porów­nany twór twój.
   – Nie gadaj głupstw moje dziecko.
   – Zgoła jest niepodobna do Adama, ani do mnie, którzy je­ste­śmy jako mężowie silni.
   Pan Bóg po­gładził złote włosy naiwnego Aniołka:
   – Oj, ty głupta­sku – zaśmiał się. Wiem o tym.
Anioła zaniepo­koiły te zasad­nicze różnice, których wy­tłuma­czyć nie umiał, a Bóg przy­stąpił w onej chwili do ko­biety, spo­ważniał nagle i za­wołał wielkim głosem:
   – Kobieto wstań !
Kobieta ani drgnęła.
   – Co, u diabła – mruknął Pan Bóg – kobieto wstań !
Był już poiryto­wany.
   – Co ona sobie myśli, głupia ? – rzekł Anioł zgor­szony.
   – Kiedy wi­dzisz, mój ko­chany, ona nie ma myśleć.
   – A tak!
   – Zrobiłem to umyślnie, bo nie chcę, aby za wiele ludzi my­ślało. Myśle­nie to jest rzecz nie­bez­pieczna. Ale czemu ona nie chce wstać ?
   Aż nagle po­weselał.
   – Kobieto nie wstawaj ! – za­wołał wielkim głosem.
A wtedy kobieta powstała, a uj­rzawszy, że jest naga wo­bec dwóch nie­zna­jomych, na­my­ślała się chwilę, co zrobić – po­tem zemdlała.

   Anioł aż się za­toczył z radości.
   – Panie, mą­drość twoja jest nie­skończona.
   A dobry bóg spoważniał.
   – Zaprawdę, zaprawdę po­wiadam tobie: jeśli chcesz, aby po­wstała, każ jej, by usiadła w spokoju, a jeśli ze­chcesz miłość wzbudzić w sercu jej – uderz ją prętem ostrym z wi­kliny. Taka będzie. Poznałem ją. A teraz wyjm jej trawę z gęby.
   Anioł podszedł ostrożnie i za­czął wyjmować trawę. A wtedy kobieta, wró­ciwszy do zmy­słów, chwy­ciła sympa­tycznego Anioła za skrzy­dła i pociągnęła go ku sobie.
   – Panie! – krzyknął Anioł i wyrwał się prze­stra­szony.
Dobry Bóg chwycił się za boki ze śmie­chu. A potem rzekł:

   – Niewiasto !
Niewiasta oparła się na ręku i pa­trzyła ciekawie.
   – Imię twoje będzie Hewa. Zrozu­miałaś ?
   – Tak, panie.
   – I będziesz panowała w raju z mężem twoim aż do od­woła­nia. Jam jest  Pan twój i Bóg twój.
   Niewiasta zro­biła minę na te­mat: bardzo mi przy­jemnie.
   – A przykaza­nie twoje, nie­wiasto, jedno jest: miłuj męża swo­jego po wszystek dzień twojego ży­wota...
   – Panie!... – przerwał Anioł.
   – Czego chcesz ?
   – Panie! ona to wszystko zrobi na odwrót.   
Pan Bóg zdę­biał.
   – W istocie – rzekł – masz ra­cję. Co zrobić ?
   – Może by przykazanie wygłosić na odwrót ?
   – Nie wypada, szwindel tutaj? Powiem jej jak na­leży, a nuż się uda.
A obróciwszy oczy na niewia­stę, rzecze:

   – O czym to ja mówiłem? Aha! Masz tedy miło­wać męża swo­jego po wszyst­kie dni żywota. I służyć mu bę­dziesz i bę­dziesz mu po­słuszna. A iżbyś spełniła przyka­za­nie, ro­zumu mieć nie bę­dziesz rów­nież po wszystkie dni żywota.
   Niewiasta pa­trzyła skromnie, jak pensjonarka, kiedy ka­te­chety słu­cha.
   – A teraz – rzekł Bóg – zo­stawię ciebie z mężem twoim. Czyń, co ci każe. – Krzyknij no na Adama, mój ko­chany.
   Anioł złożył obie dłonie w tubę i krzyknął:

   – Panie Ada­mie! hop! hop!
   – Mocno śpi – rzekł dobry Bóg. –  Krzycz gło­śniej.
   – Panie Ada­mie! Chodź pan tu, mamy dla pana ko­bietę!
Coś zaszele­ściło w gęstwi­nie i za chwilę wylazł z niej Adam; ob­rosłe zu­pełnie stwo­rze­nie z długą brodą, z dłu­gimi pazurami; był mocno ob­le­piony błotem, we włosach głowy miał kępy trawy; ręce dłu­gie aż po­ni­żej kolan; cho­dził pochylony bar­dzo naprzód; oczy miał głup­ko­wate i czer­wone. Wy­glądał bestia, jakby z menażerii uciekł.
   Zobaczywszy Pana Boga, mruk­nął coś, potem upadł na twarz i wy­dawał jakieś dziwne okrzyki.
   – No, dobrze już, dobrze – rzekł dobry Bóg. – Po­wstań Ada­mie i spójrz.
Adam powiódł skrwawionymi oczyma, ujrzał Hewę i zdu­miał się.
   – Stworzyłem ją dla ciebie, czło­wieku, na obraz i podo­bień­stwo twoje. Trochę mi się, uwa­żasz, ten in­teres nie udał, ale z czasem to się samo na­prawi. Weź ją i bądź jej mę­żem.
   Adam łypnął pożądliwie oczyma, jako że się dotąd zale­cał bez po­wo­dzenia tylko do siostry hipopo­tama; spra­gniony był wielce ta­kiego no­wego tworu.
   – Dla mnieś to uczynił, Panie ?
   – Dla ciebie, człowieku.
Anioł patrzył na to wszystko strasznie ura­dowany.
   – Zbliż się ku niej i powiedz jej, ktoś zacz.
Adam uśmiech­nął się głupko­wato, obcesowo pod­szedł ku He­wie i ujął ją za rękę. A w tejże samej chwili krzyknął i za łydkę się chwy­cił.
   – Kąsa, Panie ! – zawołał bole­śnie.
   – Kąsa ?  Czy być może ?
   – Ukąsiła mnie w łydkę.
   – To nic Ada­mie, nie trwóż się, jeszcze się nie oswoiła.
Ale się zasmucił dobry Pan Bóg, który chce zaw­sze wszyst­kiego jak naj­lepiej.
   A wtedy sprytny Anioł szepnął coś Adamowi na ucho. Adam ura­do­wany ukłonił się Panu, potem zę­bami odgryzł silny pręt  wi­kliny i pod­szedł z nim ku Hewie.
   – Oho! – smutno szepnął dobry Bóg – już się za­czyna.
Adam z dziką satysfakcją zmierzył prętem szerokość ple­ców matki Hewy, która ryknęła jak nieboskie stwo­rzenie, a padł­szy do zabłoco­nych stóp Adama, cało­wała je.
   I stało się, że urodzona jest w tejże chwili mi­łość tych dwojga, którym Bóg błogosła­wił, ręce ku nim wy­ciągnąw­szy, a potem od­szedł, albowiem był spra­cowany bardzo.
   Adam pozostał sam z niewiastą swoją. Silna była i po­dobna do małpy. Obrosła sier­ścią jako Adam, mąż jej, drapała się ko­smatą ręką w bolące plecy. Piersi miała wy­pukłe, jako wy­miona krowie.
   Dobry Bóg pomyślał o wszystkim.
Obejrzeli się wzajemnie do­kładnie, potem Hewa, któ­rej snadź podobał się małżonek, mru­gnęła na niego zna­cząco i oboje, już w zgodzie przy­kład­nej, odeszli w gę­stwinę, w której trawy było bardzo wiele.
   Poszli przy­zwyczajać się do życia i za­chowywać gatu­nek, aby do­bremu Bogu oszczędzić trudu stwa­rza­nia.
   Poszli zakła­dać ognisko ro­dzinne, które ze wspa­niałych, do wulkanu po­dobnych wy­bu­chów miło­ści, zeszło póź­niej do roli ma­szynki spirytu­sowej na trzech nóż­kach.
   O potężny, mocny Adamie! Po­chwalone niech będą uda twoje, jako ko­nary rosocha­tego dębu.
   O Hewo, ła­skawa Hewo! Pochwa­lone niech będą ko­smate piersi twoje, które są jako ziemia słodkim mle­kiem płynąca.
   I stało się, al­bowiem po­trzeba jest matką wynalaz­ków. Stało się, że Adam był smutny, a Hewa pra­gnąca. A gdy od owej chwili ze trzy razy księżyc od­mie­nił się złoty, chodził Adam po raju przybity, a wy­glądał tak, jak po ope­racji ro­baczkowego wy­rostka. Hewa zasię przytyła i rado­wała się głośno.
   – Mężu – rze­kła raz do Adama – bądź łaskaw i wy­rwij ogon temu pa­wiowi, który się nieda­leko stąd drze okrop­nym głosem.
   Adam nie rzekł ani słowa, tylko podszedł do pawia, chwycił go między ko­lana i wyrwał mu cały ogon. A kiedy go przy­niósł Hewie, przywiązała go sobie ły­kiem gdzieś w okoli­cach ple­ców i chodziła dumna. A potem rzekła:
   – Bądź łaskaw, mój drogi, i skręć kark jakiej ładnej pa­pudze.
   Adam cisnął kijem i zabił pa­pugę.
   Skrzydłami jej ustroiła sobie Hewa głowę, a język zjadła.
   Potem czer­wonym bura­kiem na­tarła so­bie policzki i usta i była piękna.
   – Czy urządzi­łeś dzisiaj cyrk, Adamie ?
   – Urządziłem.
   – Tam, gdzie zawsze ?
   – Tak,  w zgię­ciu rzeki.
   – Pan Bóg bę­dzie ?
   – Nie może, ja­kiś archanioł zrobił awanturę i po­dobno pobił się z dru­gim.
   – Czy być może ?  Nie­okrzesane towa­rzystwo...
   – Tylko się nie spóźnij do cyrku, moje dziecko. Zawsze przy­cho­dzisz za późno.
   Kiedy słońce zaszło i spoza rzeki wypłynął na wid­no­krąg księżyc, jesz­cze wtedy cał­kiem nowy, świe­cący wówczas jak tulski samowar, zaczęła się w zgięciu rzeki groma­dzić pu­blicz­ność.
   Najpierw cze­reda głupich bydląt i bez­myślnego ptac­twa; wszystko to zajęło galerię i robiło wrzask.
   Małpy chwiały się na ogonach, uwieszone na gałę­ziach drzew; pa­pugi darły się bez­kry­tycz­nie. Od czasu do czasu za­klekotał bo­cian, zupełnie jak za­wodowy klakier.
   – Zaczy–y–ynać ! – wrza­snęło zgroma­dzenie.
   Nikt na to nie zwracał uwagi.
Zeszły się sena­tory raju: lew z grzywą jak wy­poma­do­waną, ży­rafa i wilk i lis; niedźwiedź i hi­popotam. Przy­glą­dając się wszystkim, wszedł w tłum nonsza­lancko stary, wyły­siały szym­pans; dziwnie nie­sym­pa­tyczne bydlę i przez nikogo w raju nielubiane.
   Zeszły się małe aniołki, prowa­dzone przez guwer­nantki, stare wypło­wiałe anielice.
   Ukazała się wreszcie Hewa.
   Przez tłum po­szło długie: aaa! aaa!
   Hewa była piękna.
Wlókł się za nią pawi ogon; na gło­wie sterczały jej dwa duże skrzydła pa­pu­zie. Ciało całe miała wy­sma­ro­wane czymś tłu­stym, tak że się aż szkliło. Obro­słe sierścią nogi stą­pały bardzo zgrabnie. Ro­zej­rzała się po zgro­madzeniu, przywitała je uśmie­chem i usiadła.
   Galerii się to nie podobało.
   – Cha! cha! cha! – zaskrze­czały małpy.
   – Zdjąć kape­lusz! – gwizdnął kos.
   – Nic nie wi­dać! Kapelusz! Uhu!
   – Brhawo! Brhawo! – wrza­snęła papuga, która miała sto­sunek z zi­mo­rodkiem.
   Lis zwrócił się do lwa.
   – Z tą hołotą nie można sobie dać rady. Bydło!
   – Hm... tak... – mruknął lew.
   – Po co to wpuszczać? – rzekła żyrafa.
   – Brhawo! – wrzasnęła pa­puga bez po­wodu.
   – Czego ta stara małpa znowu skrzeczy ?
   – Która małpa ?
   – No, ta pa­puga.
   – Licho ją wie, głupia od uro­dze­nia.
   – Zaczynać!
Hewa zaczynał się nudzić; ko­kiete­ryjnie po­drapała się prawą ręką w lewą łopatkę i roz­glądała się znu­dzona po towarzystwie. Jeden szym­pans – zdawało się jej – miał jako takie ma­niery.
   W koło wśród publiczności, wszedł Adam i ukłonił się zgro­ma­dzeniu.
   – Brhawo! – Brhawo!
Adam rozpoczął przedstawienie: chodził na gło­wie, poże­rał z łupiną koko­sowe orze­chy, puszczał z brzucha dym.
   Żyrafa nachy­liła się do towa­rzy­stwa:
   – Że też czło­wiek musi zaw­sze udawać małpę.
   – Dobrze to robi.
Potem wybiegł na arenę słoń i za­tańczył taniec brzu­cha, rycząc przy tym roz­kosznie; stary szym­pans uśmiechał się pobłażli­wie, małe aniołki pisz­czały z ra­dości, Hewa miała na ustach uśmiech jak kwiat.
   W programie były zapasy dwóch ichtio­saurów, śpiew papugi, zno­sze­nie jaja przez kukułkę, aria ła­będzia, ewo­lucje goryla na trape­zie, walka by­ków, prestidigi­tatorstwo ka­meleona, poły­ka­nie ka­mieni przez strusia i naśladowa­nie czło­wieka przez oran­gu­tana.
   Małpy wyły z radości, papuga wrzeszczała swoje: brhawo! – ży­rafa sta­nęła z radości na głowie.
   Noc była prze­dziwnie piękna.

............

Z „Rajskiej opowieści” Kor­nela Ma­kuszyń­skiego

 

 

Co no­wego...

do Czy­taj!

literatura, wypisy, urywki, fragmenty, ciekawostki, rozmaitości